Ayahuasca

Ayahu­asca — zmie­nia­jące Twoją istotę duchowe prze­ży­cie, czy cięż­kie dragi na dru­gim końcu świata?

Któż by się nada­wał lepiej do odpo­wie­dzi na to pyta­nie od scep­tycz­nego do szpiku kości ate­isty? Dla leni­wych napi­szę, że jest to głę­bo­kie duchowe prze­ży­cie mające poten­cjał cał­ko­wi­cie zmie­nić czło­wieka na lep­sze, poprzez cięż­kie dragi, bar­dzo wyczer­pu­jące fizycz­nie i psy­chicz­nie, ale warte prze­ży­cia. Jeżeli ktoś jed­nak lubi czy­tać to przed wami ponad 8000 słów.

Co to w ogóle jest?

Dla ludzi, któ­rzy nigdy się nie spo­tkali z tym, ayahu­asca jest rytu­al­nym napo­jem sza­ma­nów Inków, zawie­ra­jący psy­cho­de­lik DMT, uży­wany w celach lecz­ni­czych. Sama nazwa pocho­dzi z języka Keczua (który, wraz z hisz­pań­skim, jest języ­kiem urzę­do­wym w Peru), a sam rytuał jest prze­pro­wa­dzany przez rdzen­nych miesz­kań­ców od tysięcy lat i cią­gle ist­nieje pomimo wysił­ków kon­kwi­sta­do­rów, aby go wyple­wić. Jest to bar­dzo głę­bo­kie duchowe prze­ży­cie i sam napój jest trak­to­wany z wiel­kim sza­cun­kiem przez lokal­nych, zresztą nie bez powodu.

Pęd ayahu­asci.

Skąd ten pomysł?

Jeżeli miał­bym okre­ślić co stoi za więk­szo­ścią moich akcji i decy­zji byłaby to cie­ka­wość. Napi­sa­łem zresztą o tym cały tekst — to co nas nakręca. Z cie­ka­wo­ścią jest taka inte­re­su­jąca sprawa, że im wię­cej wiesz i im wię­cej rze­czy poznasz, tym wię­cej innych rze­czy jawi się jako inte­re­su­jące, godne przetestowania.

Wyje­cha­łem na drugi koniec świata rów­nież z cie­ka­wo­ści. Zoba­czyć jak tu wygląda świat, jak tutaj wyglą­dają zwy­czaje, co się jada, co kie­ruje żyją­cymi tu ludźmi, jak spę­dzają wolny czas. Sta­ra­łem się jak naj­bar­dziej zaakli­ma­ty­zo­wać, poznać ich zwy­czaje i prze­żyć je na wła­snej skó­rze. Jaki sens miałby taki wyjazd, gdy­bym robił dokład­nie to samo co robię w domu? Zamiast myśleć że coś nie będzie dobre, że będzie nie­przy­jemne, tego nie chcę, to na pewno będzie okropne, wolę otwo­rzyć się na świat i wziąć co ma do zaofe­ro­wa­nia. O tym też kie­dyś napi­sa­łem tekst — Świat jest taki, jakim go widzisz.

Mówiąc że nie myśla­łem o tym wcze­śniej skła­mał­bym. Sły­sza­łem, że to są legen­darne i epic­kie nar­ko­tyki z dru­giego końca świata, połą­czone z ogrom­nym kul­tem i się­ga­jące korze­niami kilka tysięcy lat wstecz, sło­wem coś inte­re­su­ją­cego. A co naj­waż­niej­sze chcia­łem zoba­czyć jak mój scep­tyczny aż do sub­stan­cji sza­rej umysł sprawi się w poje­dynku z sza­mań­skim mistycyzmem.

Czy pozo­stanę czło­wie­kiem dla któ­rego mędrca szkiełko i oko sil­niej prze­ma­wia niż czu­cie i wiara?

Żeby całe doświad­cze­nie było jak naj­bar­dziej mia­ro­dajne posta­no­wi­łem podejść do niego jak naj­bar­dziej poważ­nie — wszystko tak, jak jest to w zwy­cza­jach i tra­dy­cjach. Naprawdę bar­dzo mocno pró­bo­wa­łem w to wszystko uwierzyć.

2 tygo­dnie diety

Przed Ayahu­ascą należy przejść przez dietę w celu dokład­nego oczysz­cze­nia swo­jego orga­ni­zmu. Bo to jest bar­dzo silne duchowe dozna­nie, należy się przy­go­to­wać na spo­tka­nie z duchami, przy­bli­żyć się do matki Ziemi, a przede wszyst­kim wypłu­kać z orga­ni­zmu sub­stan­cję, które mogłyby wejść w nie­po­żą­dane reak­cje z sub­stan­cjami aktyw­nymi zawar­tymi w naj­sil­niej­szej z roślin lecz­ni­czych. Czego więc należy się wystrze­gać? W skró­cie wszyst­kiego co spra­wia przyjemność.

Skoro już posta­no­wi­łem podejść poważ­nie do cało­ści, to zaczą­łem od naprawdę ści­słej diety. Prze­szu­ka­łem inter­net w tym celu, prze­gląd­ną­łem pro­ces przy­go­to­wa­nia na kilku stro­nach i zro­bi­łem z tego hybrydę naj­bar­dziej restryk­cyj­nych wytycz­nych. W skró­cie można powie­dzieć, że jest to porów­ny­walne z tym co można dawać 3–4 let­niemu dziecku (strze­lam wiek, ale na pewno bar­dzo małemu). A bez skrótu to trzeba cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wać z czer­wo­nego mięsa, tłusz­czy zwie­rzę­cych, sma­żo­nego i pikant­nego jedze­nia, jaj, nabiału, kawy, her­baty, cze­ko­lady, papie­ro­sów, napo­jów gazo­wa­nych, sztucz­nych barw­ni­ków, cukru, soli, wszel­kiego rodzaju leków, wita­min i suple­men­tów, alko­holu, nar­ko­ty­ków i wszel­kiej aktyw­no­ści seksualnej.

Czyli ogra­ni­czy­łem się do ryżu z warzy­wami na obiad, a na śnia­da­nie i kola­cję chleba z warzy­wami, a do tego banany. Można też zjeść kąsek ryby, albo kur­czaka, więc po tygo­dniu urzą­dzi­łem sobie mały cheat meal i zja­dłem na obiad ryż z warzy­wami i kur­cza­kiem. Koja­rzy­cie takie histo­rie, w któ­rych ludzie prze­by­wa­jąc na die­cie wege­ta­riań­skiej po pew­nym cza­sie nie mogli nawet patrzeć na mięso, a co dopiero je jeść?

Ale to są bzdury. Tam­ten kawa­łek ugo­to­wa­nego kur­czaka po tygo­dniu ści­słej diety był jedną z lep­szych rze­czy jakie jadłem w życiu. Nie no, tro­chę prze­sa­dzi­łem, ale był przepyszny.

Jesz­cze parę słów o aktyw­no­ści sek­su­al­nej, a raczej jej braku. Jeżeli cho­dzi o tę część, w któ­rej potrzeba part­nerki to byłem bez­pieczny, w końcu jestem blo­ge­rem. Haczyk tkwi jed­nak w szcze­gó­łach i mowa tu o każ­dej aktyw­no­ści sek­su­al­nej, także mastur­ba­cja rów­nież wzbroniona.

Przy­ją­łem może nie naj­dłuż­szą (nie­któ­rzy przy­go­to­wują się nawet mie­siąc), ale za to bar­dzo restryk­cyjną dietę. Brzmi to wszystko strasz­nie i fak­tycz­nie nie jest łatwe. Sprzy­jał mi jed­nak fakt, że mia­łem dość napięty har­mo­no­gram pod­czas tych dwóch tygo­dni. Sporo podró­żo­wa­łem, zro­bi­łem kilka tras gór­skich, zwie­dzi­łem kilka miejsc, 5 nocy spę­dzi­łem w auto­bu­sach i gene­ral­nie nie było zbyt dużo czasu aby móc kon­tem­plo­wać swoje cier­pie­nie i nie­usta­jące ssa­nie w żołądku, któ­rego nie dało się zasy­pać ani surową papryką, ani pomi­do­rami, ani nawet bananami.

Pozo­stało mi tylko odwra­cać wzrok od wszel­kich atrak­cyj­nych nie­wiast, a wie­czo­rami zagry­zać zęby na drew­nia­nej ramie łóżka i śnić o tym co będę jadł jak wrócę na święta.

Oczysz­cza­nie wodą wulkaniczną

Nie­stety nie mia­łem wystar­cza­jąco czasu, aby wybrać się do miej­sco­wo­ści Iqu­itos, która sły­nie z Ayahu­aski. Można się tam dostać jedy­nie pły­nąc kilka dni rzeką, lub za pomocą samo­lotu i w tam­tych oko­li­cach żyje mnó­stwo rdzen­nych ple­mion, które prak­ty­kują lecz­ni­cze zwy­czaje. Mogłem jedy­nie spró­bo­wać zna­leźć coś w Cusco i na szczę­ście udało się. Bo jak roz­po­czy­na­łem dietę, to nie wie­dzia­łem czy w tam­tych rejo­nach będą jakieś ośrodki ofe­ru­jące sza­mań­skie sesje lecznicze.

Ale były. I pro­wa­dził je bar­dzo sym­pa­tyczny gość, który wyglą­dał tro­chę na India­nina. Miał na sobie dużo pier­ścieni, bran­so­le­tek, naszyj­ni­ków, na dzień dobry mnie przy­tu­lił, mówi sporo o odblo­ko­wy­wa­niu czakr, swo­bod­nym prze­pły­wie ener­gii, byciu wdzięcz­nym za dary matki ziemi, otwie­ra­niu trze­ciego oka (poka­zy­wał przy tym czoło, wyklu­cza­jąc inne sko­ja­rze­nia) i wyzwo­le­niu ducha z matką Ayahu­ascą. Czyli wyglą­dał na god­nego zaufa­nia. Zresztą nie tylko jego wygląd dobrze świad­czył, rów­nież na tri­pa­dvi­so­rze były dobre opi­nie, w biu­rze dokład­nie opo­wie­dział o całej cere­mo­nii, miał wszystko opi­sane, pod­ru­ko­wane mate­riały, czy zdję­cia poprzed­nich uczest­ni­ków. Zde­cy­do­wa­łem się i następ­nego dnia mia­łem dostą­pić grun­tow­nego oczysz­cze­nia swo­jego ciała.

Cere­mo­nia oczysz­cza­nia odbyła się w hostelu. Z samego rana ten sam czło­wiek zja­wił się w hostelu z 5 galo­no­wym (nie­na­wi­dzę impe­rial­nego sys­temu jed­no­stek) kani­strem peł­nym wody wul­ka­nicz­nej. Takiej co pły­nie przez wul­kan i zbiera wszyst­kie mine­rały, sole i mikro­ele­menty, nawet dosta­łem na maila kon­kretny spis ile czego jest w środku.

Tak wła­śnie wyglą­dał zbior­nik z wodą wul­ka­niczną. Jakby przy­wiózł ropy, żeby dotan­ko­wać traktor.

