Quet­zal­te­nango, Guatemala

Jak sobie pomy­ślę o tym mie­ście, to to jest moja naj­więk­sza porażka pod­czas tej podróży. Sam fakt, że się tam wybra­łem, bo naprawdę nie ma tam po co jechać, pogoda jest okropna i w ogóle źle, a ja tam byłem 2 tygo­dnie. A czemu tak długo?

Bo wie­cie roz­cho­ro­wa­łem się. Wia­domo jakie krążą plotki o tym jak faceci cho­rują. Zawsze mnie to nie­zmier­nie dziwi, bo zdaję się zaprze­czać temu ste­reo­ty­powi. Nie umie­ram osten­ta­cyj­nie przed wszyst­kimi i nie wyma­gam dużo uwagi ani opieki. Po pro­stu chciał­bym mieć wtedy abso­lutny spo­kój, żebym mógł pogo­dzić się z Bogiem i poże­gnać ze światem.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc wcze­śniej — trzeci mie­siąc podróży

Tak tam mniej wię­cej cią­gle wyglą­dało. Śli­skie kocie łby, strome uliczki, szare budynki ozdo­bione dru­tem kol­cza­stym i tłu­czo­nym szkłem.

Nie no, żar­tuję, nawet nie wiem w któ­rym przy­padku bar­dziej. Po pro­stu muszę się wyspać porząd­nie, co też zro­bi­łem. W dniu, w któ­rym gorączka dopa­dła mnie z rana, tuż po szkole posze­dłem spać i prze­spa­łem 18 godzin budząc się dopiero na śnia­da­nie dnia kolej­nego. Trzy­dniowa norma pod­czas jed­nej nocy pozwo­liła mi zebrać tyle ener­gii, że wybra­łem się na zaję­cia. Sło­wia­nie, są twar­dzi, wia­domo. No i zapła­ci­łem z góry za zajęcia.

Jako jedyny poku­si­łem się na tak absur­dalny wyczyn, bo jakaś epi­de­mia panuje i w domu gdzie miesz­kam czworo innych stu­den­tów rów­nież jest cho­rych. Jed­nak nikomu innemu nie przy­szło do głowy iść do szkoły, gdy nie czują się naj­le­piej. Leszcze.

W ogóle to nie polu­bi­łem Quet­zal­te­nango. Nie tylko z powodu cho­roby, ale jakieś takie jest nie­fajne. Chyba naj­gor­sze miej­sce w któ­rym się dotych­czas zatrzy­ma­łem, a do tego musia­łem prze­dłu­żyć pobyt do 2 tygo­dni, żeby dojść do sie­bie. Więk­szość budyn­ków do szaro-bure zlepki pusta­ków pousta­wiane bez ładu, składu i wykoń­czeń na zbo­czach góry. Bez­domni śpią na uli­cach, walają się po nich rów­nież śmieci, które są wyże­rane przez stada bez­pań­skich psów. Jest obrzy­dli­wie, nie tak źle jak w Tegu­si­gal­pie, ale też kiepsko.

Koło głów­nego pla­cyku. Jak aku­rat nie padało to oko­liczne góry wyglą­dały bar­dzo ład­nie otu­lone chmurami.

Lecz to nie jedyny powód, dla któ­rego mia­sto nie przy­pa­dło mi do gustu. Znaj­duje się ono na wyso­ko­ści 2300 mnpm, z czego wynika kilka pro­ble­mów. Po pierw­sze mniej­sza zawar­tość tlenu w powie­trzu i wbrew pozo­rom róż­nica jest zna­cząca. Na początku szybką utratę odde­chu skła­da­łem na karb cho­roby, ale jak już dosze­dłem do sie­bie, to wcale nie było lepiej. No bo powiedzmy sobie szcze­rze, żeby zma­chać się wcho­dząc na 2 pię­tro, albo jedząc taco, to jestem tro­chę za młody.

Drugą kwe­stią ści­śle powią­zaną z wyso­ko­ścią jest tem­pe­ra­tura, a dokład­niej jej spa­dek. Jak przez całą 3 mie­siące na pal­cach jed­nej ręki mogę poka­zać ile razy ubra­łem dłu­gie spodnie, tak tutaj innych nie ma co zakła­dać. Cóż za iro­nia losu, w Pol­sce teraz zaczyna się robić cie­pło, a ja tutaj muszę wal­czyć o każdą kalo­rię. Zakła­dam więc do tego bluzę i kurtkę jed­no­cze­śnie, no bo nie wspo­mnia­łem jesz­cze o tym, ale tutaj pada deszcz.

Może nie jakiś spe­cjal­nie mocny, ale za to pada kil­ka­na­ście godzin na dobę. Każdą. Od pra­wie 2 tygo­dni. Czuje się jak Forest Gump w Wiet­na­mie, tylko cze­kam aż zacznie padać od dołu, bo takiej aber­ra­cji to jesz­cze nie widziałem.

