Dlaczego nie polubiłem Dominikany?

W dupie mu się poprzew­ra­cało, wyje­chał gdzieś na drugi koniec świata, to kra­jów gdzie małpy cho­dzą swo­bod­nie, świeże owoce rosną na pla­żach, a nie­biań­skie plaże są na wycią­gnię­cie ręki i jesz­cze mu coś nie pasuje. Ano, jest parę takich rzeczy.

Jak spę­dzi­łem tam czas?

Mia­łem cał­kiem sporo szczę­ścia. Pierw­szym moim przy­stan­kiem, po Punta Cana — mie­ście w któ­rym wylą­do­wa­łem była sto­lica — Santo Domingo. Zna­la­złem sobie hostel, mia­łem zapi­saną drogę do niego z koń­co­wego przy­stanku busa i powoli sze­dłem sta­ra­jąc się zorien­to­wać w cza­sie i prze­strzeni. Gdy po raz kolejny nie byłem w sta­nie przy­pi­sać miej­sca w któ­rym jestem, do prze­cię­cia linii na mapie zaczą­łem szep­tać pod nosem naro­dowe zaklę­cia. I nie cho­dzi tu o pater noster, czy inne lita­nie, ale zwy­czajne, swoj­skie kurwa mać w towa­rzy­stwie podob­nych mu słów.

Dzięki temu udało mi się nawią­zać roz­mowę z dwójką pola­ków, któ­rzy przy­je­chali na tygo­dniowe waka­cje i wynaj­mo­wali samo­chód. Dość szybko doszli­śmy do poro­zu­mie­nia, że spę­dzę z nimi naj­bliż­sze dni. A, że dys­po­no­wali oni dość ogra­ni­czo­nym urlo­pem, to mieli zor­ga­ni­zo­wany i zapla­no­wany wyjazd — coś czego ja nie lubię robić. Także otwarty na wyjaz­dowe pro­po­zy­cję spę­dzi­łem z chło­pa­kami ponad tydzień jeż­dżąc po pół­wy­spie Samana w poszu­ki­wa­niu naj­pięk­niej­szych plaży, naj­smacz­niej­szego jedze­nia i naj­wy­god­niej­szych kwa­ter, a w wol­nych chwi­lach leże­li­śmy na plaży, albo nocą na tara­sie patrząc gwiazdy i pro­wa­dząc roz­mowy na ogólno-filozoficzne tematy.

Na tro­pie smacz­nej ryby. Choć zie­leń jej pyska był tema­tem wielu żar­tów, to była naprawdę smaczna.

Gdy nad­szedł czas roz­sta­nia, zro­biło mi się smutno. Tak szybko wpa­dli­śmy na sie­bie, że wię­cej dni spę­dzi­łem z nimi, niż podró­żu­jąc samot­nie, do tego cze­kało mnie teraz pla­no­wa­nie wszyst­kiego na wła­sną rękę. Posta­no­wi­łem poje­chać do Puerto Plato poszu­kać jakiejś łodzi, którą zabiorę się na Jamajkę. Zatrzy­ma­łem się jed­nak w miej­sco­wo­ści kil­ka­na­ście kilo­me­trów wcze­śniej — Caba­rete, a zro­bi­łem to tylko z powodu reko­men­da­cji inter­ne­to­wych, jakie posiada tam­tej­szy hostel. I całe szczęście.

Chcia­łem się wydo­stać drogą wodną, ale oka­zało się że tam nic nie pływa. Nie ma regu­lar­nych połą­czeń, a w Puerto Plato jak posze­dłem do portu pytać, to po reak­cjach ludzi posta­no­wi­łem zre­zy­gno­wać. Pozo­stało zna­leźć mi jakąś inną drogę i jedyne co pozo­stało to samo­lot, nie­stety dość drogi. Zre­zy­gno­wa­łem już z Kuby i Jamajki, żeby być na kon­ty­nen­cie i móc prze­kra­czać gra­nicę choćby stopą.

Co mi się w takim razie nie podobało?