W każ­dym razie przy­je­chał, roz­sie­dli­śmy się bli­sko toa­lety i roz­po­czę­li­śmy rytuał. Na samym początku popro­sił o minutę medy­ta­cji, lub modli­twy. A dla­czego miało się to dziać bli­sko toa­lety? Gdyż woda wul­ka­niczna zawiera sporo siarki, która ma dzia­ła­nie prze­czysz­cza­jące. Dieta pomaga, ale nie jest wystar­cza­jąco oczysz­cza­jąca, więc należy prze­płu­kać jelita i dopro­wa­dzić swój orga­nizm do stanu zbli­że­nia z matką zie­mią. W mię­dzy­cza­sie zada­wał mi pyta­nia doty­czące mojej rodziny, przy­ja­ciół, zdro­wia, miło­ści i wyboru kariery, a ja sobie popi­ja­łem wodę z wul­kanu, a oczami wyobraźni widzia­łem zawie­szoną spłuczkę, gdzie zamiast rur były moje jelita.

Jak powie­dział, że zazwy­czaj ludzie wypi­jają mię­dzy 5–7 pół­li­tro­wych szkla­nej w ramach rytu­ału, to byłem prze­ra­żony. Nie pijam za dużo pły­nów, a to jesz­cze miało być deli­kat­nie gazo­wane, czego nie zno­szę. Koniec koń­ców oka­zało się, że woda nie była taka zła, a ja mam jelita ze stali i dopiero koło 9 szklanki zaczą­łem odczu­wać skutki picia wody, a skoń­czyło się na 12. Nigdy w życiu nie zda­rzyło mi się wypić tyle pły­nów pod­czas jed­nego dnia, a co dopiero pod­czas posie­dze­nia. Nie było to aż tak wiel­kim pro­ble­mem, gdyż była ona deli­kat­nie słona, aby orga­nizm jej nie wchła­niał i aby zacho­wać pra­gnie­nie na sta­łym pozio­mie. Smaczna też nie była, choć wcale obrzy­dliwa, tak jakby się czło­wiek na gorą­cych źró­dłach napił wody.

Gene­ral­nie nie było tak źle jak to sobie wyobra­ża­łem, choć prze­pusz­cze­nie 6 litrów wody przez układ pokar­mowy nie należy do naj­przy­jem­niej­szych doświad­czeń. Następ­nie pole­cił solid­nie się najeść pod­czas całego dnia, bo jutro z rana wyjeż­dżamy za mia­sta i jutro będzie dzień pełen wra­żeń i przy­gód, ale za to bez jedze­nia. W ogóle niczego, zero, nul. Takiego cze­goś to jesz­cze nigdy nie mia­łem, a po dwóch tygo­dniach na warzyw­kach nie napa­wało mnie optymizmem.

Dziś naresz­cie czeka mnie pierw­sza cere­mo­nia Ayahu­asci, a do tego dzień bez jedze­nia. Co gor­sze obu­dzi­łem się głodny, no ale trzeba wytrwać w posta­no­wie­niu. Rano przy­je­chali po nas do hostelu, a następ­nie odda­li­li­śmy się kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od Cusco, do malut­kiej wio­ski w górach. Spo­dzie­wa­łem się cze­goś z więk­szą ilo­ścią zie­le­nie, albo cho­ciaż z więk­szym ogród­kiem, a wyglą­dało to jak ośro­dek wcza­sowy zakła­dowy w Cie­cho­cinku. Zosta­wić rze­czy w pokoju, zoba­czyć oko­licę i zaczę­li­śmy kon­sul­ta­cje z szamanami.

Zdję­cie z oko­lic, już mogli­ście je widzieć na blogu, ale strasz­nie mi się podoba.

Coca leaves ceremony

Pierw­szy z sza­ma­nów, star­szy już męż­czy­zna z ostat­niego ple­mie­nia wywo­dzą­cego się pro­sto od Inków, żyją­cego w Andach na wyso­ko­ści ponad 5k metrów prze­pro­wa­dził tę cere­mo­nię. Usie­dli­śmy w kółku, każdy otrzy­mał 3 liście koki, a następ­nie sza­man pomo­dlił się za to, aby wyrów­nać naszą ener­gię. A dokład­niej odno­wić połą­cze­nie pomię­dzy nami jako ludźmi, a matką Zie­mią, zwaną w języku keczua Pacha­mama. Po tym wszyst­kim nale­żało dmuch­nąć trzy razy w liście koki i je prze­żuć. Można je było potem wypluć, albo prze­łknąć, ale w takim wypadku nie mogłem sobie pozwo­lić na zmar­no­wa­nie jedy­nego posiłku tego dnia. Następ­nie przy­szedł czas na cere­mo­nie indywidualną.

Coca reading ceremony

Chcesz poznać swoją przy­szłość piękny mło­dzień­cze? Cyganka prawdę Ci powie. Takie wła­śnie mia­łem odczu­cia, jak gość zaczął rzu­cać o pod­łogę liśćmi koki. Póź­niej patrzył się na nie gdzie upa­dły, w jakiej kon­fi­gu­ra­cji i na któ­rej stro­nie, a następ­nie na tej pod­sta­wie mówił mi o swoim życiu. A ja ledwo się powstrzy­ma­łem od prych­nię­cia ze śmie­chu. Jesz­cze jak ten obwie­szony naszyj­ni­kami India­nin tam był i pyta się maestro, a co zna­czy ten liść, a sza­man wymy­śla jakieś ściemy. Pięć razy łącz­nie rzu­cał liśćmi, aby okre­ślić jak sobie radzę ze zdro­wiem, miło­ścią, pracą, rodziną i ducho­wo­ścią. I wcale mnie nie zasko­czył fakt, że co nieco się zga­dzało, wszyst­kie wypo­wie­dzi były dość wywa­żone, ogólne i dwo­ja­kie w inter­pre­ta­cji, odwo­łu­jąc się do pro­ble­mów jakie są dość ogólne wśród ludzi. Do tego dzień wcze­śniej opo­wia­da­łem tro­chę o swoim życiu, więc mógł to wszystko sobie przypasować.

Mogłem zada­wać rów­nież pyta­nia doty­czące prze­po­wiedni, więc jak mógł­bym nie sko­rzy­stać? Trzeba ich prze­cież spraw­dzić, posta­no­wi­łem zro­bić test osta­teczny i zada­łem dwa pyta­nia, jedno doty­czące miło­ści, a dru­gie doty­czące rodziny. Nie będę pisał o co spy­ta­łem, ani jakie były odpo­wie­dzi, bo ist­nieją gra­nice mojego obna­ża­nia się w inter­ne­cie. Acz­kol­wiek mogę wam napi­sać, że odpo­wie­dzi sza­mana upew­niły mnie w tym, że to jest taka sama ściema jak egzor­cy­zmy, samo­le­cze­nie metodą BSM, horo­skopy, home­opa­tia, rep­ti­lia­nie, czy życie wieczne.

Wszyst­kie te cere­mo­nie moim zda­niem mają na celu wzmoc­nie­nie efektu pla­cebo oraz dopa­so­wa­nie inter­pre­ta­cji ewen­tu­al­nych myśli i wizji pod­czas zaży­cia Ayahu­asci do swo­ich pro­ble­mów. Sku­pie­nie się nad tym, co chcie­li­by­śmy popra­wić w naszym życiu, albo co nas uwiera, ukie­run­ko­wa­nie myśli. A co naj­cie­kaw­sze to wydaje mi się, że mogą one dzia­łać, nawet gdy się zdaje sprawę z tego, że to są pierdoły.

Po pro­stu trzeba zbu­do­wać odpo­wiedni klimat.

Jesz­cze jedno zdję­cie z okolic.

Kuti cle­aning ceremony

Następ­nie sza­man wytłu­ma­czył nam kolejną cere­mo­nię oczysz­cza­nia Kuti. Cere­mo­nie pod­czas któ­rej musia­łem mieć zamknięte oczy, a sza­man korzy­stał z wielu ele­men­tów, aby wycią­gnąć z nas nega­tywną ener­gię, oraz otwo­rzyć cza­kry. Żeby wszystko poszło w porządku pod­czas całego obrzędu trzeba myśleć o rze­czach, któ­rych chcemy się pozbyć ze swo­jego życia. Byłem zachwy­cony, wyglą­dało jak z filmu, albo jakiejś książki. Oczy­wi­ście naj­bar­dziej zwró­ci­łem uwagę na zupeł­nie nie­ważne rze­czy jak to, że atry­buty były zawi­nięte w róż­nego rodzaju kartki. Z zeszy­tów, z gazet, z ogło­szeń, a nawet jedno musiało być pod­ręcz­ni­kiem do fizyki, widzia­łem wyraź­nie zada­nie z roz­kła­dem sił. Ele­men­tami któ­rych tam się uży­wało były:
–czarna kartka papieru — czarny absor­buje złą ener­gię,
–dwie wstążki czarna i nie­bie­ska — czarna sym­bo­li­zuje naszą złą ener­gię, a nie­bie­ska rzekę, która ją wypłu­cze,
–frag­ment skóry jele­nia wraz z sier­ścią — dzięki temu zła ener­gia oddali się szybko i daleko,
–czarna kuku­ry­dza — nie pamię­tam już dokład­nie, ale pewne coś z nega­tywną ener­gią,
–suszony czo­snek i papryka — jak wyżej,
–kłę­bek czar­nej wełny — sym­bo­li­zuje chmurę desz­czową, która pomimo bycia nega­tywną spro­wa­dza wodę i daje życie,
–wysu­szony kwiat rosnący jedy­nie w wyso­kich górach, który działa jak szczotka na nega­tywną ener­gię,
–krzyż wraz z dwoma musz­lami, który ma zamknąć przy­pływ nega­tyw­nych emo­cji z któ­rymi już się spo­tka­li­śmy, żeby nie roz­pa­mię­ty­wać w kółko tych samych pro­ble­mów,
–wyrzeź­biony kubek sym­bo­li­zu­jący alko­hol, oraz ludzi nakła­nia­ją­cych nas do picia, czego się chcemy pozbyć,
–drobna wysu­szona i poskrę­cana roślina, a raczej jej owoc, który sym­bo­li­zuje nega­tywne prze­ży­cia któ­rych nie umiemy się pozbyć,
–patyk z dżun­gli, sym­bo­li­zu­jący drzwi dla nega­tyw­nej ener­gii, które sza­man zamknie,
–czarna świeczka, któ­rej łzy ozna­czają opusz­cza­jące nas pro­blemy
–muszla — jak każda rzecz pocho­dząca z oce­anu sym­bo­li­zuje czy­stość. Za jej pomocą będzie można zamknąć wszyst­kie ele­menty razem.

Następ­nie kazał nam zamknąć oczy i obma­dlał nas pocie­ra­jąc paczuszką zro­bioną z tych wszyst­kich ele­men­tów, dmu­chał w czoło, wzy­wał siły natury, żuł liście koki, odwo­ły­wał się do matki ziemi i zawo­dził śpie­wem. Wszystko po to, żeby móc wyba­czyć sobie, otwo­rzyć cza­kry i roz­po­cząć nowy etap życia z czy­stym duchem, oraz w har­mo­nii z ota­cza­ją­cym nas światem.

Byłem naprawdę pod wra­że­niem i zapa­mię­tam to do końca życia. Szkoda tylko że to wszystko ściema. A raczej bar­dzo dobra obstawa i kolejny teatrzyk mający na celu wzmoc­nić efekt placebo.

Ayahu­asca — uwagi ogólne

Poprzed­nie doświad­cze­nia pisa­łem na bie­żąco, a od tej pory piszę po dwóch sesjach ayahu­asci. Zanim przej­dziemy do inte­re­su­ją­cych kwe­stii pozwolę sobie na kilka uwag.