Ze szkołą też jest słabo. Po raz pierw­szy nie mam na zewnątrz wśród roślin i pięk­nych oko­licz­no­ści przy­rody, tylko na zim­nej klatce scho­do­wej jakie­goś sta­rego budynku. I jesz­cze jaką nauczy­cielkę mi dali! Już popro­si­łem o zmianę, bo nie byłem w sta­nie wytrzy­mać. Wszystko byłoby z nią w porządku, gdyby nie miała jed­nego tiku. Jesz­cze jakby do był jakiś gest, to mógł­bym po pro­stu na nią nie patrzeć, ale ona wyda­wała dźwięk.

Mistrzo­wie tuningu. W ogóle panuje tutaj bar­dzo wielka dowol­ność w prze­rób­kach pojaz­dów, raczej nie zaprzą­tają sobie głowy homologacją.

Chcia­łem napi­sać ono­ma­to­peję, ale nie mam poję­cia jak. Taki dźwięk co powstaje jak się wciąga powie­trze przez zamknięte usta, z dodat­kiem dużej ilo­ści śliny. Co kilka sekund. A ja z gorączką, nie mogę myśleć o niczym innym. Pro­si­łem ją kilka razy, żeby prze­stała, ale to nie było takie pro­ste. Bo widać, że się sta­rała, ale to było sil­niej­sze od niej. Także co jakiś czas, tym razem już zupeł­nie losowo wyda­wała ten dźwięk, a moje wszyst­kie myśli krą­żyły wokół tego kiedy to nastąpi. Jak tylko to zro­biła, to mia­łem kilka sekund sku­pie­nia i zaraz po tym znów zaczy­na­łem wycze­ki­wać. Tak jak ktoś śpiący nie­da­leko chra­pie. Paskudne uczu­cie, szcze­gól­nie że za to płaciłem.

Także teraz nie mam już gorączki, nie mam nauczy­cielki która mnie iry­tuje, ale w dal­szym ciągu zaję­cia są na kory­ta­rzu i tam jest zimno.
Nie mogę się docze­kać aż skoń­czy się ósmy tydzień nauki i wrócę do mojej wycieczki. Naj­pierw będę chciał udać się do miej­sco­wo­ści Coban, gdzie nie­stety nie ma bez­po­śred­niego busa, więc będę musiał nad­ro­bić z dwie­ście kilo­me­trów, co zapewne zaj­mie mi pół doby i czego już się nie mogę doczekać.

Wspo­mnia­łem o tym, że tutaj pada? Na pewno wspo­mnia­łem, bo naj­bar­dziej dener­wują mnie rze­czy, na które nie mam wpływu, a warunki atmos­fe­ryczne znaj­dują się dość wysoko na ich liście. I jesz­cze dodam, że jak pada na dwo­rze, to pada rów­nież u mnie w pokoju, bo sufit prze­siąka. Pro­blem jed­nak roz­wią­za­łem w bar­dzo łatwy spo­sób, pod­sta­wia­jąc tam gar­nek. I wszystko było by faj­nie gdyby nie odgłos, jaki wydaje kro­pla wody ude­rza­jąc o jej powierzch­nię. Na szczę­ście do tego można się w miarę szybko przy­zwy­czaić. A ponie­waż nie­wiele wię­cej udało mi się tu zoba­czyć, to wrzucę fotę deszczu.

No i może się oka­zać, że czło­wiek nie ma wcale żad­nej ckli­wej puenty, czy bły­sko­tli­wej histo­rii do opo­wie­dze­nia, ale jak jest zde­ner­wo­wany, to jakoś to łatwo idzie pisa­nie. Gdyby tylko tak samo było z pozy­tyw­nymi emocjami…

Kurwa.

Zapra­szamy, jedy­nie 6 kłódek.

Jesz­cze parę słów o dru­giej nauczy­cielce. Wyglą­dała na 16 lat, a miała dwójkę dzieci. W ogóle tutaj ludzie są w wer­sji mini i wyglą­dają mło­dziej. O ile u dziew­czyn to może być korzystne, tak dwu­dzie­sto­kil­ku­letni goście o wzro­ście 1,60 m i dzie­wi­czym wąsie wyglą­dają słabo. W końcu nie zro­bi­łem sobie zdję­cie pod prysz­ni­cem, ale tam słu­chawka  była umo­co­wana na stałe i się­gała mojej szyi. I choć nie należę jakoś do spe­cjal­nie wyso­kich męż­czyzn, to wśród lokal­nych jestem wielkoludem.

