Chorwacja Autostopem #2 — Destination Unknown

Jeśli miał­bym wymie­nić jedną rzecz, która naj­bar­dziej zapa­dła mi w pamięć pod­czas tych waka­cji, byłoby to „zawsze wbi­jaj śle­dzie od namiotu”.

Pora­nek

Padało. I to padało bar­dzo kon­kret­nie, co w połą­cze­niu z nie­umie­jęt­nym roz­ło­że­niem namiotu było dość nie­przy­jemną sprawą. Trudno, następ­nym razem będę już wie­dział. Naszego poprze­dniow­pi­so­wego opie­kuna zna­la­złem rano w namio­cie. Widocz­nie chciał mieć pew­ność, że nic nam się nie sta­nie. Nie dys­po­nuję zdję­ciem, gdyż bli­skość 5-centymetrowego owada nie jest sytu­acją, w któ­rej czło­wiek myśli o wycią­gnię­ciu apa­ratu, a raczej o klapku.

Wyczoł­ga­li­śmy się z namiotu, wywie­si­li­śmy wszyst­kie prze­mo­czone rze­czy, włącz­nie ze śpi­wo­rami, na pobli­skim pło­cie. Na szczę­ście od samego rana było nie­mi­ło­sier­nie gorąco. Następ­nie szybka toa­leta na sta­cji ben­zy­no­wej, kęs czer­stwej bułki, parę ćwi­czeń na pobli­skich maszy­nach i byli­śmy gotowi kon­ty­nu­ować naszą podróż.

Tre­ning z rana, jak śmie­tana. Dobra sprawa, dla kie­row­ców podró­żu­ją­cych na dłu­gie dystanse, jest się gdzie rozruszać.

Kolejny kie­rowca

Wylo­tówka ze sta­cji ben­zy­no­wej na auto­stra­dzie to świetne miej­sce na łapa­nie stopa. Szcze­gól­nie jeśli zaczy­nasz z samego rano. Kie­rowca wtedy nie pomy­śli, że może jesteś tu dopiero chwilkę, tylko ma świa­do­mość, że za Tobą noc na sta­cji. W takich oko­licz­no­ściach, z lito­ści ludzie chęt­niej się zatrzy­mują. Przy­naj­mniej tak sobie wmawiam.

Mimo to na pierw­szego kie­rowcę cze­ka­li­śmy ponad 2 godziny. No trudno, na szczę­ście oka­zał się to sym­pa­tyczny Pan w star­szym wieku, podró­żu­jący samot­nie, nie zna­jący języka angiel­skiego. No to wska­ku­jemy do środka i pojazd rusza z piskiem opon nio­sąc nas z zawrotną pręd­ko­ścią ku wybrze­żom Chor­wa­cji. Pręd­ko­ścio­mierz oscy­lo­wał wokół 200 km/h. Sam byłem zasko­czony, szcze­gól­nie że jecha­li­śmy Pas­sa­tem jedynką. Nawet sto­jąc w miej­scu wska­zy­wał taką pręd­kość. Jedyne co mi przy­szło do głowy, to że po uszko­dze­niu się wskaź­nika, samo­chód dacho­wał. Bałem się jed­nak zapy­tać. Zaje­cha­li­śmy z nim aż do samej granicy.

Przej­ście graniczne

Znowu zje­cha­li­śmy z trasy. Nor­mal­nie przej­ście gra­niczne znaj­duje się rów­nież na auto­stra­dzie, ale ponie­waż nasz kie­rowca nie chciał wyjeż­dżać z kraju, zosta­wił nas na przej­ściu obok auto­strady, w miej­sco­wo­ści Lete­nye. Pierw­szy rząd zabu­do­wań do kon­troli był opusz­czony. Dalej prze­szli­śmy przez most bez żad­nego pobo­cza dla pie­szych i następ­nie kon­trola. Nie zaglą­dali nam nigdzie, tylko do dowo­dów, także bez pro­blemu prze­szmu­glo­wa­li­śmy całą broń i kilo­gram hero­iny. Naresz­cie cywi­li­za­cja, zro­bimy zakupy w nor­mal­nym skle­pie i może nawet zjemy jak ludzie.

Ta na pewno. Nie było tu ani jed­nego sklepu, pomimo tego co twier­dził cel­nik, jedy­nie opu­sto­szała sta­cja ben­zy­nowa. Znów nie­ko­rzystna loka­li­za­cja i znów przyj­dzie nam roz­pacz­li­wie machać do prze­jeż­dża­ją­cego raz na kilka minut samo­chodu. Obra­li­śmy bar­dziej bez­względną stra­te­gię i pyta­li­śmy się ludzi tan­ku­ją­cych na sta­cji, czy nas nie podwiozą.

Więk­szość to byli miej­scowi, jeden gość oświad­czył, że nie zabiera auto­sto­po­wi­czów. Spo­tka­li­śmy rów­nież Pola­ków wra­ca­ją­cych z Chor­wa­cji. Pora­to­wali nas prze­pysz­nymi kanap­kami z kotle­tem, także jeden pro­blem mniej. Jestem im za to nie­zmier­nie wdzięczny. Nie zdą­ży­łem dokoń­czyć jedze­nia i zatrzy­mał się kolejny samochód.