Po ayahu­asce można się zoba­czyć w taki spo­sób. I w wiele innych również.

Żeby się nie powta­rzać pod­kre­ślę jedną rzecz. Otóż Ayahu­asca to nie jest miła przy­goda. To jest wycień­cza­jący fizycz­nie i psy­chicz­nie pro­ces, w któ­rym pod­nie­siesz swoją świa­do­mość do nie­zna­nego wcze­śniej poziomu, zmie­rzysz się ze swo­imi naj­gor­szymi lękami, demo­nami prze­szło­ści, poczu­ciem winy, decy­du­ją­cymi momen­tami w Twoim życiu, wyda­rze­niami które miały na Cie­bie głę­boki wpływ, nawet jeśli sobie z nich nie zda­wa­łeś sprawę. One wszyst­kie wyjdą na wierzch, wręcz wypeł­zną nie dba­jąc o to czy sobie tego życzysz, przejmą twą uwagę, a ty chcąc, nie chcąc będziesz musiał się z nimi zmie­rzyć ponow­nie, tym razem bez moż­li­wo­ści ucieczki, bądź zepchnię­cia ich w odmęty pod­świa­do­mo­ści. Doko­nasz głę­bo­kiej ana­lizy każ­dego z tych doświad­czeń, prze­ży­jesz je wszyst­kie na nowo, prze­mie­lisz przez psy­chikę, a to wszystko będąc w zupeł­nie innym sta­nie świa­do­mo­ści, przez co odczu­jesz wszystko o wiele bar­dziej inten­syw­nie. Oraz, co waż­niej­sze, prze­ży­jesz je aż do samego końca, wycią­gniesz z nich wnio­ski, a następ­nie zamkniesz wszyst­kie te sprawy, co pozwoli Ci zosta­wić je raz na zawsze pozo­sta­wić za sobą w prze­szło­ści. Wyj­dziesz z tego innym czło­wie­kiem, myślę że nie zary­zy­kuję za bar­dzo pisząc lep­szym człowiekiem.

Tak naprawdę to nie życzył­bym nikomu żeby przez to prze­cho­dził, ale z dru­giej strony chciał­bym, żeby każdy to przeżył.

Kolejna rzecz to dieta. Na początku powąt­pie­wa­łem w koniecz­ność zacho­wa­nia tak restryk­cyj­nych zasad, jed­nak po pierw­szej sesji stało się dla mnie oczy­wi­ste, że była ona nie­zbędna. Naprawdę nie chcie­li­by­ście zaży­wa­jąc ayahu­ascę mieć cze­go­kol­wiek w ukła­dzie pokar­mo­wym, nawet bez tego dziwne rze­czy dzieją się w bebe­chach. A co waż­niej­sze i czego nie mia­łem oka­zji spraw­dzić, ale sza­mani, jak i ludzie pro­wa­dzący ten przy­by­tek wspo­mi­nali, to fakt że ayau­ha­sca wcho­dzi w nie­po­żą­dane reak­cje z rze­czami zale­ga­ją­cymi w naszym orga­ni­zmie, czego skutku mogą być naprawdę fatalne, włącz­nie ze śmiercią.

I jesz­cze teatrzyk pla­cebo, o któ­rym pisa­łem wcze­śniej. Przy­pusz­cza­łem, że będzie to dość ważna kwe­stia i mia­łem cał­ko­witą rację.

Prze­bieg

Sza­man który pro­wa­dził ten rytuał był bar­dzo młody, młod­szy nawet ode mnie, ledwo 23 lata. Posia­dał jed­nak 12 let­nie doświad­cze­nie w byciu sza­ma­nem, a pierw­szy raz przy­jął ayahu­ascę gdy miał lat 8! No, ale to jest inna kul­tura, sza­ma­nizm u nich prze­cho­dzi z poko­le­nia na poko­le­nie, ale 8 lat? Nie wyobra­żam sobie z jaką sieczką zamiast mózgu bym wyszedł bio­rąc to na początku pod­sta­wówki. Począt­kowo napeł­niło mnie to deli­kat­nym nie­po­ko­jem, ale na szczę­ście wszystko oka­zało się bar­dzo profesjonalne.

Co naj­bar­dziej mnie ude­rzyło w oso­bie mło­dego sza­mana, to fakt że na jego nad­garstku znaj­do­wał się zega­rek Arma­niego. Zdaję sobie sprawę, że nie­moż­liwe byłoby życie w nowo­cze­snym spo­łe­czeń­stwie i cał­ko­wite od niego wyizo­lo­wa­nie się, więc fakt ten bar­dziej mnie bawił, niż napeł­niał niepokojem.

Obo­wiąz­kowe pamiąt­kowe zdję­cie z sza­ma­nami, nawet spe­cjal­nie się do niego prze­bra­łem w lokalne ciuchy.

Następ­nie zaczął nam tłu­ma­czyć jak będzie wyglą­dać cere­mo­nia. Cze­kamy na wie­czór, ale wcze­śniej możemy sobie przyjść do sali cere­mo­nii pome­dy­to­wać. Chcemy w ten spo­sób jak naj­bar­dziej ogra­ni­czyć ilość czyn­ni­ków, które mogą nas roz­pra­szać. Następ­nie trzeba stwo­rzyć odpo­wiedni kli­mat, pra­wie jak na sali bilar­do­wej — całe pomiesz­cze­nie zady­mić tyto­niem. Palili je więc na pręd­ko­ści (choć bar­dziej pykali jak cyga­rem) i wydmu­chi­wali dym wszę­dzie wokół, a także na swoje twa­rze, ubra­nia. Na moje rów­nież. Mieli papie­rosy ręcz­nie robione z samego tyto­niu z dżun­gli, jed­nak w dal­szym ciągu to tytoń, mniej tlenu dla mózgu, a i cią­gle wyso­kość nad pozio­mem morza to ponad 3 tysiące metrów.

Pod­czas całej cere­mo­nii uży­wali także róż­nych olej­ków zapa­cho­wych, aby orzeź­wić kli­mat, zwięk­szyć zaduch, albo wspo­móc wymioty. Czę­ścią z nich mie­li­śmy się nasma­ro­wać na początku, a pozo­sta­łych uży­wali póź­niej wg. wła­snego widzi­mi­się. Przed wszyst­kim krótka modli­twa, tro­chę w keczua, coś tam po hisz­pań­sku, jakieś spi­ri­tus sanc­tus, a następ­nie sza­man w opar­ciu o wywiad zdro­wotny usta­lił kon­kretną dawkę. Cał­kiem kon­kretną, pra­wie całą szklankę.

Szklanka oczy­wi­ście obmo­dlona, z odpra­wio­nymi nad nią rytu­ałami i wpusz­czo­nym do środka gęstym, tyto­nio­wym dymem, pra­wie jak na tele­dy­skach Wiza Kha­lify. Każdy uczest­nik ma swój mate­rac, kilka koców nie­opo­dal, miskę, wodę i papier toa­le­towy. Swoje małe, auto­no­miczne miej­sce do medy­ta­cji pod wpły­wem DMT. Więc pijemy ayahu­ascę, ukła­damy się wygod­nie i cze­kamy aż zacznie dzia­łać. W mię­dzy­cza­sie zrobi nam się nie­do­brze i będziemy musieli zwy­mio­to­wać jak już się wchło­nie co miało się wchło­nąć. A raczej jak długo wytrzyma nasz żołądek.

Tutaj gwał­towna zmiana kolo­rów powo­duje wra­że­nie cią­głego ruchu, mam nadzieję że nikt nie dosta­nie ataku epilepsji.

Następ­nie kła­dziemy się na mate­rac, przy­kry­wamy kocem i otwie­ramy swój umysł na matkę ayahu­ascę przyj­mu­jąc wszystko co nam ofia­ruje i sku­pia­jąc się nad rze­czami, które chcemy prze­my­śleć i popra­wić w swoim życiu. Możemy otrzy­mać różne rze­czy, ale musimy przy­jąć wszystko z zaufa­niem, gdyż matka ayahu­asca będzie wie­działa czego potrze­bu­jemy i jak nam pomóc. Nie powin­ni­śmy z tym wal­czyć, tylko odprę­żyć się i pły­nąć z jej prą­dem. Mamy czuć się swo­bod­nie, możemy pła­kać, śmiać się, tań­czyć, śpie­wać, jed­nak raczej nie będziemy chcieli wcho­dzić w inte­rak­cje z innymi. To jest bar­dzo oso­bi­ste i intymne doświad­cze­nie i nie można opi­sać co będzie się działo w naszej gło­wie, bo każda sesja jest unikalna.

Są jed­nak podobne kwe­stie, przede wszyst­kim dowie­dzia­łem się, że czło­wiek ma tylko dwie pod­sta­wowe emo­cje — miłość i strach, a każda inna jest kom­pi­la­cją tych dwóch. Kolejną rze­czą jest to, że musimy zacząć od wyba­cze­nie sobie samemu, co jest jedną z trud­niej­szych rze­czy. Dopiero wtedy otwo­rzy nam się trze­cie oko i będziemy mogli przez jego pry­zmat spoj­rzeć na innych ludzi i zacząć im wyba­czać, zacząć oczysz­czać swoje życie z nega­tyw­nej ener­gii i szko­dli­wych uczuć. Część osób może doświad­czać halu­cy­na­cji, które sza­man póź­niej pomoże zin­ter­pre­to­wać, jed­nak naj­waż­niej­sza sprawa to będzie tok naszych myśli. Rze­czy, które prze­my­ślimy pod­czas sesji lecz­ni­czej z matką Ayahu­ascą już na zawsze będą miały odci­śnięte jej piętno.

To by było na tyle opisu sza­mana i rytu­ału, który podał. Jak to wyglą­dało w moim przy­padku? Przed cere­mo­nią wyda­wało mi się, że wiem coś o wymio­to­wa­niu, coś o zmę­cze­niu i coś o sobie.

Tak bar­dzo się myliłem.

Stan fizyczny

Zanim przej­dziemy do naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cego punktu opo­wiem jesz­cze o tym jak się czu­łem pod­czas całej cere­mo­nii na swoim ciele. Pod­czas całego dzia­ła­nia ayahu­asci byłem w pełni świa­dom sie­bie, swo­jego ciała, gdzie się znaj­duję, co robię. Co prawda czu­łem się źle na ciele, moje myśli krą­żyły nie­co­dzien­nymi ścież­kami, a do tego halu­cy­na­cje mocno, ale nie mia­łem żad­nej utraty świa­do­mo­ści, ani urwa­nego filmu.

Pod­czas pierw­szej sesji potwier­dziło się, że mam cał­kiem mocny żołą­dek. Wypi­łem pra­wie całą szklankę ayahu­asci, która to jest obrzy­dliwa. Kon­sy­sten­cją przy­po­mina gęstą kawę pełną fusów, a raczej małych dro­bin, które osia­dają na zębach, języku i pod­nie­bie­niu. A smak to połą­cze­nie bar­dzo gorz­kiego i kwa­śnego. Jed­nak nie takie kwa­śne orzeź­wia­jące jak cytrusy, tylko kwa­śne jak zepsute jedze­nie. Gęstość napoju wcale nie sprzyja jego przełykaniu.