W każ­dym razie nauczy­cielka. Roz­ma­wia­li­śmy o symp­to­mie maczo, który mają lokalni męż­czyźni, takie nasze gen­der. Że goście chcą być super męscy i obej­muje to cały wachlarz mizo­gi­ni­stycz­nych zacho­wań. Gene­ral­nie wszystko to, co powta­rza się w pato­lo­gicz­nych rodzi­nach, jed­nak jedna rzecz mnie dość zdzi­wiła. Sym­bo­lem męsko­ści jest dla nich rów­nież posia­da­nie wielu dzieci, dla­tego zabra­niają swoim part­ner­kom się zabez­pie­czać. Co rów­nież jest wspie­rane przez więk­szość kościo­łów, które cie­szą się spo­rym sza­cun­kiem lud­no­ści, także w wieku 20 lat jeżeli kobieta nie ma kilku dzieci, to panuje prze­świad­cze­nie, że coś jest z nią na pewno nie tak. A ja bym się raczej skła­niał do stwier­dze­nia, że to wła­śnie ona może być najnormalniejsza.

Nie wiem czemu poru­szyła ten temat, może chciała się poża­lić, może chciała posłu­chać, że u nas gdzie kościół chce zablo­ko­wać abor­cję też jest chu­jowo, a może po pro­stu badała róż­nice kul­tu­rowe. Potem prze­szła do tematu, który chyba jest stan­dar­dem, bo każda z moich nauczy­cie­lek chciała o tym roz­ma­wiać, nar­ko­ty­ków. Podzie­liła się ze mną rów­nież swoim jedy­nym doświad­cze­niem zje­dze­nia cia­stek z mary­chu­aniną. Pierw­sze jej nie pokle­pało, więc zja­dła dru­gie, a jak stwier­dziła że nie działa, to poszła z rodzi­cami do kościoła. Pokle­pało ją z opóź­nie­niem i zaczęły jej się jakieś chore jazdy, pod­czas któ­rych wypro­wa­dzili ją z kościoła.

Do tego posta­no­wi­li­śmy opra­co­wać tablicę zasto­so­wań wszyst­kich cza­sów w hisz­pań­skim. Nie wiem czy do końca ogar­nęła o co mi cho­dziło, nie wiem też czy to jest tak na 100% dobrze, ale wrzucę. Może znaj­dzie się ktoś, kto będzie w sta­nie coś spro­sto­wać czy uszcze­gó­ło­wić. Tym też skoń­czyła się moja nauka hisz­pań­skiego, zosta­łem przez week­end u rodziny, aby w ponie­dzia­łek rano ruszyć do miej­sco­wo­ści Copan.

Jest cie­ka­wie.

Pana­cha­jel, Gwatemala

Zgu­bi­łem kamerę spor­tową. Albo mi ukra­dli. Nie jestem teraz pewien, choć obsta­wiał­bym to dru­gie. Myśla­łem sobie, że sie­dzi zako­pana w cze­lu­ściach ple­caka, a musiała mi zgi­nąć w hostelu w miej­sco­wo­ści Anti­gua, mie­siąc wcze­śniej. Posta­no­wi­łem mimo to poje­chać do mojej wcze­śniej­szej szkoły nad jezio­rem Ati­tlan, żeby tam zapy­tać. Oczy­wi­ście nie było, nawet nie zdzi­wiło mnie to spe­cjal­nie, ale musia­łem spraw­dzić. Dodat­kowo korzy­sta­jąc z uprzej­mo­ści gospo­da­rza zadzwo­ni­łem do poprzed­niego hostelu, gdzie naj­praw­do­po­dob­niej się z nią roz­sta­łem, ale nic nie wie­dzieli o tym. Przy­naj­mniej wypi­łem sobie lemo­niadę, poga­da­łem z gościem i zde­cy­do­wa­łem prze­pły­nąć się łódką. Jak już zmie­ni­łem plany w dro­dze na dwo­rzec (bo zorien­to­wa­łem się, że nie mam kamery tuż przed wyj­ściem), więc co mi szko­dzi w ogóle poje­chać gdzie indziej? Tak też wylą­do­wa­łem w mia­steczku Pana­cha­jel, gdzie zna­la­złem fajną miej­scówkę i osia­dłem na dwa tygodnie.

A co tutaj robi­łem? W sumie to nic. Minęło mi tak, jak 2 tygo­dniowy urlop. Poła­zi­łem po ulicz­kach, posie­dzia­łem nad wodą, popa­trzy­łem się na góry i niebo, zorien­to­wa­łem się, że minęły dwa tygo­dnie. Sam nie wiem jak to się stało, kilka dni ode­spa­łem, póź­niej chcia­łem zostać dzień dłu­żej tar­go­wi­ska w nie­da­le­kiej miej­sco­wo­ści, na które zaspa­łem, póź­niej nie chcia­łem podró­żo­wać w week­end, więc zosta­łem jesz­cze kilka dni i tak się zasiedziałem.

Gdy­bym spę­dził tak jedyne dłuż­sze waka­cje w roku, to bym był bar­dzo nie­za­do­wo­lony. Jed­nak moja sytu­acja wygląda tro­chę ina­czej i bar­dzo dobrze zro­biły mi te dwa tygo­dnie słod­kiej bez­tro­ski i lenistwa.

Nad­zór budow­lany, zasady BHP to nie są rze­czy o któ­rych się tutaj myśli. Tzn zakła­dam, że dach nie jest miej­scem dla gości, ale prze­cież nie mogłem tam nie wejść.