Desti­na­tion Unknown

Sło­wac­kie bla­chy, w środku sym­pa­tyczna parka w śred­nim wieku. Za 10 euro pod­wiozą nas na Zagrzeb. Super i eks­tra, chęt­nie zapłacę, byleby tylko doje­chać. Wsia­damy, a tam zaduch i zapach potu w nie­wie­trzo­nym aucie bił się ze sta­nem uzę­bie­nia wła­ści­cieli o pierw­szeń­stwo mojej uwagi. Ilość stopni Cel­siu­sza w aucie oscy­lo­wała w oko­licy sumy zębów naszych wybaw­ców. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że jedziemy.

Kie­rowca ściąga nogę ze sprzę­gła i opiera ją na lewo od kie­row­nicy pre­zen­tu­jąc brud pod paznok­ciami poprzez dziu­rawą skar­petę. Naj­waż­niej­sze, że jedziemy.

Jadą nad samo morze chor­wac­kie i mogą nas ze sobą zabrać. Oczy­wi­ście będziemy musieli zapła­cić wię­cej. Krótka kon­sul­ta­cja, chcemy jechać. Nie jest kom­for­towo, okna nie można otwie­rać, ale jakoś wytrzy­mamy. Naj­waż­niej­sze, że jedziemy.

dru­giego dnia poszło nam jakieś 4 razy lepiej, jeśli cho­dzi o ilość prze­je­cha­nych kilo­me­trów. Trasa wio­dła cały czas auto­stradą, także szybciutko.

Morze

Po kilku godzi­nach jazdy naszym oczom uka­zuje się Adria­tyk. Nosem wyobraźni już czuję tą wspa­niałą woń i nie mogę się docze­kać kiedy wsko­czę mię­dzy fale dziar­sko niczym Pika­chu do poke­balla. Jeź­dzimy chwilę po wybrzeżu, by w końcu zde­cy­do­wać się wysiąść w jed­nej z więk­szych miej­sco­wo­ści w oko­licy, koszt naszej podróży to 200 kun.

Nasz kie­rowca, który jak zdą­ży­łem się dowie­dzieć, nazywa się Luky, rów­nież tam zostaje ze swoją lubą i za jakiś tydzień będą wra­cać przez Buda­peszt. Wymie­niamy się nume­rami, zabie­rzemy się z nimi. Jakoś damy radę wytrzy­mać. Naj­waż­niej­sze, że dzień dłu­żej spę­dzimy nad morzem.

Tak się pre­zen­to­wało mia­steczko do któ­rego tra­fi­li­śmy — Senj. Małe, malow­ni­cze, woda przej­rzy­sta, a w tle góry.

Szu­ka­nie lokum

Począt­kowo chcia­łem sko­rzy­stać z couch­sur­fingu. Prze­ko­nać się naresz­cie jak to jest, gdy ty u kogoś sur­fu­jesz, poznać miej­sco­wych, dowie­dzieć się gdzie warto iść i co zoba­czyć. Nie dosta­łem jed­nak żad­nej pozy­tyw­nej odpo­wie­dzi i jak przy­je­cha­łem to wszystko zro­biło się jasne. Prze­cież to kraj tury­styczny, śro­dek sezonu. Całe rodziny koczują w piw­nicy, aby wyna­jąć każdy pokoik tury­stom i naciu­łać gro­sza na zimę. A cenią sobie 35 Euro za klitkę bez dostępu do kuchni.

Wow, Chor­wa­cja egzo­tyczna tak bar­dzo. Zazwy­czaj ludzie z moich oko­lic odwie­dzali Cze­chy, bo bli­sko, Ukra­inę, bo tanio i Niemcy, bo do pracy. A tu nagle kak­tusy na uli­cach. Wtedy spo­ty­kamy auto­sto­po­wiczkę z Polski.

–Przy­ja­cielu, nie bój się. Jestem tuła­czem, takim jak ty. Wol­nym i dzi­kim. Dzi­siaj pakuję namiot i wyjeż­dżam, może­cie zająć moje miej­sce.
–Śpisz gdzieś na polu namio­to­wym?
–Pła­cić za noc­leg, osza­la­łeś? Znajdź polankę obok opusz­czo­nego kościoła, tam jest zej­ście na plażę i można się roz­bić. Bywajcie.

Nie byli­śmy prze­ko­nani do tego pomy­słu. Zosta­wia­nie naszych rze­czy w namio­cie, roz­bi­ja­nie się na dziko w kraju któ­rego prawa, ani języka nie znamy? Jed­nak z dru­giej strony przy­je­cha­nie bez zare­zer­wo­wa­nego miej­sca w środku sezonu to nie jest naj­lep­szy z pomy­słów. Obe­szli­śmy dość dużą ilość domów, widzie­li­śmy mnó­stwo sta­ru­szek obser­wu­ją­cych oko­lice pose­sji z bal­konu, bez­domne koty, dziko rosnące kak­tusy i mig­dały. Zachwy­cam się oko­licz­no­ściami przy­rody, jed­nak ple­cak ciąży coraz bar­dziej, a i słońce powoli chowa się za horyzont.

Dziś roz­bi­jemy namiot koło kościoła, o któ­rym mówiła tamta dziew­czyna, jutro cze­goś poszu­kamy na spokojnie.

«< Chor­wa­cja Auto­sto­pem #1 — Start

Chor­wa­cja Auto­sto­pem #3 — Melina »>

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.