Już po kilku minu­tach zro­biło mi się ciężko na żołądku, jed­nak sza­man mówił aby nie wymu­szać wymio­tów, tylko przy­jąć wszystko tak jak matka ayahu­asca chce. Nie będę się kusił o okre­śla­nie ram cza­so­wych, bo napój zaczął dzia­łać jakiś czas zanim zwy­mio­to­wa­łem, zabu­rza­jąc moje zmy­sły. W końcu jed­nak sza­man doszedł do wnio­sku, że może fak­tycz­nie tro­chę za długo trzy­mam i posta­no­wił pomóc mi zwymiotować.

Takie obrazy przed oczami nie były niczym wyjątkowym.

Cie­kaw jestem jakie też spo­soby pomocy mogły wam przyjść do głowy, jed­nak on zro­bił to w wyjąt­kowo deli­katny spo­sób. Wyjąt­kowo deli­katny i wyjąt­kowo obrzy­dliwy. Odpa­lił szluga i zaczął mi dmu­chać dymem pro­sto w twarz. Nawet nie musiał się spe­cjal­nie wysi­lać, po pierw­szej chmu­rze zaczęło się.

I wie­cie, byłem po 2 tygo­dniach diety, oczysz­cza­niu wodą wul­ka­niczną i całym dniu na czczo. Można by pomy­śleć, że obję­tość tego co z sie­bie wypu­ści­łem będzie nie­wielka. Nic bar­dziej myl­nego. Pro­ces wymio­to­wa­nia jest bar­dzo ważny, bo po nim robi się o wiele lepiej i utoż­sa­mia się go z wypusz­cza­niem złej ener­gii z naszego ciała. Część osób widzi swoje wymioty w postaci węży, żab, czy innych brud­nych stwo­rzeń, więc deli­kat­nie liczy­łem na takie eks­cesy, ale nie­stety wymioty jak wymioty. I fak­tycz­nie po wszyst­kim zro­biło mi się bar­dzo dobrze i błogo, mogłem się poło­żyć spo­koj­nie i zacząć kon­tem­plo­wać swoje życie.

Jed­nak to nie koniec nie­mi­łych doznań. Było mi zimno, naprawdę bar­dzo zimno. Bie­li­zna ter­miczna, dwie pary skar­pet, dłu­gie spodnie, dodat­kowa koszulka, bluza, a do tego nakryty 3 kocami dalej mar­z­łem. W mię­dzy­cza­sie oble­wały mnie zimne poty, musia­łem trzy­mać zamknięte oczy, żeby nie dopusz­czać do sie­bie zbyt wiele bodź­ców, ciężko mi się oddy­chało, a do tego byłem tak pozba­wiony ener­gii jak czło­wiek w cięż­kiej gorączce, którą zapewne też zresztą miałem.

Jakby tego było mało, to strasz­li­wie chciało mi się pić. Tylko nie było to takie pro­ste, bo prze­trzy­ma­łem na tyle długo bez wymio­tów, że mój żołą­dek był kon­kret­nie podraż­niony. Parę łyków wody, parę chwil i po raz kolejny zbie­rało mi się na wymioty i to takie nie do powstrzy­ma­nia. Tylko że prócz tych paru łyków wody nie mia­łem nic w żołądku i koń­czyło się jedy­nie na ogrom­nych skur­czach rzu­ca­ją­cych moim cia­łem. Łącz­nie z 4 razy piłem po troszkę wody, aby za każ­dym razem koń­czyć na czwo­ra­kach, albo. Tego dnia stra­ci­łem kilka kilo­gra­mów, a i pew­nie parę lat, naprawdę zdzi­wi­łem się gdy następ­nego dnia w lustrze nie zna­la­złem siwych włosów.

Na drugi raz byłem ostroż­niej­szy, bo poprzed­nio mnie wycze­sało i przy­tło­czyło, więc jak deli­kat­nie zaczą­łem czuć dzia­ła­nie, to spro­wo­ko­wa­łem wymioty. Sam, kla­sycz­nie. Nie były one niczym spe­cjal­nym w porów­na­niu z doświad­cze­niami dnia poprzed­niego, żołą­dek doszedł do sie­bie. Z dru­giej strony przez tę ostroż­ność to pra­wie sam bym się zro­bił na szaro, bo prze­trzeź­wia­łem. Na szczę­ście mie­li­śmy open bar i mogłem popro­sić o więcej.

Dosta­łem dolewkę z sza­mań­skiej butli. To zna­czy z takiej, co to on sobie sam nale­wał, żeby być w odpo­wied­nim nastroju pod­czas cere­mo­nii, żeby nada­wać na podob­nych pozio­mach. Oka­zało się, że to co wcze­śniej piłem to wcale nie było gęste. Teraz mia­łem przed sobą pół szklanki kon­cen­tratu, który łatwiej byłoby zjeść łyżką niż wypić, dr Oet­ker chciałby żeby jego budyń był taki gęsty. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do budy­niu to była naj­bar­dziej ohydna rzecz jaką w życiu prze­łkną­łem, a musia­łem to robić na kilka razy.

Wra­że­nia za dru­gim razem już nie były tak miaż­dżące, bo może orga­nizm się przy­zwy­czaił, a może ja wie­dzia­łem czego się spo­dzie­wać. W każ­dym razie dolewka to była dobra decy­zja, która pozwo­liła mi kon­ty­nu­ować moje roz­my­śla­nia, naprawdę długo. Sesja się skoń­czyła koło pół­nocy, ode­słali nas do łóżek, a ja jesz­cze byłem pod kon­kret­nym wpły­wem. Leża­łem do 4 rano pró­bu­jąc pogo­dzić ze sobą to co widzę, z tym co ist­nieje, a jak już mi prze­szło to i tak nie byłem w sta­nie zasnąć, więc zaczą­łem pisać słowa, które może­cie prze­czy­tać poniżej.

Halu­cy­na­cje i odmienne stany świadomości

Dokładne opi­sa­nie tego prze­ży­cia nie jest moż­liwe, nie da się tego wyra­zić. Nie ma na to odpo­wied­nich słów, a pew­nie nawet nie ist­nieje język, który by takie posia­dał. Poni­żej będzie­cie mogli wyczy­tać tylko blady cień tam­tych doznań, jedy­nie kale­kie odbi­cie moich prze­żyć. Jedy­nym spo­so­bem dotar­cia do sedna jest samemu to prze­żyć, jed­nak nawet w tym przy­padku nie będzie­cie w sta­nie dokład­nie zro­zu­mieć moich prze­żyć — każdy czło­wiek jest inny, każda podróż z ayahu­ascą jest uni­kalna i każdy prze­żywa to na swój spo­sób. Teraz opo­wiem wam co ja przeżyłem.

Parę słów o halu­cy­na­cjach i tym jak one wyglą­dają. Przed­sta­wia­nie wpływu róż­nego rodzaju sub­stan­cji na ludz­kie postrze­ga­nie w popkul­tu­rze zazwy­czaj jest, deli­kat­nie mówiąc, dale­kie od prawdy. Bar­dzo mnie zdzi­wiło, ale to nie jest tak, że widzisz jakieś smoki, czy kra­sno­ludki poja­wia­jące się w polu widze­nia, a cała reszta jest w porządku. Zupeł­nie nie tak. Nie ma takiej moż­li­wo­ści, że zoba­czysz nie­ist­nie­jące rze­czy, a reszta będzie w porządku.

To zdję­cie bar­dzo dobrze oddaje wygląd halucynacji.

Halu­cy­na­cje to zabu­rze­nia widze­nia. Od obrazu który powstaje na siat­kówce do tego co naprawdę widzimy wie­dzie dość długa droga po synap­sach, a środki halu­cy­no­genne zabu­rzają tę drogę. Potra­fią dopro­wa­dzić do tego, że nasz umysł zoba­czy naprawdę dziw­nych rze­czy, także nie­ist­nie­ją­cych, jed­nak wszystko jest oparte na tym co się widzi. Po pro­stu sku­piasz się na fak­tu­rze drewna, wzo­rze na ścia­nach, czy falu­ją­cych koro­nach drzew, a może być nawet kurz na pod­ło­dze i nagle widzisz to wszystko ina­czej. Głę­biej. Tak jak­byś stał się nagle sza­ma­nem, czy jakimś innym cza­ro­dzie­jem z ksią­żek tuż po fazie ini­cja­cji i pierw­szy raz w życiu zaczy­nasz dostrze­gać praw­dziwą formę mate­rii, jej wie­lo­wy­mia­ro­wość. Wszystko na co patrzysz jest tym samym, a jed­nak widzisz to ina­czej, dogłęb­niej, moc­niej, praw­dzi­wiej. Rze­czy wyglą­dają jakby były zbu­do­wane z frak­tali, które ule­gają powol­nym i deli­kat­nym zmia­nom w skali mikro, by oka­zać się że widziany obraz w skali makro jest nagle czymś innym. Do tego to wszystko zmie­nia się i faluje w rytm oraz barwę melo­dii i śpie­wów szamana.

Bo on przez prak­tycz­nie cały czas grał na bęb­nach i śpie­wał, aby być naszym prze­wod­ni­kiem. Przez chwilę pomy­śla­łem, że to pra­wie tak jakby śpie­wał na wese­lach — robi muzykę na żywo dla nie­trzeź­wych ludzi. W tym wypadku nie mogłem powstrzy­mać się od par­sk­nię­cia śmie­chem, szcze­gól­nie że moja dobra zna­joma się tym zajmuje.

Do tego więk­szość myśli i obra­zów bar­dzo ład­nie składa się w całość. One nie tylko po pro­stu do sie­bie pasują, ale łączą się w spójną całość, lepiej niż w bajce Lego. Prze­my­śle­nia i obrazy które mia­łem pod­czas pierw­szej sesji, przy dru­giej oka­zały się być goto­wymi modu­łami, które ide­al­nie wpa­so­wały się w kon­struk­cję myślową utwo­rzoną pod­czas dru­giej, tak jakby od zawsze na nie czekały.

Fuzja myśli, kształ­tów i obrazów.

W zależ­no­ści od myśli i nastroju będą się nam jawić różne rze­czy, dla­tego też tak ważne były te wszyst­kie wywiady, opo­wie­ści o swoim życiu i pro­ble­mach — żeby się na nich sku­pić. Po psy­cho­de­li­kach może się zda­rzyć bad trip, tak zwana krzywa faza. Kiedy będąc pod wpły­wem tych środ­ków zaczy­namy bać się cze­goś, albo mieć jakieś nega­tywne myśli, co od razu znaj­duje odzwier­cie­dle­nie w halu­cy­na­cjach. Robi się ciem­niej, mrocz­niej, strasz­niej, a Tobie gorzej. Spi­rala się nakręca i nie jest łatwo z niej wyjść. Można to zro­bić oczysz­cza­jąc swój umysł, racjo­na­li­zu­jąc sobie myśli i zmie­nia­jąc ich tok na coś przy­jem­nego — jed­nak nie jest to takie pro­ste. Tym bar­dziej, gdy nasze zmy­sły i myśli dzia­łają ina­czej niż zazwyczaj.

Dru­gim spo­so­bem jest posia­da­nie prze­wod­nika. I to jest wła­śnie jedna z ról sza­mana w tym całym rytu­ale — pil­nuje aby każdy był sku­piony na swoim życiu i pro­ble­mach, a nie trząsł się z prze­ra­że­nia powta­rza­jąc jak man­trę „niech to się wresz­cie skoń­czy”. Inna osoba może w wiel­kim stop­niu wpły­nąć na naszą aurę, a już szcze­gól­nie sza­man. Zresztą w swoim sza­mań­skim stroju, gra­jąc na bębenku i dymiąc kadzi­dłami wokół cie­bie, będziesz go odbie­rać zupeł­nie inaczej.