I tu też po raz drugi kupi­łem sobie pamiątkę, tym razem spodnie.

Cią­gle sie­dzę nad jezio­rem Ati­tlan, po 8 tygo­dniach szkoły posta­no­wi­łem tu tro­chę odpo­cząć, szcze­gól­nie że kwa­tera dość tania, bar­dzo ładna, dobry inter­net, super kli­mat, jezioro, dobre żar­cie i w ogóle chil­lout. Dużo stra­ga­nów z pamiąt­kami tutaj jest i choć zazwy­czaj sta­ram się uni­kać kon­taktu wzro­ko­wego ze sprze­daw­cami, bo strasz­nie są nachalni, więc w kon­se­kwen­cji nie prze­glą­dam niczego. Zła­ma­łem się jed­nak i posze­dłem zoba­czyć mały targ, który jest tutaj.

Jakoś tak mam, że nie lubię kupo­wać dla sie­bie nie­uży­tecz­nych rze­czy. Jestem strasz­nym mini­ma­li­stą, nie przy­wią­zuję się do przed­mio­tów no i nie odczu­wam potrzeby ich kupo­wa­nia. Jak są uży­teczne, to coś zupeł­nie innego, a jesz­cze szcze­gól­nie taki zaje­bi­sty ciuch! Szcze­gól­nie, że mam sła­bość do zie­lo­nego koloru i do kolo­ro­wych spodni. I jedną smutną histo­rię o takich.

Tu są moje nowe spodenki <3

Dawno, dawno temu bawi­łem się w odtwór­stwo histo­ryczne, tak zwane rycer­stwo. Czło­wiek kupo­wał, albo robił sobie sprzęt jak był kie­dyś (ubra­nia, namioty, biżu­te­rie, gene­ral­nie wszystko) i jeź­dził na tur­nieje. Też mia­łem takie zacię­cie, żeby wszystko robić. Raz nawet zło­ży­łem kol­czugę z ponad 15 kg pod­kła­dek sprę­ży­nu­ją­cych, ogląd­ną­łem przy tym całego Dra­gon Ball Z, a póź­niej sprze­da­łem ją za 7 stów. Uszy­łem też sobie skó­rzane buty, z czego jed­nego za małego. No i uszy­łem sobie spodnie, dłu­gie z zie­lo­nego lnu. Naj­lep­sze na świe­cie, na lato do śmi­ga­nia po mia­steczku studenckim.

I tak się zło­żyło, że zosta­wi­łem je kie­dyś nie­chcący na cha­cie u kum­pla. Takiego dobrego, z któ­rym wcze­śniej miesz­ka­łem i wie­dział o moim podej­ściu do tych spodni. To, że wie­dział nie zmie­nia jed­nak faktu, że nim gar­dził i deli­kat­nie mówiąc nie uwa­żał moich spodni za naj­lep­szy ciuch. Więc nało­żył je na mio­tłę, umył nimi pod­łogę, wyrzu­cił i wysłał mi zdjęcia.

Wkur­wi­łem się. I to strasz­nie, także jeżeli to czy­tasz to wiedz, że nigdy nie zapo­mnę. W ogóle z tym zna­jo­mym to jest cie­kawa rela­cja.
Okre­ślił­bym naszą rela­cję jako dobrzy zna­jomi, mimo że w sumie to zawsze opie­rała się na dogry­za­niu sobie. Że wszystko jest spoko, oprócz tego, że nie możemy liczyć na swoją pomoc, albo jest oka­zja żeby sobie spra­wić nawza­jem jakąś nie­do­god­ność, to korzy­stamy. Oczy­wi­ście w jakiejś pod­bram­ko­wej sytu­acji mógłby na mnie liczyć, a ja w osta­tecz­no­ści też mógł­bym spró­bo­wać mu zaufać, jed­nak jakieś dro­bia­zgi, żeby się ziry­to­wać jak najbardziej.

Liczi jest chyba lokal­nym owo­cem, bo dosta­łem od Pana, który miał całą taczkę. Wiem, że mam brud za paznok­ciem, też mnie to obrzydza.

No i jako dobry zna­jomy chciał­bym przy­wieźć coś z podróży dla moich zna­jo­mych. Nie mogę jed­nak temu kole­dze przy­wieźć nic faj­nego, bo odpu­ścił­bym naszą grę. Nie chcę mu rów­nież wysłać pocz­tówki, bo musiał­bym za to zapła­cić (ten kolega ze swo­ich waka­cji przy­wo­ził jako pamiątki ulotki rekla­mowe z hoteli i puste butelki po alko­holu, który wypił), więc posta­no­wi­łem połą­czyć te dwa pomy­sły i prze­każę mu kartkę jak się spo­tkamy. I to taką brzydką, którą dosta­łem za darmo. Seba, pre­zent dla Cie­bie będzie wyjąt­kowy, jak zawsze. Choć nie, na wesele się zła­ma­łem i przy­nio­słem nor­malny pre­zent. Do teraz nie jestem pewien, czy dobrze zrobiłem.

