Chorwacja Autostopem #6 — Powrót

Wszystko się koń­czy, prę­dzej czy póź­niej. Jest to natu­ralna kolej rze­czy, jed­nak nie zauwa­żamy tego, dopóki rze­czy­wi­stość nie zwe­ry­fi­kuje naszej wizji świata. Krze­słem w twarz.

Wiel­kie tragedie

Ostat­nia kostka cze­ko­lady, cichy szloch wycho­waw­czyni ostat­niego dnia szkoły, dawno nie widziany zna­jomy odna­le­ziony z obrączką na palcu, ostat­nie tchnie­nie umie­ra­ją­cego przy­ja­ciela, wybuch wojny i powszechna mobi­li­za­cja wszyst­kich zdol­nych do nosze­nia broni.

No i naj­gor­sze, koniec urlopu.

A sto­pem jadę tak.

Plan B

Powrót mie­li­śmy umó­wiony z rów­nie sym­pa­tycz­nymi co bez­zęb­nymi Sło­wa­kami, któ­rzy pod­wieźli nas w tę stronę. Dzwo­nię więc w sobotę koło godziny 14 umó­wić się kon­kret­nie na odjazd, a tu zonk.

My som w Kosicach.

Za to my som w Senj i nie mamy trans­portu. Ja bym zro­zu­miał, gdyby on mnie po pro­stu, zwy­czaj­nie z cham­stwa zigno­ro­wał, because fuck you. Naprawdę, takie zacho­wa­nie też by mnie zde­ner­wo­wało, ale nie zdzi­wiło. Uma­wia­łem się, że mu zapłacę, to co on pie­nię­dzy nie chciał? Dziwny jakiś.

No nic, jest jak jest, trzeba sobie pora­dzić. Powszechna mobi­li­za­cja, jesz­cze sporo jest do zro­bie­nia przed wyjaz­dem. Trzeba prze­cież zapasy zro­bić na podróż, suwe­niry zaku­pić, obiad zjeść, czyli gene­ral­nie pozbyć się resz­tek ich­niej­szej waluty.

Na szczę­ście nie padało wcale tak mocno. Do tego wszyst­kiego jesz­cze skoń­czyła się bate­ria w apa­ra­cie, wszyst­kie kary na mnie idą. Następ­nie zostało „jedy­nie” spa­ko­wa­nie ple­caka, zwi­nię­cie namiotu, no i można wyru­szać na trasę. Zanim dotar­li­śmy w przy­zwo­ite miej­sce na łapa­nie stopa była już 18.

Zawsze coś.

Małe kroki

Udało nam się tego dnia zro­bić tylko dwa­dzie­ścia parę kilo­me­trów, jed­no­cze­śnie robiąc tysiąc dwie­ście metrów w górę. Pytam się jesz­cze kobietki, co nas pod­wio­zła, czy w Chor­wa­cji można spać na dziko. Jak będzie trzeba, to będzie­cie spać. No fak­tycz­nie, tak jak ostatni tydzień. Zosta­wiła nas zaraz przy tra­sie, gdzie na wyso­ko­ści naszych głów była odpo­wied­nia polanka. Namiot roz­ło­żony bły­ska­wicz­nie, śle­dzie wbite od razu, można ude­rzać w kimono.

Jakość zdję­cia jest odwrot­nie pro­por­cjo­nalna do tego, jak tam było pięk­nie. Oczy­wi­ście patrząc w innym kierunku.

Kie­dyś, dawno temu na geo­gra­fii uczy­łem się, że tem­pe­ra­tura zmniej­sza się o 0,6 stop­nia co 100 m. Tam­tej nocy w namio­cie przy­po­mnia­łem sobie tę lek­cję na wła­snej skó­rze. Niby wycho­dzi tylko z 7 stopni mniej, ale w Chor­wac­kich górach teo­ria roz­mija się z prak­tyką. Było o wiele zim­niej. Rano jesz­cze obu­dził nas jakiś gość w gumow­cach, prze­cho­dził tam­tędy i puka się w głowę.

–Medved, medved, vuko, auuuu.

Czyli w oko­licy żyją niedź­wie­dzie i wilki, a ja tam spa­łem. Powie­dzia­łem, że się nie boję niedź­wie­dzi. Niech wie, że Polacy są twar­dzi. Czas zejść na trasę i łapać kolej­nego stopa.

Złom­bol

Ja rozu­miem, że nikt w fer­rari się nie zatrzyma zabrać auto­sto­po­wi­czów. No, ale co to ma być, złom­bol? Nie­stety czasu było nie­wiele, więc nie mogli­śmy narze­kać. Tym razem wska­zówka pręd­ko­ści kon­se­kwent­nie wska­zy­wała zero. Do tego zapa­lona dioda check engine i mój oso­bi­sty fawo­ryt — gałka zmiany bie­gów owi­nięta skar­petą. Wola­łem nie pytać, przy­naj­mniej jecha­li­śmy. Po dro­dze prze­pra­wi­li­śmy się przez pra­wie 6 km tunel Mała Kapela i kie­rowca zosta­wił nas przed Zagrze­biem na sta­cji przy trasie.

War­stwowa budowa gleby widoczna na każ­dym kroku.

Sytu­acja nie wyglą­dała kolo­rowo. Było już pra­wie połu­dnie, przed nami pra­wie 400 km a w dro­dze gra­nica i żad­nego więk­szego mia­sta. Słońce w pełni, strach, nie­pew­ność, kolejne mija­jące samo­chody, kolejne bole­sne roz­cza­ro­wa­nia. Niby kry­zys demo­gra­ficzny, a więk­szość samo­cho­dów zapeł­niona dziećmi. Ich kie­rowcy z wzru­sze­niem ramion poka­zują pocie­chy sie­dzące na tyl­nych sie­dze­niach, zaś ci bez pasa­że­rów nie zwra­cają na nas naj­mniej­szej uwagi.

Tak jak remon­tu­jąc miesz­ka­nie w bloku ist­nieje odwieczny dyle­mat, czy robić pro­sto­pa­dłe do pod­łogi, rów­no­le­głe do ściany, czy zgod­nie z pio­nem, tak ist­nieje rów­nież odwieczny dyle­mat auto­sto­po­wi­czów. Czy na kartce mieć napi­sany numer auto­strady, mia­sto w pół drogi, czy też punkt doce­lowy? Eks­pe­ry­men­tu­jemy zmie­nia­jąc trans­pa­renty. Kolejne samo­chody, kolejne zawody, słońce podró­żuje po nieboskłonie.

Z powodu braku ład­nych zdjęć z powrotu, wrzucę nad­mor­skie drzewo.

Wnet ktoś się zatrzy­muje. W naszej pokręt­nej stra­te­gii aku­rat zwy­cię­żył wtedy Buda­peszt, mia­sto doce­lowe. Czyżby szczę­ście się do nas uśmiech­nęło, czy to znowu ktoś posta­no­wił oddać mocz przy wyjeź­dzie, bo zapo­mniał tego zro­bić na sta­cji? Tym razem jed­nak szczę­ście, a nie pęcherz. Wspa­niale, takiego zbiegu oko­licz­no­ści nam było trzeba. Para z Węgier wra­cała do domu, pod­rzu­cili nas do samego cen­trum Budapesztu.

Mam nauczkę na przy­szłość, będę woził krówki, żeby obda­ro­wać kie­row­ców. Widok węgier­skich napi­sów mnie ucie­szył. Czy jest już ze mną źle?

«< Chor­wa­cja Auto­sto­pem #5 — Zdjęcia

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.