Ja vs Ayahuasca

Dobrze, już dobrze, uspo­kój się, zaczy­namy w końcu. Halu­cy­na­cje były tak mocne, że ciężko mi było utrzy­mać otwarte oczy, bo za dużo mi się działo przed oczami. Za dużo bodź­ców docho­dziło i prak­tycz­nie cały czas mia­łem zamknięte oczy, co nie zna­czy że mia­łem mało bodź­ców. Pierw­sze co widzia­łem jak zamy­ka­łem oczy, to odbi­cie moich powiek jako ogrom­nej kopuły, która natych­miast pokry­wała się wie­lo­ko­lo­ro­wymi wzo­rami. Tak jakby z malut­kich, kolo­ro­wych szkie­łek ktoś zbu­do­wał ogromną kopułę i mnie w niej zamy­kał. Sta­no­wiła ona bazę i hory­zont wszyst­kich innych rze­czy, które widziałem.

Jak widzia­łem siebie?

Ważną kwe­stią, która prze­wi­jała się przez więk­szość obu sesji było moje podej­ście do życia, a dokład­niej wyklu­cze­nie z niego ducho­wo­ści. Bo wie­cie, jestem bar­dzo scep­tycz­nym czło­wie­kiem, zade­kla­ro­wa­nym i wal­czą­cym ate­istą (mój kanał na YT), a każdy prze­jaw misty­cy­zmu od razu dostaje w moim umy­śle ety­kietę „bzdura”. Nie jestem w sta­nie odczu­wać ducho­wych doznań, coś jest we mnie zablo­ko­wane, być może zepsute. Tak ważna dla wielu osób kwe­stia w życiu pozo­staje cał­ko­wi­cie poza moim zasię­giem i poza moim rozu­mem. Chcia­łem spraw­dzić, czy moje podej­ście jest pra­wi­dłowe, czy prze­pad­kiem nie tkwię z klap­kami na oczach, przez co nie mogę doświad­czać życia w pełni.

Oka­zało się, że nie.

I tutaj zaczy­nają się halu­cy­na­cje. Dużo czasu poświę­ci­łem myślom na ten temat i wykla­ro­wał mi się nastę­pu­jący obraz — na początku szybki prze­lot kamerą nad ogrom­nymi poła­ciami prze­strzeni, aby na jej środku zoba­czyć wysoką wieżę. Nie taką zbu­do­waną ludz­kimi rękoma, zresztą chyba nawet nie­ko­niecz­nie wieżę — ogromny rdzeń, coś jakby drzewo, wzno­szący się bar­dzo wysoko, a na samej górze kopuła. Takie pomiesz­cze­nie, oszklone ze wszyst­kich stron, a w środku ja. A dokład­niej część mnie, mojego umy­słu, mojej oso­bo­wo­ści, ta naj­bar­dziej ważna część mojego jeste­stwa. Tro­chę tak jak w bajce W gło­wie się nie mie­ści, tylko że byłem tam sam. A raczej byłem tam gościem, bo samot­nie to tam prze­bywa scep­tyczna pod­stawa, fun­da­ment mojej egzy­sten­cji mający, sto­jąca nad kon­solą i mająca wgląd i wpływ na wszystko co się dzieje wokół mnie.

Można zoba­czyć swoją osobę przez zupeł­nie inny pry­zmat i ukuć ją na nowo.

Obser­wo­wa­li­śmy razem wspo­mniane wcze­śniej poła­cie ziemi, które oka­zały się całą resztą mojego umy­słu. Widzia­łem wizu­ali­za­cje swo­ich myśli, ogromne obszary poświę­cone na różne sprawy, a także to jak były w cią­głym ruchu, w cią­głej trans­for­ma­cji prze­cho­dząc płyn­nie pomię­dzy for­mami z obra­zów Bosha do gra­fik rodem z anime. Wykwi­ta­jące figury cią­gnące się aż po hory­zont, z różną czę­sto­tli­wo­ścią eks­plo­do­wały kolo­rami i nowymi kształ­tami, wra­stały, pięły się w górę, roz­ra­stały, by nie­spo­dzie­wa­nie cał­ko­wi­cie zmie­nić pro­ces do któ­rego się przy­zwy­cza­iłem i stać się czymś zupeł­nie innym.

To widzia­łem, a wraz z tą wizją przy­cho­dziły myśli. Nawet nie do końca myśli, po pro­stu patrzy­łem na to i wie­dzia­łem o co cho­dzi. A może raczej sobie to uświa­do­mi­łem, a potem to widzia­łem? W każ­dym razie był to scep­ty­cyzm jako rdzeń mojej oso­bo­wo­ści. Scep­ty­cyzm jest tro­chę nie­for­tun­nym sło­wem tutaj, choć nie wiem jak można by to opi­sać lepiej. Sumie­nie? Albo taki anio­łek i dia­be­łek, co to ludzi pró­bują prze­ko­nać do swo­ich racji. Choć w moim przy­padku to byłby tylko anio­łek, który zawsze wie co jest dla mnie dobre, który jest w sta­nie spoj­rzeć w scep­tyczny, chłodny i wykal­ku­lo­wany spo­sób na każdą sprawę, nie­za­leż­nie od tego w jakim sta­nie się znaj­duję. Niech będzie, że to rdzeń mojego umy­słu, lubię słowo rdzeń. On tam zawsze jest, zawsze obser­wuje, choć to wcale nie zna­czy, że zawsze robię według jego rad. Czę­sto wręcz ogra­ni­cza się tylko do sar­ka­stycz­nego komen­ta­rza, który spra­wia że popa­da­nie w deka­den­cje, czy podej­mo­wa­nie złych decy­zji mnie dodat­kowo bawi.

Jed­nak mimo to czuwa i nie dopusz­cza mnie do popeł­nie­nia naprawdę złych decy­zji. Nie­za­leż­nie od tego w jakim sta­nie się znajdę, czy to ogrom­nie zde­ner­wo­wany, czy wypeł­niony rwą­cymi uczu­ciami, czy nie­trzeźwy, jest on w sta­nie naci­snąć czer­wony przy­cisk na swo­jej kon­soli (rów­nież go widzia­łem) i mnie opa­mię­tać. Tak mi się przy­naj­mniej wydaje, a i autop­sja to potwier­dza — nigdy nie zro­bi­łem niczego naprawdę głu­piego, mogą­cego zaszko­dzić mnie, bądź mojemu życiu. Przez to też nie jestem w sta­nie zro­zu­mieć tłu­ma­cze­nia się ludzi — zro­bi­łem to, bo byłem pijany. Ja, jeśli bym cze­goś naprawdę nie chciał i uwa­żał za bez­na­dziejną decy­zję, rów­nież po pijaku bym tego nie zrobił.

Po pierw­sze jest to genialna wręcz meta­fora i zawsze już będę widział sie­bie przez pry­zmat tej wizji. Bez takiego podej­ścia do życia, to nie był­bym ja i nie pozbędę się jej aż do śmierci. Ostat­nia myśl spra­wiła, że zaczą­łem się zasta­na­wiać na temat śmierci. W kate­go­riach śmierci nie myśli się o sobie, chyba że na początku życia, dowia­du­jąc się o tym zja­wi­sku, albo pod koniec, gdy jest już wręcz nama­calne. Jed­nak przez więk­szość życia igno­ru­jemy ten fakt, bo prze­cież jeste­śmy mło­dzi, gdzie nam umie­rać, po co o tym myśleć.

Śmierć

Śmierć ogól­nie jest to bar­dzo smutna sprawa. Mówie­nie, że to jest natu­ralna kolej rze­czy, mimo że jest to prawda, to nie bar­dzo pomaga. Z dru­giej strony wiara może i pomaga, wma­wia­jąc sobie że coś po śmierci jest, że spo­tkamy naszych bli­skich, że nasze życie ma cel, ale to wszystko jest tylko wma­wia­niem sobie tego. Tak naprawdę wiara jest głu­pia, mamy jedno życie, które jest nie­wy­obra­żal­nie cenne. Kil­ka­dzie­siąt lat na to, żeby móc czer­pać z niego przy­jem­ność i bawić się życiem. Skoro i tak umrzemy, to naj­lep­sze co możemy zro­bić z naszym życiem to wyko­rzy­stać je do gra­nic moż­li­wo­ści. Życie w stra­chu przed bogami wymy­ślo­nymi przez ludzi i cią­głym poczu­ciu winy, oraz odma­wia­niu sobie życia po swo­jemu w zamian za obie­caną nagrodę po śmierci jest mar­no­wa­niem sobie życia.

Ja już wiem jak umrę. Tzn nie wiem gdzie, ani kiedy, ani jak, ale wiem że ostat­nią rze­czą jaką zoba­czę, a raczej co sobie wyobrażę, to będzie pęka­jący rdzeń mojej oso­bo­wo­ści, pod­czas gdy w tle będzie lecieć David Bowie — Space Oddity. Już teraz ta myśl mnie przeraża.

Czy ducho­wość jest ważna w życiu?

Wróćmy jed­nak do ducho­wo­ści. Sza­man mi mówił, że muszę się uwol­nić od racjo­na­li­zmu i pozwo­lić prze­jąć kon­trolę uczu­ciom i wra­że­niem, mój rdzeń miał jed­nak na ten temat inne zda­nie. Prze­pro­wa­dzi­łem z nim (czy też sam ze sobą) roz­mowę, która utwier­dziła mnie w tym prze­ko­na­niu. Jak tylko poru­szy­łem ten temat, żeby odciąć się od bodź­ców cały kok­pit został odcięty od bodź­ców zewnętrz­nych, czyli reszty mojego umy­słu. Oto­cze­nie się zmie­niło, jak i atmos­fera tego miej­sca i czu­łem się tak, jak­bym był sam ze sobą na statku kosmicz­nym. Całość przy­po­mi­nało opo­wia­da­nie Roz­prawa, Sta­ni­sława Lema z cyklu opo­wie­ści o pilo­cie Pirxie — tylko że zamiast robo­tów, musia­łem prze­chy­trzyć frag­ment mojej psy­chiki, a wszystko po to, by wycią­gnąć infor­ma­cję o roli ducho­wo­ści w moim życiu.

Prze­pro­wa­dzi­li­śmy bar­dzo krótki dia­log, choć trwał on strasz­nie długo. Prze­cież mia­łem roz­ma­wiać sam ze sobą i mogłem prze­wi­dzieć kon­wer­sa­cję na kilka kwe­stii w przód. Czu­łem się jak sza­chi­sta bada­jący wszyst­kie moż­li­wo­ści ruchu, pod­czas czego mój rdzeń mi się tylko przy­glą­dał i cze­kał. Jakby był robo­tem, znów mi przy­szedł do głowy Lem, a ja prze­cież jestem czło­wie­kiem, nie chcę być jak maszyna.

Bli­skość z naturą jest czymś pożądanym.

W końcu jed­nak cier­pli­wość się wyczer­pała, albo pod wpły­wem moich poprzed­nich myśli umysł popchnął akcję do przodu i usły­sza­łem:
–W taki spo­sób nie dowiesz się czego chcesz. Musiał­byś oprzeć się na czymś innym niż logika i wymy­ślić pyta­nie, na które nie prze­wi­dzisz mojej odpo­wie­dzi.
–I wtedy wygram, czy przegram?