W ogóle kupo­wa­nie pamią­tek dla ludzi. Masa­kra. Jak pierw­szy raz z Buda­pesztu jecha­łem do Pol­ski to o przy­wie­zie­nie butelki wina popro­siło mnie 14 osób. To bym musiał tylko te butelki spa­ko­wać i jesz­cze uwa­żać, żeby się nie potłu­kły. No i muszę zna­leźć jakiś kom­pro­mis pomię­dzy byciem dobrym zna­jo­mym, a ogra­ni­cze­niem ilo­ści i wagi rze­czy. Zro­bi­łem więc wstępną listę osób, któ­rym chce coś przy­wieźć z podzia­łem na kategorie:

–osoby, któ­rym muszę przy­wieźć, bo muszę,
–osoby, któ­rym muszę przy­wieźć, bo chcę,
–osoby, któ­rym powi­nie­nem przy­wieźć,
–osoby, któ­rym faj­nie byłoby coś przy­wieźć,
–osoby, dla któ­rych może znajdę coś faj­nego,
–Seba.

Dwie pierw­sze kate­go­rię są oddzie­lone, bo w przy­padku jed­nej z nich, w osta­tecz­no­ści ist­nieje opcja nie przy­wie­zie­nia niczego spe­cjal­nego. Oczy­wi­ście w przy­padku tych co muszę, bo jak muszę, bo chcę, to muszę. Łącz­nie na liście jest ponad 60 osób, za każ­dym razem trzeba będzie się tar­go­wać ze sprze­dawcą, jak wyczują że chcesz coś kupić, to zacho­wują się jak sza­kale nad padliną. Jedyne rze­czy, jakie na razie kupi­łem do dla sie­bie koszulka z dra­gon balla, hipi­sow­skie spodnie i dla mamy cera­miczny magnes na lodówkę z Nika­ra­gui, który się roz­bił po podróży ple­caka na dachu autobusu.

Jak to zro­bić?
Jak żyć?
Ale przy­naj­mniej mam zaje­bi­ste spodnie.

Miesz­ka­nie połą­czone ze skle­pem, w któ­rym sprze­dają tortille.

Jak zosta­łem Janu­szem podróży.

Zawsze mnie bawiły roz­róż­nie­nia pomię­dzy podróż­ni­kiem, a tury­stą. Bo wie­cie, niby robią to samo, tylko tury­sta chu­jowo. Bo tury­sta to tylko otrze się o nowe miej­sce, nie zwie­dzi jego zauł­ków, kana­łów, spe­lun i to pra­wie tak, jakby tam nie był nigdy. A prze­cież jeśli ktoś chce spę­dzić dwa tygo­dnie w ośrodku w Cie­cho­cinku niczym się nie przej­mu­jąc, to co to za pro­blem? No i co to za pro­blem, gdy ktoś posta­nowi spę­dzić tak dwa tygo­dnie na dru­gim końcu świata? No wła­śnie nic.

Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że jest to świa­doma decy­zja i nie wynika z tego, że ktoś nie mógłby wyje­chać w mniej zapla­no­waną, albo bar­dziej sza­loną podróż. Bo zupeł­nie czym innym jest wybie­rać jedyną opcję za stra­chu, który nie jest zbyt­nio uza­sad­niony. W każ­dym razie tak musi być, żeby nie wyszło, że dwa ostat­nie aka­pity napi­sa­łem jako uspra­wie­dli­wie­nie dla swo­jego lenistwa.

Po przy­jeź­dzie do Pana­cha­jel mia­łem zostać tu tylko jedną noc i zaraz jechać dalej. Jed­nak zaspa­łem, zawsze mam pro­blem ze wsta­wa­niem rano i nawet się nie zdzi­wi­łem spe­cjal­nie, więc odsta­wi­łem na kolejny dzień. W końcu posta­no­wi­łem zostać kilka dni i cią­gle myśla­łem o tym gdzie i jak muszę wyjechać.

Typowe lokalne śnia­da­nie, jakieś nie­całe 10 zł.

A prze­cież wcale nie musi tak być, mogę zostać dłu­żej i się niczym nie przej­mo­wać. Zro­bię sobie waka­cje i odpocznę, w końcu podró­żuję parę mie­sięcy, a w dodatku nauczy­łem się hisz­pań­skiego. W dal­szym ciągu jest to dla mnie dziwne i nie czuję się do końca pewny, bo jestem nie­przy­zwy­cza­jony. Zresztą wyobraź sobie, że pytasz zna­jo­mego co tam u niego nowego sły­chać w prze­ciągu tych kilku mie­sięcy od któ­rych nie roz­ma­wia­li­śmy. A w sumie nic spe­cjal­nego, nauczy­łem się nowego języka. Mózg rozjebany.