Wymy­śli­łem ide­alne pyta­nie, na które można uzy­skać tylko jed­no­znaczną odpo­wiedź. Nie­stety nie uzy­ska­łem na nie żad­nej odpo­wie­dzi, po tym wszyst­kim mój roz­mówca znik­nął. Nie ozna­cza to jed­nak, że się niczego nie dowie­dzia­łem. Uświa­do­mi­łem sobie wtedy, że to nie jest ani wygrana, ani prze­grana. Że powi­nie­nem pro­wa­dzić wła­sne życie jak chce, mogę szu­kać ducho­wo­ści, głęb­szych prze­żyć, misty­cy­zmu, a także znaj­do­wać korzyść w sesji z ayahu­ascą po swojemu.

Jak być szczę­śli­wym ze sobą?

Jesteś wspa­niałą osobą — ta myśl dokład­nie przy­szła mi do głowy. Każdy jest. Dla nie­któ­rych takie odkry­cie może być szo­kiem jak cios obu­chem, bo nie cho­dzi tu o takie powtó­rze­nie sobie tego w gło­wie, ale o pełną świa­do­mość tego faktu. Np. papie­rosy, pra­wie każdy palący wie, że to jest szko­dliwe, obrzy­dliwe, źle działa na zdro­wie, ale tak naprawdę nie są tego w pełni świa­domi. Po ayahu­asce te fakty są tak oczy­wi­ste, tak praw­dziwe, tak nama­calne, że z łatwo­ścią można by je rzu­cić po choćby jed­nej sesji. Pro­ste myśli, z któ­rych nawet zda­jemy sobie sprawę, jak prze­pu­ści je przez pry­zmat odmien­nego stanu naszego, są o wiele bar­dziej prawdziwe.

Chwilkę póź­niej całe pomiesz­cze­nie kon­tro­lne zna­la­zło się na tyle nisko, że mogłem z niego wysiąść wprost w odmęty mojego umy­słu, ze świa­do­mo­ścią, że mój rdzeń zosta­wił mnie samego na czas eks­plo­ata­cji innych obsza­rów z ayahuascą.

W ogóle to czę­sto wspo­mi­nam, że coś wie­dzia­łem, albo że oko­licz­no­ści zmie­niały się w spo­sób daleki od ocze­ki­wa­nego, a mimo to nie dzi­wiło mnie to wcale, a nawet mi nie prze­szka­dzało w poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi na ważne pyta­nia. Pamię­taj­cie jed­nak, że DMT jest sub­stan­cją, która wytwa­rza się gdy śnimy, więc te wyda­rze­nia można porów­nać do wyjąt­kowo reali­stycz­nego snu, z któ­rego nie można się obu­dzić (bo jest się obu­dzo­nym i to dzieje się na jawie), tylko że wszyst­kie bodźce są o wiele silniejsze.

Jak budo­wać dobre relacje?

Sporo też myśla­łem o samym sobie i rela­cjach z innymi ludźmi. Prze­ży­łem tro­chę nie­for­tun­nych zna­jo­mo­ści w życiu, wycią­gną­łem z nich wnio­ski i w doro­słym życiu radzi­łem już sobie z nimi cał­kiem nie­źle. Napi­sa­łem nawet na temat rela­cji kilka tek­stów, m.in.:
Jak żyć w zgo­dzie ze sobą i nie zra­zić do sie­bie ludzi? — O tym, że nie powin­ni­śmy się przej­mo­wać zda­niem innych.
Pierw­sza zasada zawie­ra­nia zna­jo­mo­ści — O tym, w jaki spo­sób dobie­rać war­to­ścio­wych zna­jo­mych.
Rodzina » przy­ja­ciele — O tym, że nie zawsze naj­bliż­sze nam osoby będą z rodziny, albo że w ogóle ludzie z rodziny mogą nie być nam wcale bliscy.

Nigdy jed­nak nie napi­sa­łem nic na temat ego­izmu, a to wła­śnie on stoi za tymi wszyst­kimi tek­stami, a co zaska­ku­jące ego­izm wcale nie stoi w sprzecz­no­ści z trosz­cze­niem się o innych. Tylko trzeba ich odpo­wied­nio wybrać, a bez posta­wie­nia sie­bie na pierw­szym miej­scu nie jest to możliwe.

Myśla­łem też o tym, jak się zacho­wuję budu­jąc rela­cje z innymi, co jest kon­se­kwen­cją poprzed­nich aka­pi­tów. Szcze­gól­nie w przy­padku nowo pozna­nych osób mam ten­den­cję do testo­wa­nia ludzi. Zadaję dziwne pyta­nia, czę­sto ocie­ra­jące się o bycie nie­grzecz­nym. Kie­dyś pozna­łem dziew­czynę, która twier­dziła że lubi koty, posta­no­wi­łem to zwe­ry­fi­ko­wać i zapy­ta­łem się jakie jest naj­lep­sze miej­sce do gła­ska­nia kota, a ona myślała że cho­dzi o geo­gra­ficzne miej­sce, a nie miej­sce na kocie. Nasza zna­jo­mość nie prze­trwała takiej próby.

Kotek

Dziwne to nie do końca odpo­wied­nie słowo, choć zapewne tak je odbie­rają moi roz­mówcy. Ja po pro­stu sta­ram się wymy­ślić coś, co skłoni ich do myśle­nia i sta­ram się uni­kać utar­tych sche­ma­tów, bo mnie nudzą. Nie potrze­buję osób, z któ­rymi będę mógł pro­wa­dzić te same, wtórne roz­mowy, tylko kogoś kto ma poten­cjał, żeby mnie zaskoczyć.

Czę­sto też nowo pozna­nym oso­bom sta­ram się przed­sta­wić sam sie­bie w złym świe­tle, żeby kon­trast z tym jaką jestem osobą, gdy już się mnie pozna, był jak naj­więk­szy. Jakby ktoś spy­tał się mnie o ayahu­ascę, to ode­zwie się we mnie cyniczny obser­wa­tor życia, przej­mie kon­trolę i odpo­wie coś w stylu — aaaa, wiesz przy­ćpa­łem na dru­gim końcu świata i wycze­sało mnie jak skur­wy­syn. Oczy­wi­ście roz­winę temat, jak będzie drą­żyć, albo po pro­stu ode­ślę do tego wpisu. Moi zna­jomi wie­dzie­liby, że pomimo iż jest to prawda, to baaaaaaaaaaaaar­dzo spły­cona i wcale tego tak nie odbie­ram. Wy teraz rów­nież o tym wie­cie. Zresztą zapewne każda z bliż­szych mi osób prze­czyta ten wpis, więc będziemy mogli od razu przejść do rze­czy i poroz­ma­wiać bar­dziej kon­kret­nie o naszej relacji.

Bo mia­łem rów­nież prze­my­śle­nia na temat moich zna­jo­mo­ści. Leża­łem sobie na kozetce, pra­wie jak u psy­cho­loga i po kolei odwie­dzali mnie moi zna­jomi. Z więk­szo­ścią roz­ma­wia­łem, w przy­padku każ­dego zasta­na­wia­łem się na temat naszej rela­cji, a kilka razy po pro­stu zda­rzyło mi się sie­dzieć i cie­szyć swoim towa­rzy­stwem. Po pro­stu byłem zado­wo­lony z tego jak wygląda nasza zna­jo­mość i cie­szy­łem się z tego.

Wśród moich zna­jo­mych wcale nie rezy­gnuję z nie­stan­dar­do­wych spo­so­bów pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji, choć przy­biera to troszkę inną formę. Jeżeli ist­nieją jakieś poważne sprawy, o któ­rych chciał­bym opo­wie­dzieć, albo się dowie­dzieć, to sta­ram się nie poru­szać tego tematu, od razu, ani wprost. Skoro się dobrze znamy i jest sprawa do obga­da­nia, to ozna­cza że w końcu doj­dziemy do niej, a takie bły­ska­wiczne prze­cho­dze­nie do sedna wydaje mi się spły­cać relacje.

Miłość?

Miłość to zupeł­nie inna kwe­stia. Nie poru­sza­łem jej zbyt czę­sto na blogu, znaj­dują się ledwo dwa tek­sty poświę­co­nego kon­kret­nie temu uczu­ciu:
Moment, w któ­rym zwią­zek się koń­czy — o głów­nej przy­czy­nie roz­padu więk­szo­ści związ­ków,
Jak na nowo roz­pa­lić ogień w związku — o tym jak chcąc napra­wić zwią­zek możesz go zepsuć

Do tego w tek­ście Czło­wiek sam sobie wil­kiem wspo­mnia­łem o miło­ści, a dokład­niej posta­wi­łem tezę, że „Zaufa­nie jest jedną z naj­waż­niej­szych, jak i rów­nież nie­zbędną rze­czą, którą możemy ofia­ro­wać uko­cha­nej oso­bie. Jeżeli nie zaufamy, to tak naprawdę nie chcemy miło­ści, tylko wygody i kom­pro­misu. Próba jed­no­cze­snego zdo­by­cia bez­pie­czeń­stwa i miło­ści zakoń­czy się tym, że nie będziemy mieć żad­nego, co naj­wy­żej ich namiastki. W tym wła­śnie tkwi cały urok miło­ści, że otwie­rasz serce przed drugą osobą, a ona zamiast Cię ranić, odwza­jem­nia to uczucie.”

Zapewne skry­cie ocze­ku­je­cie, aż w końcu napi­szę o czymś, co ayahu­asca cał­ko­wi­cie zmie­niła w moim życiu. Bo jak dotych­czas, to tylko pisa­łem o tym, jak utwier­dzała mnie w popraw­no­ści moich poglą­dów, co naj­wy­żej jakieś drobne korekty. Cze­ka­cie na coś, na co otwo­rzyły mi oczy, na coś co zmie­niło moje podej­ście do życia, na rzecz na temat któ­rej cały czas byłem w błę­dzie i od tam­tej pory nic już nie będzie takie jak wcze­śniej, sło­wem na rewo­lu­cję, a temat miło­ści tak bar­dzo do tego pasuje.

Zapewne będę musiał was roz­cza­ro­wać, choć prze­ży­łem wiel­kie obja­wie­nie, tylko nie tak bar­dzo impo­nu­jące. Mogłem myśleć o tym uczu­ciu tylko w pry­zma­cie moich byłych dziew­czyn, a takich poważ­nych to było bar­dzo nie­wiele. I mimo mojego podej­ścia do związ­ków, prze­my­śleń które wypi­sa­łem w poprzed­nich aka­pi­tach i tak dosze­dłem do bar­dzo waż­nego wniosku.

Było tyle waż­nych osób w moim życiu, o któ­rych chcia­łem pomy­śleć, że począt­kowo aż mnie przytłoczyli.

Miłość jest naj­trud­niej­szym ze wszyst­kich uczuć, a każde uczu­cie należy do kwe­stii, któ­rych nie można jej oce­nić, skla­sy­fi­ko­wać, spraw­dzić, ani zmie­rzyć. Czyli leżą­cych poza zasię­giem mojego rdze­nia oso­bo­wo­ści, czyli poza moim zasię­giem w prze­szło­ści. Uświa­do­mi­łem sobie, że mimo wła­ści­wego podej­ścia, odpo­wied­niej filo­zo­fii i mimo sta­rań nie byłem w sta­nie kochać tak, jak to powi­nie­nem był robić, a nawet nie zda­wa­łem sobie z tego sprawy.

I tak jak wam mówi­łem, ten wnio­sek nie jest bar­dzo spek­ta­ku­larny. Prawdę mówiąc nie zmie­niło by to prak­tycz­nie nic w moich rela­cjach, wszystko wyglą­da­łoby bar­dzo podob­nie, prócz jed­nej małej, malut­kiej rze­czy. Moich uczuć i życia wewnętrz­nego. Wydaje mi się, że teraz już jestem w sta­nie zako­chać się tak naprawdę. Mam nadzieję.

I nawet gdyby to była jedyna korzyść z całej przy­gody z ayahu­ascą, byłaby warta całego zachodu i męczarni, przez które musia­łem przejść.

Książki

Przejdźmy do tro­chę lżej­szego tematu. Książki i ogól­nie czy­ta­nie to bar­dzo ważny ele­ment mojego życia, od jakiś 10 lat czy­tam po kil­ka­dzie­siąt pozy­cji rocz­nie. Przy takiej ilo­ści spraw­dzeni i dobrzy auto­rzy szybko się koń­czą i trzeba szu­kać kolej­nych. Spo­sób w jaki to robię mógłby sta­no­wić osobny wpis, jed­nak nie czas na to, nie miej­sce. Wspo­mi­na­łem wcze­śniej, że wizje zależą od tego o czym myślimy i tego co mamy w gło­wie. Dla­tego też u mnie poja­wiało się sporo miejsc, moty­wów i postaci, które znam z ksią­żek, co dopro­wa­dziło że zaczą­łem się zasta­na­wiać nad moim podej­ściem do czytelnictwa.

Czy­tam tro­chę z ego­izmu, tro­chę z zami­ło­wa­nia do wyzwań inte­lek­tu­al­nych, tro­chę z cie­ka­wo­ści. Za każ­dym razem sta­ram się jed­nak przej­rzeć osobę autora i wymy­ślić co jego dzieło mówi o nim samym, bądź niej. A już naj­le­piej jak moje przy­pusz­cze­nia pokry­wają się z wnio­skami z czy­ta­nie innych pozy­cji tej samej osoby.

Powiedzmy sobie szcze­rze, czy­tel­nic­two nie należy do zbyt popu­lar­nych hobby i wiele osób zakoń­czyło swoją przy­godę na Sone­tach Krym­skich, Dżu­mie, czy innej lalce. A ja nie za bar­dzo lubię się tym chwa­lić z dwóch powo­dów — powścią­gli­wo­ści, o któ­rej już pisa­łem, oraz nie chcę dawać wyrazu swo­jej pychu i wyż­szo­ści z tego powodu. Na blogu też strasz­nie nie­wiele o tym piszę, w prze­ciągu 3 lat led­wie kilka wpi­sów poświę­ci­łem książ­kom — 1984 Orwella, Fight Club, Kro­niki Diuny.

Dosze­dłem do wnio­sku, że Bóg Impe­ra­tor Diuny jest naj­lep­szą książką jaką kie­dy­kol­wiek czy­ta­łem, ale to nie było naj­waż­niej­sze. Oka­zało się rów­nież, że jestem z tego dumny. Sam przed sobą, i to wystar­czy i to zmie­nia tak wiele. Tak bar­dzo chcia­łem nie być uwa­ża­nym za peł­nego pychy, ze nawet przed samym nie umia­łem się przy­znać do tego, że jestem dumny z powodu mojego czy­tel­nic­twa. I po raz kolejny nic to nie zmieni w moim życiu, oprócz moich myśli na ten temat.

Kon­takt z bogami

Cała cere­mo­nia była prze­siąk­nięta ducho­wo­ścią, pod­cho­dzili do bar­dzo poważ­nie. Otwie­ra­nie trze­ciego oka, wej­ście w kon­takt z matką zie­mią poprzez matkę wszyst­kich roślin lecz­ni­czych ayahu­ascę, kon­takt z jej duchem, oraz duchem ple­mie­nia w celu osią­gnię­cia spo­koju i rów­no­wagi w życiu, mnó­stwo tego rodzaju okre­śleń zwią­za­nych z ducho­wymi prze­ży­ciami i odwo­ły­wa­niem się do sił wyższych.

I ja się wcale nie dzi­wię, że oni w to wie­rzą. Wiara zazwy­czaj opiera się na tym, że musisz sobie zało­żyć praw­dzi­wość cze­goś pomimo braku, a nawet wbrew dowo­dom i zdro­wemu roz­sąd­kowi, a w przy­padku ayahu­asci, BOGOWIE TAM SĄ, jakich­kol­wiek byś nie chciał zoba­czyć. Nie tylko bogo­wie, może to być rów­nie dobrze duch matki ziemi, per­so­ni­fi­ka­cja karmy, kosmici, dia­bły, czy inne demony. W zależ­no­ści od wyobra­że­nia można poczuć ich przy­tła­cza­jącą obec­ność, aurę, poroz­ma­wiać z nimi, co wię­cej oni mogą Cię wyle­czyć, pomóc w pro­ble­mach i to ma szansę zadzia­łać — wszak więk­szość pro­ble­mów sie­dzi głę­boko w psychice.

Tylko że to wszystko dzieje się w Two­jej gło­wie pod wpły­wem nar­ko­ty­ków. O ile jest to bar­dzo dobre źró­dło infor­ma­cji o samym sobie, to raczej nie o świe­cie. Poka­zuje nam obrazy przez pry­zmat naszych doświad­czeń, wie­dzy i poglądów.

– Czy to dzieje się naprawdę, czy tylko w mojej gło­wie? (…)
– Ależ oczy­wi­ście to dzieje się w two­jej gło­wie, Harry, tylko skąd, u licha, wnio­sek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?

Bada­nie możliwości

Pod­czas pierw­szej sesji prze­my­śla­łem więk­szość waż­nych aspek­tów mojego życia i sporą część dru­giej poświę­ci­łem na myśle­nie o sobie, oraz na testo­wa­nie moż­li­wo­ści ayahu­asci. A raczej na spraw­dze­nie w jakim stop­niu jestem w sta­nie wpły­nąć swo­imi myślami na halu­cy­na­cje, uczu­cia i wyni­ka­jące z nich wnio­ski. Taką już mam naturę naukowca.

Wizu­ali­zo­wa­łem sobie swoje ciało, patrząc na nie z zewnątrz. Przy czym widzia­łem je dość ete­rycz­nie, całość była jakby prze­źro­czy­sta, widzia­łem kości, naczy­nia krwio­no­śne, a nawet organy. Wyobra­zi­łem sobie tkwiący w mym boku cierń (taki duży) i się­gną­łem ręką w tamtą stronę, aby go zła­pać i wyciągnąć.

Do teraz jestem zasko­czony tym, jak bar­dzo lepiej się poczu­łem po jego wycią­gnię­ciu, mimo że był on tylko pro­jek­cją mojego umy­słu, a nie żad­nym praw­dzi­wym pro­ble­mem. Jestem sobie w sta­nie wyobra­zić lecze­nie uza­leż­nień, czy innych pro­ble­mów psy­chicz­nych za pomocą sesji ayahu­asci. Sza­man per­swa­duje danej oso­bie, że jej dole­gli­wość jest cia­łem obcym wbi­tym w jej duszę/ciało, a następ­nie odpra­wia teatrzyk mający na celu zwi­zu­ali­zo­wa­nie jej usu­nię­cia. Jestem w sta­nie uwie­rzyć, że w takim przy­padku nar­ko­tyki i sza­mań­skie śpiewy mogą się oka­zać sku­tecz­niej­sze od wie­lo­let­niej pomocy psychologicznej.

Szkoda, że nie mia­łem oka­zji choć przez chwilę posłu­chać swo­jej muzyki.

Trudno jest to dokład­nie opi­sać, bo pod­czas dzia­ła­nia ayahu­asci zupeł­nie ina­czej się wszystko odbiera. Sta­ram się jak mogę prze­ka­zać wam co tam się działo i jak to odbie­ra­łem, ale to jakby tłu­ma­czyć ślep­cowi kolory. Można pró­bo­wać, wymy­ślać, kom­bi­no­wać, a i tak nie prze­ka­żemy sedna. Mogę jed­nak podać wam mały przy­kład zwią­zany ze mną i papierosami.

Mogę z czy­stym sumie­niem napi­sać, że nie palę, nie pali­łem, a nawet że nigdy nie będę palił. Zacią­gną­łem się papie­ro­sem tylko 3 razy w życiu. Pierw­szy raz jakoś w wieku 4 lat, co mi je obrzy­dziło na zawsze. Kolejny raz w wieku 22 lat, za namową kolegi, który miał jakiś super-zajebiste sma­kowe Davi­doffy czy inne Dun­hille. Trzeci raz pod­czas dru­giej sesji ayahu­asci, posta­no­wi­łem wczuć się cał­ko­wi­cie w kli­mat i spró­bo­wać sza­mań­skich szlu­gów. Nie byłem w sta­nie zła­pać nawet deli­kat­nej chmury, led­wie przy­ło­ży­łem go do warg ogar­nęło mnie tak ogromne obrzy­dze­nie, że aż zaczą­łem się trząść.

Zaraz sobie wyobra­zi­łem, że ten gęsty, ciemny dym dosta­nie się do moich płuc i zacznie je wyże­rać. Prze­cież tam nie powinno nic takiego się zna­leźć. Już nawet śmier­dzące palce, czy żółk­nące w przy­śpie­szo­nym tem­pie zęby nie zro­biły na mnie takiego wra­że­nia jak ta chmura małych, żar­łocz­nych czą­stek wbi­ja­ją­cych zęby w zdrową tkankę moich narzą­dów. To było tak okropne doświad­cze­nie, które cią­gle jak żywe mogę zoba­czyć przed oczami. Jestem pra­wie pewien, że jak­bym teraz spró­bo­wał zacią­gnąć się papie­ro­sem, to zwymiotowałbym.

Wyro­bi­łem sobie sam warun­ko­wa­nie pra­wie jak w fil­mach sci-fi, a z pomocą sza­mana i wizu­ali­za­cji zapewne można osią­gnąć o wiele bar­dziej impo­nu­jące efekty.

Jesz­cze kilka kwe­stii technicznych

Cał­kiem sporo już napi­sa­łem, mnó­stwo prze­my­śleń, ale mój tok myślowy wcale tak nie wyglą­dał. Wręcz wyglą­dał zupeł­nie ina­czej, dla was po pro­stu zebra­łem myśli zapi­sane zaraz po sesji, zmie­sza­łem z moim reflek­sjami na trzeźwo i wyeks­tra­ho­wa­łem kwin­te­sen­cję moich prze­żyć, opi­su­jąc jedy­nie naj­waż­niej­sze wątki.

To były bar­dzo dłu­gie godziny i bar­dzo cięż­kie i tylko nie­wielką ich część mogłem poświę­cić na prze­my­śle­nia i sku­pie­nie się nad wizu­ali­za­cjami. Mam takie wra­że­nie, że jakieś 70–80% mojej uwagi było poświę­cone temu, żeby prze­żyć. Nie żebym miał umie­rać, albo dra­ma­ty­zo­wał, ale co chwila mi było źle, to musia­łem się obra­cać, to mnie iry­to­wała struk­tura opu­szek pal­ców, albo koca, to byłem spra­gniony, ale nie mogłem się napić, to iry­to­wał mnie śpiew sza­mana i chcia­łem posłu­chać sobie swo­jej nuty, a jak musia­łem iść do ubi­ka­cji to już w ogóle była tragedia.

Także ten, także tego. To by było na tyle moich wewnętrz­nych prze­żyć, w takim tele­gra­ficz­nym skrócie.