Robię więc sobie wolne. Tzn dobiega końca, bo jak mia­łem wolne to nie­wiele mnie spo­ty­kało, toteż mia­łem nie­wiele do pisa­nia. Także przez ostat­nie dni sporo roz­ma­wia­łem ze zna­jo­mymi, wsta­wa­łem późno, napi­sa­łem zale­głe maile, sie­dzia­łem nad brze­giem jeziora, gapi­łem się na wodę, posze­dłem w melo z fran­cu­zami, któ­rzy nie umieli po angiel­sku, ale za to śmi­gali po hisz­pań­sku, nagra­łem fil­mik, zja­dłem kilka paczek cia­stek, do któ­rych dodają tazo z posta­ciami z Dra­gon Ball, czy­ta­łem sobie, słu­cha­łem muzyki (Spraw­dzi­łem nowy album Gospela i kawa­łek ludzie są dziwny mnie znisz­czył), pró­bo­wa­łem medy­to­wać, nakur­wia­łem pompki i ogląd­ną­łem też dwa sezony Futu­ramy i jeden Wil­freda po hisz­pań­sku, także część czasu wyko­rzy­sta­łem produktywnie.

I sta­ram się mieć wyjebane.

Zresztą o tym, jak i dla­czego warto mieć wyje­bane napi­sa­łem cały tekst na blogu, a tezę wzią­łem sobie tak do serca że pisa­łem to kilka dni. Choć tutaj wam się przy­znam, że jest sytu­acja w któ­rej to, że mam na nią wyje­bane działa na moją nie­ko­rzyść. Bo pod­czas pobytu tutaj pla­no­wa­łem zaku­pić kilka pamiątek.

Pisa­łem już, że jestem roz­darty pomię­dzy chę­cią bycia dobrym zna­jo­mym, który przy­wie­zie coś z podróży, a koniecz­no­ścią zakupu pamią­tek, o któ­rych nie mam naj­lep­szego zda­nia. Ciężko mi je nawet spre­cy­zo­wać, bo od kiedy skoń­czy­łem gim­na­zjum to uwa­ża­łem, że nie­uży­teczne pamiątki to są po to, aby dzieci na kolo­niach miały co przy­wieźć dla rodzi­ców. Bo niby po co komu jest drew­niany domek-płaskorzeźba z zako­pa­nego, kon­struk­cja z muszli, jakich nigdy się nie znaj­dzie nad naszym morzem, czy jakiś inny prze­jaw lokal­nej sztuki.

Only for tabaco use ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Posze­dłem więc pooglą­dać co też mają do zaofe­ro­wa­nia, no i wła­śnie już tu jest pro­blem. Chcia­łem pooglą­dać, a za każ­dym razem skle­pi­karz czy stra­ga­niarz wcho­dzi w dys­ku­sję. I to taką maszy­nową, zawsze zaczy­nają od que buscas amigo, a potem leci lista tego co mają i ile kosz­tuje, w zależ­no­ści na ile wyce­nią cie­bie. Ja lubię się przy­glą­dać przez dłuż­szy czas, bo to nie są pro­ste decy­zje, a oni mnie peszą. No i jak tak się przy­glą­dam, to w więk­szo­ści przy­pad­ków pro­po­nują nar­ko­tyki spod lady. Jak­bym miał opi­sać nar­ko­tu­ry­stykę w Ame­ryce Środ­ko­wej, to wystar­czy­łoby do tego jedno zda­nie — jeżeli się boisz, że będziesz mieć pro­blem z kupie­niem nar­ko­ty­ków, praw­do­po­dob­nie będziesz mieć pro­blem z ich niekupieniem.

No ale łażę po tych sto­iskach. Prze­glą­dam małe obrazki, drew­niane figurki, ręcz­nie robioną biżu­te­rię i mam wra­że­nie, że już gdzieś to widzia­łem. Cią­gle mam wra­że­nie, że zaraz znajdę smoka wawel­skiego. Albo plu­szo­wego kar­pia. Albo przy­naj­mniej obra­zek z papie­żem. I mimo że można zoba­czyć jak ci ludzie pro­du­kują pamiątki, to wydaje mi się, że te wszyst­kie pro­dukty pocho­dzą z jed­nej ogrom­nej fabryki, gdzie w rów­nych odstę­pach czasu wycho­dzą spod maszyny par­tie pro­duk­tów z nadru­ko­wa­nymi nazwami kolej­nego miej­sca i ruszają w świat. Nie ma wiel­kiej róż­nicy pomię­dzy sto­iskami odle­głymi o 5 metrów i pomię­dzy tymi odle­głymi o 15000 km. Ten sam festi­wal prza­śno­ści, gale­ria kiczu, wystawa pogardy dla gustu i smaku.

Naprawdę trudno jest zna­leźć coś faj­nego, a prze­cież nie mógł­bym przy­wieźć gówna dla zna­jo­mych. Prze­cież ktoś mógłby mi się odpła­cić tym samym i rów­nież przy­wieźć mi smutny sym­bol upadku cywi­li­za­cji w zamian za pie­nią­dze tury­stów. Na szczę­ście mam jesz­cze parę mie­sięcy, żeby zna­leźć coś przyzwoitego.

I może­cie sobie pomy­śleć co za burak. Gość na dru­gim końcu sie­dzi i sprawa kupie­nia pamią­tek jest dla niego naj­więk­szą traumą. No może­cie, ale mam na to wyje­bane. Mam o tym cały tekst na blogu.

A te ulice są dla mnie za cia­sne, codzien­nie to samo na śnia­da­nie, twa­rze te same (wła­ści­ciel hostelu ma straszne zęby, naj­go­rzej jak muszę z nim roz­ma­wiać), koc zbyt szorstki, a i kon­takt z pają­kiem z łazience jakoś ostat­nimi czasy się ochło­dził. Cią­gnie mnie, żeby stąd wyru­szyć, a i 90 dni wbite w pasz­port dobiega końca. No i mam plan, za dwa mie­siące muszę być w Peru.

Naj­wyż­szy czas zrzu­cić wąs i jechać. A zdję­cie to jest typowe Gwa­te­mal­skie śnia­da­nie. Zdję­cie jedze­nia na inter­ne­cie dobrze żrą, a i to się dobrze żarło.

Chi­chi­ca­ste­nango, Gwatemala

Ostatni dzień posta­no­wi­łem spę­dzić aktyw­nie i poje­chać na naj­więk­sze tar­go­wi­sko w Ame­ryce Środ­ko­wej. Nie było jakoś spe­cjal­nie więk­sze od tego w miej­sco­wo­ści Anti­gua, ale za to pro­fil był zupeł­nie inny. Jak tam sprze­da­wali prak­tycz­nie wszystko, od sprzętu AGD, przez zwie­rzęta, proszki do pra­nia, warzywa, po buty i ciu­chy z dru­giej ręki, tak tutaj posta­wili na spe­cja­li­za­cję. To jest naj­więk­szy mar­ket z pamiąt­kami. Czyli w skró­cie poje­cha­łem do piekła.

Nie tylko ja mia­łem tam piekło.

Naj­pierw jak tam doje­chać. Bo to aż 30 km dalej i nie ma nic bez­po­śred­niego. Prócz pry­wat­nego busa, który kosz­tuje jakieś astro­no­miczne kwoty. No, ale język znam i wszystko się mogę dowie­dzieć. Teo­re­tycz­nie. Zaje­cha­łem więc za 3 quet­zale do Solony, potem za 2,5 GTQ do Encu­en­tras, a następ­nie za 5 GTQ do w sumie nie wiem gdzie. Na pewno nie tam gdzie chcia­łem i teraz nie wiem czy po pro­stu gość mnie źle zro­zu­miał, czy mia­łem wysiąść po dro­dze. Jeśli ta druga opcja to liczy­łem, że ten pachoł co zbie­rał za bilety o tym wspo­mni, albo da mi jakoś znać. Zaje­cha­łem więc gdzieś tam i musia­łem zapła­cić kolejne 5 GTQ za bilet do suveniro-landu, gdzie zaje­cha­łem już bez dal­szych przeszkód.

Chyba, że ktoś by poli­czył ponad 3 godziny podróży jako prze­szkodę. W ogóle pod­czas całej podróży prze­czy­ta­łem sobie raz jesz­cze rok 1984. W dal­szym ciągu jest bar­dzo dobry. Za pierw­szym razem ta książka zro­biła na mnie ogromne wra­że­nie i zawsze jak ktoś mnie prosi o pole­ce­nie cze­goś, zaczy­nam od Orwella. Takie Black Mir­rors poprzed­niego stu­le­cia, nisz­czy wiarę w ludzi. Zresztą napi­szę jesz­cze o tej książce i na blogu też kie­dyś o tym było.

W każ­dym razie jestem. Idę. Na początku nie zatrzy­muję nigdzie wzroku, deli­kat­nie trzeba zorien­to­wać się w prze­strzeni i tere­nie, obejść wstęp­nie naokoło. Teraz powi­nie­nem opi­sać jak to mniej wię­cej wyglą­dało, no jak tar­go­wi­sko. Chu­jowo. Skła­dane meta­lowe lady, obcią­gnięte folią do malo­wa­nia, czy plan­deką, odpadki orga­niczne spły­wa­jące przy kra­węż­ni­kach, zaim­pro­wi­zo­wane grille i pale­ni­ska, bez­pań­skie zwie­rzęta wyja­da­jące resztki, tylko że towary tro­chę bar­dziej kolo­rowe no i kobiety noszące przed­mioty na gło­wach. Zresztą wydaje mi się, że to jest cał­kiem mądry pomysł. Goście też noszą na gło­wie, tzn na ple­cach, ale spe­cjalny pas opie­rają na czole i idą nachy­leni do przodu.

Czaszki są tutaj jakimś waż­nym sym­bo­lem, bo czę­sto pró­bują je sprze­dać. W ogóle to moja jedna zna­joma miała w domu czaszkę Niemca, co go jej dzia­dek zabił pod­czas wojny i zro­biła z niej popielniczkę.