Offe­ring cere­mony to Pachamama

Na sam koniec, aby zamknąć krąg ener­ge­tyczny całej naszej ducho­wej podróży należy podzię­ko­wać matce ziemi i ojcom bogom za pomocą tego rytu­ału. Jest on bar­dzo podobny do cere­mo­nii oczysz­cza­nia Kuti, a raczej powie­dział­bym że jest jego odwrot­no­ścią. Przede wszyst­kim należy mieć otwarte oczy i za pomocą róż­nych ele­men­tów zło­żyć ofiarę. Używa się do tego:

–bia­łej kartki papieru — sym­bo­li­zu­ją­cej czy­stość,
–bia­łego i czer­wo­nego kwiatu jako sym­bolu wiel­kiej Pol­ski. Tak naprawdę to nie, czer­wony kwiat sym­bo­li­zuje matkę zie­mię, a biały bogów,
–bia­łej i czer­wo­nej wstążki, jak wyżej,
–tłusz­czu z lamy jako ofiary dla ziemi,
–figurki sple­cio­nej pary, będą­cej sym­bo­lem szczę­śli­wej miło­ści,
–cukie­rek w kształ­cie domu sym­bo­li­zu­jący szczę­ście i har­mo­nie w rodzi­nie,
–cukie­rek w kształ­cie samo­chodu sym­bo­li­zu­jący bez­pieczne i roz­wi­ja­jące podróże,
–fał­szy­wych bank­no­tów 100 dola­ro­wych jako sym­bolu dobro­bytu (to chyba nie było zbyt tra­dy­cyjne),
–muszli jako tale­rza na dary, któ­rymi chcemy się podzie­lić z matką zie­mią,
–bia­łej wełny — sym­bo­li­zu­ją­cej chmurę, sym­bol tego że wszystko będzie dobrze,
–kolo­ro­wej wełny — sym­bo­li­zu­ją­cej tęczę jako most do szczę­ścia,
–wysu­szony słodki owoc z dżun­gli wraz z masą z trzciny cukrowej.

Bra­ko­wało mi tylko bia­łej świeczki. Jeżeli udało Ci się doczy­tać dotąd, to podzi­wiam i gra­tu­luję. Zachę­cam rów­nież ser­decz­nie do polu­bie­nia mojego bloga na face­bo­oku.

Tutaj zdję­cie cere­mo­nii z muzeum kul­tury inków w Cusco.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • Alek­san­der

    Nie­zwy­kle cie­kawe musi być takie prze­ży­cie. Aż samemu po takim opi­sie mam ochotę tam poje­chać i tego spró­bo­wać na wła­snej skó­rze. Spoj­rzeć na sie­bie z innego punktu świa­do­mo­ści, zoba­czyć do jakich wnio­sków bym doszedł. A hehh pytań mam wiele, spraw do takiego prze­my­śle­nia jesz­cze więcej. 😉

  • Julowa

    Pierw­szy raz widzę tak obszerny opis doświad­czeń na Ayahu­asce i z jed­nej strony mnie to cie­szy a z dru­giej smuci. Cie­ka­wie prze­czy­tać z deta­lami o odczu­ciach dru­giego czło­wieka, a z dru­giej strony mam wra­że­nie że całe Twoje cięż­kie przy­go­to­wa­nia poszły na marne. Mimo dwu­ty­go­dnio­wej diety i abs­ty­nen­cji posze­dłeś do pierw­szego lep­szego sza­mana który się napa­to­czył, zamiast taki sam wysi­łek wło­żyć w odna­le­zie­nie wła­ści­wiej osoby. Odda­łeś się w ręce kogoś (jak sam przy­zna­łeś) żeru­ją­cego ponie­kąd na tury­stach i odpra­wia­ją­cego jakieś czary-mary pod publiczkę. Ciężko mi pogo­dzić się z tym, że tyle wysiłku wło­ży­łeś w oczysz­cze­nie orga­ni­zmu, a chyba żad­nego w odszu­ka­nie praw­dzi­wego szamana.

    Od razu przy­znam się, że sama nie prze­szłam jesz­cze przez cere­mo­nię, ale wiem że przy dozie wysiłku możesz tra­fić na praw­dzi­wych ludzi, robią­cych praw­dziwe rze­czy. Cie­kawa jestem jak bar­dzo róż­ni­łyby się Twoja dozna­nia gdy­byś wła­śnie w takie miej­sce trafił.

    Po pierw­sze aby przejść przez cere­mo­nię musisz mieć kon­kretny cel, kon­kretny pro­blem z któ­rym się zma­gasz i sza­man musi go zaak­cep­to­wać. Na cere­mo­niach spo­ty­kają się ludzie bar­dzo cho­rzy, z sil­nymi trau­mami i zma­ga­jący się z dużymi dyle­ma­tami w życiu– w końcu Ayahu­asca to lek a nie używka dla roz­rywki. Posma­ro­wa­nie pie­niąż­kami nie wystar­czy. W cere­mo­nii uczest­ni­czy sza­man wraz z rodziną (wszy­scy zaży­wają Ayahu­ascę pra­wie codzien­nie i oni pro­wa­dzą całą Twoją podróż grą na bęb­nach i rytu­al­nym śpie­wem) oraz prze­wod­nicy, któ­rzy Ayahu­asci w tym momen­cie nie zaży­wają i są tam po to aby pomóc Ci przy wymio­tach lub w pój­ściu do toa­lety. Naj­waż­niej­sza chyba rzecz– Ayahu­ascę dozu­jesz sobie sam! Pierw­szego wie­czoru wszy­scy zaży­wają tą samą dozę, ale następ­nego dnia osoby które brały udział w rytu­ale spo­ty­kają się, oma­wiają wraz z jed­nym z prze­wod­ni­ków doświad­cze­nia i decy­dują ile powinni wypić pod­czas kolej­nej sesji, któ­rych powinno być około 4/5 ponie­waż pierw­sza lub dwie pierw­sze to wyrzu­ce­nie całego gówna z umy­słu i orga­ni­zmu, dopiero póź­niej zaczyna się praw­dziwa podróż wewnątrz.

    Tyle wiem tylko i wyłącz­nie z dokład­nego opisu osoby któ­rej chciało się odna­leźć, wła­ściwe miej­sce i wła­ści­wych ludzi, aby prze­żyć coś praw­dzi­wie poru­sza­ją­cego i odmie­nia­ją­cego. Czy muszę doda­wać, że działo się to w głębi dżun­gli i jeśli tylko mia­łeś ochotę mogłeś pod­czas transu wybrać się ze swym prze­wod­ni­kiem na spa­cer (o ile oczy­wi­ście star­czyło do tego moż­li­wo­ści i sił)? Pozo­staje mi tylko życzyć Ci abyś, jeśli zde­cy­du­jesz się na to doświad­cze­nie jesz­cze raz, tra­fił do odpo­wied­niego miej­sca i podzię­ko­wać za piękny kawa­łek tekstu.

    Wszyst­kiego dobrego

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Hej,

      Nie uwa­żam, abym tra­fił na złego sza­mana. Wyru­szy­łem do Cusco nie wie­dząc czy w ogóle będzie tam moż­li­wość zna­le­zie­nia kogo­kol­wiek, kto mógłby się tym pro­fe­sjo­nal­nie zająć, z prze­świad­cze­niem że nie zro­bię tego jeżeli nie będę czuł się pew­nie. Było wię­cej miejsc ofe­ru­ją­cych tego typu usługi, ale to zde­cy­do­wa­nie zro­biło na mnie naj­lep­sze wra­że­nie. Zresztą mnó­stwo osób mówi znajdź dobrego sza­mana, ale żeby podać jakieś dokład­niej­sze instruk­cje jak to zro­bić, to nikt nie był w sta­nie nic powie­dzieć, więc musia­łem się opie­rać na moim wrażeniu.

      Te całe czary-mary i otoczka wyda­wa­łaby mi się śmieszna nie­za­leż­nie od tego kto i gdzie by to robił. Taki już po pro­stu jestem i nie mógł­bym opi­sać w poważny spo­sób wró­że­nia z liści czy modłów do ducha świę­tego nad tra­dy­cyj­nymi nar­ko­ty­kami Inków, bo takie rze­czy dla mnie poważne nie są. Nie wydaje mi się, aby wra­że­nia mogły się róż­nić w szcze­gólny spo­sób, nawet jeżeli bym się wybrał do Iqu­itos — wszak więk­szość rze­czy dzieje się w gło­wie, a potrzeba do tego głów­nie śro­do­wi­ska z jak naj­mniej­szą liczbą inwa­zyj­nych bodź­ców (szum morze, czy odgłosy lasu nie są inwazyjne).

      Począt­kowo pod­sze­dłem do tego dość lekko, ale nie zna­czy to, że nie mia­łem celu w tej cere­mo­nii. Chcia­łem się upew­nić, czy dobrze sobie daję radę w życiu i udało mi się to potwier­dzić. Prócz sza­mana byli rów­nież prze­wod­nicy, któ­rych można zoba­czyć na jed­nym ze zdjęć, a co do kwe­stii daw­ko­wa­nia i ilo­ści prze­ży­tych sesji, to wydaje mi się że moja wie­dza empi­ryczna może być bar­dziej mia­ro­dajna od two­jej teo­re­tycz­nej. Szcze­rze mówiąc to już po pierw­sza sesja zro­biła na mnie ogromne wra­że­nie. Co do dru­giej, to mia­łem moż­li­wość wyboru ilo­ści dawki, a także jej zwięk­sze­nia w trak­cie, o czym wspo­mnia­łem w tekście.

      Mimo że nie mia­łem moż­li­wo­ści prze­żyć tego tra­dy­cyj­nie w dżun­gli, to nie wydaje mi się więc, żeby moje doświad­cze­nie było nie­pełne z żad­nego z wymie­nio­nych przez Cie­bie powo­dów — ani miej­sca, ani ludzi, ani ilo­ści, ani dawek.

      Mia­łem moż­li­wość wyjść na zewnątrz, jed­nak nie było tam wcale tak faj­nie. Jak już mi tro­chę scho­dziło, to wtedy o wiele lepiej się spę­dzało czas na zewnątrz, jed­nak strasz­nie mar­z­łem pod­czas całej cere­mo­nii, więc dużo czasu tam nie spędziłem.

      Cał­kiem moż­liwe, że jesz­cze kie­dyś się zde­cy­duję na taką cere­mo­nię i wtedy chciał­bym prze­żyć to w dżun­gli. Więc moż­liwe że za jakieś 5–10 lat pojawi się kolejny wpis i porów­nam wra­że­nia. Na razie nie chcę tego robić po raz kolejny, nie potrze­buję tego. Jak moje życie się zmieni wtedy mogą się zna­leźć nowe rze­czy do popra­co­wa­nia nad nimi, chciał­bym też prze­żyć to doświad­cze­nie z kan­dy­datką na żonę, jak już uda mi się jakąś znaleźć.

      Pozdra­wiam

  • http://www.zielonowglowiemam.blog.bielsko.pl/ Mag­da­lena

    Cie­kawy wpis i przeżycie..

  • fry­zmak horata

    Super. Kiedy czy­ta­łam o Two­jej śmierci natych­miast mia­łam wizję jak to roz­pada się twój rdzeń ale ate­istyczny! ( który widać jest bar­dzo silny)I wtedy dopiero będziesz zasko­czony 😉 Nie ma co się bać, to nie będzie koniec końców 🙂