Prze­cha­dzam się wśród uli­czek i zaglą­dam w bramy. W bra­mach też mogą być różne inte­re­su­jące rze­czy, więc warto patrzeć. I w jed­nej z nich istot­nie jest, leci mecz. Pol­ska gra z Por­tu­ga­lią, już w doli­czo­nym cza­sie. Jak mogłem nie zostać żeby popa­trzeć? Choć nie jestem kibi­cem, raz tylko posze­dłem ze zna­jo­mymi na mecz głów­nie po to, żeby pode­rwać jedną nie­wia­stę, ale nie bar­dzo mi to wyszło. Oglą­da­nie sportu też mnie nie kręci, ale skoro została koń­cówka i tyle memów o Paz­da­nie i Dudku zalało inter­net, no to zostałem.

Na początku myśla­łem, że wsze­dłem do kogoś do domu, bo tu się zosta­wia otwarte drzwi i można zro­bić prze­gląd, co ludzie mają w dużych poko­jach. Naj­czę­ściej motor, matkę boską i tele­wi­zor. No, ale bycie Pola­kiem nie­jako dawało mi przy­zwo­le­nie do wpier­do­le­nia się komuś na kwa­drat, więc zapo­zna­łem się i oglą­damy. Po chwili się oka­zuje, że wsze­dłem do fry­zjera i ktoś przy­szedł się obciąć. Gość się pyta, czy nie ogląd­nie z nami koń­cówki i czy może go obciąć po meczu. Spoko wodza.

A komu kibi­cu­jesz, dopy­tują się fry­zje­rzy. Pol­sce, tu to ja się też zdzi­wi­łem tro­chę, bo wyglą­dał dość egzo­tycz­nie, ale oni go naiwni pytają, czy jest pola­kiem. Nie, jestem z Hisz­pa­nii. Także z całej gry tak chwa­lo­nej na świe­cie repre­zen­ta­cji mia­łem oka­zje zoba­czyć jedy­nie karne jak prze­grali z Por­tu­gal­czy­kami. I czuje się źle, że przy­nio­słem pecha.

But first, let me take a selfie.

No, ale trudno, trzeba lecieć i jest robota do zro­bie­nia. Bo tak narze­ka­łem i narze­ka­łem o tych pamiąt­kach i posta­no­wi­łem kupić w końcu parę rze­czy. No i co mogę napi­sać? Kupi­łem kil­ka­na­ście nie­wiel­kich i lek­kich przed­mio­tów, ale prze­cież nie co to jest, ani ile kosz­to­wało, bo być może prze­czy­tają to osoby, które chce obdarować?

Ale mogę jesz­cze wspo­mnieć o tar­go­wa­niu. Naj­gor­sza z rze­czy, bo u nas to znasz ceny o razu, wiesz na ile Cię dymają i wiesz, że wszyst­kich dymają mniej wię­cej po równo. A tutaj to cho­lera wie. Ostat­nio kupo­wa­łem sobie spodnie to myśla­łem, że Jezu­ska i wszyst­kich świę­tych chwy­ci­łem na stopy, jak w dość kon­kret­nie były roz­prute na szwie. Napra­wić to nie jest pro­blem, zresztą już to zro­bi­łem, ale jak dobrze się tar­go­wało. Z jakiś 75 zło­tych zeszło do 30, także oh i ah. A w Chi­chi­ca­ste­nango z ulicy wołali, że mają po 2 dyszki –____–

Jutro chcę prze­je­chać kil­ka­set km, jak pomy­ślę o tym o któ­rej wstanę i ile godzin spę­dzę tele­piąc się w auto­bu­sie, to już mi jest nie­do­brze. A jak zwy­kle zło­że­nie wszyst­kiego do wpisu zaj­muje mi wię­cej czasu niż zało­ży­łem i jest pra­wie śro­dek nocy, a pobudka o 6. I tym razem wła­ści­ciel mnie przyj­dzie rano spraw­dzić, czy wsta­łem, więc nie ma wybacz.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc póź­niej - piąty mie­siąc podróży

No i zaczyna się lipiec. Czas na nutę, którą zawsze inten­syw­nie słu­cham w lipcu.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • Kata­rzyna

    Zdzi­sław, te spodnie są eks­tra! Nie mogę się napa­trzeć na to ich zdję­cie i nie wiem, czy to zasługa spodni czy zdję­cia:) W ogóle dużo Two­ich foto­gra­fii mi się podoba, z tego posta np. to z głów­nego placu, to z kłód­kami i z cza­chami. Sel­fie z trans­mi­sją meczu też pozytywne:)

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Dzięki.
      Jakoś nigdy nie mogę się prze­móc do robie­nie dużej ilo­ści zdjęć. Na targu zro­bi­łem ich 9, z czego 6 to były sel­fie z meczu. Nie lubię też zdjęć sie­bie.
      No, ale skoro komuś się podoba, to będę musiał z tym walczyć 😉