Naj­waż­niej­szą sprawą są ludzie. Wyłu­dza­nie pie­nię­dzy i bez­czel­ność wynie­śli do rangi sztuki. Nic tam nie ma para­go­nów, cen­ni­ków też zazwy­czaj nie, więc mają pełną dowol­ność w poda­wa­niu tury­stycz­nych cen, które potra­fią być nawet 10 razy więk­sze niż ceny dla lokal­nych. No, ale to jest jesz­cze stan­dard, zupeł­nie inną sprawą jest to, że pyta­jąc się ludzi o drogę bar­dzo rzadko można uzy­skać fak­tyczną pomoc. Począt­kowo myśla­łem, że może wszy­scy są deli­kat­nie upo­śle­dzeni od zbyt dłu­giego prze­by­wa­nia na słońcu, ale to raczej nie jest moż­liwe. Oni po pro­stu odru­chowo odma­wiają udzie­le­nia infor­ma­cji, żeby trzeba było iść do kogoś, kto nas zawie­zie moto taksówką.

Jed­nak mają cie­kaw­sze numery w swoim reper­tu­arze. Jadąc do Santo Domingo na pierw­szym przy­stanku, jesz­cze na przed­mie­ściach mia­sta miej­scowy wszedł go środka i zaczął wyga­niać ludzi. Ostatni przy­sta­nek, koniec jazdy, wysia­dać. Kurdę, co jest myślę sobie, prze­cież mam mapę i tam musi doje­chać. Myśląc, że to kie­rowca zaczy­nam mu poka­zy­wać i moim łama­nym hisz­pań­skim tłu­ma­czyć, a on cią­gle swoje. No to zbie­ram się do wyj­ścia, a za kie­row­nicą sie­dzi inny gość, praw­dziwy kie­rowca. I pytam się go wzro­kiem, bo sło­wami pew­nie nie byłem taki elo­kwentny „co to kurwa jest?”, wzru­szył tylko ramio­nami. Nie­długo póź­niej odje­cha­li­śmy, a połowa tury­stów z auto­busu już sie­działa w taksówkach.

Myślę, że Fara­ona też mogli oszu­kać na trans­por­cie. Jeśli nie na cenie, to na pewno co do warunków.

Ale naj­bar­dziej to mnie wkur­wiła kobietka z infor­ma­cji tury­stycz­nej, tuż przed wylo­tem z kraju. Chcia­łem ze sto­licy zaje­chać na lot­ni­sko nie­opo­dal, musi być jakiś lokalny trans­port myślę sobie. Inter­net potwier­dził moje przy­pusz­cze­nia, ale że tam słabo z przy­stan­kami i podają tylko orien­ta­cyjne miej­sca w któ­rych trzeba dalej szu­kać, posta­no­wi­łem zapy­tać się w infor­ma­cji. Kobietka naj­pierw mi mówi, że nie ma tam trans­portu. Ja na to, że ależ owszem jest. Nie, nie ma, musisz wziąć tak­sówkę. Dobrze wiem, że jest, czy­ta­łem w inter­ne­cie, zresztą musiał­bym być naprawdę głupi, żeby uwie­rzyć, że sto­lica nie ma regu­lar­nego połą­cze­nia z lot­ni­skiem 20 km dalej. Jak masz pie­nią­dze żeby podró­żo­wać, to masz pie­nią­dze żeby zapła­cić za tak­sówkę — ucięła naszą uro­czą rozmowę.

No i prócz tego duże mia­sta, prócz dziel­nic kolo­nial­nych (tury­stycz­nych) są obrzy­dliwe i podobno rów­nież nie­bez­pieczne dla przy­jezd­nych. Nie spraw­dza­łem empi­rycz­nie, ale nie zapu­ścił­bym się tam sam, szcze­gól­nie po zmroku.

Czy jest tam sens jechać?

Nisko­bu­dże­towa wycieczka objaz­dowa nie ma sensu. Podró­żo­wa­nie po kraju jest nie­zbyt wygodne (choć pomię­dzy kil­koma więk­szymi mia­stami jeż­dżą cał­kiem przy­zwo­ite busy), mia­sta są obrzy­dliwe, nie dość, że jest tam drogo to i tak cały czas chcą nas nacią­gnąć i trzeba uże­rać się z miej­sco­wymi, któ­rzy będą na nas żero­wać. A dla mnie to było strasz­nie męczące i nie lubię takich sytu­acji. No i stam­tąd wydo­sta­niesz się głów­nie do Europy, albo do stanów.

Kotek. A ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści naprawdę nie było potrzebne, bo jadąc po tej dro­dze wię­cej niż 20 km/h kie­rowca nara­żał się na uraz krę­go­słupa w odcinku lędźwiowym.

Oczy­wi­ście znaj­dzie się parę pozy­tyw­nych rze­czy. Jeśli masz tylko 2 tygo­dnie urlopu, chcesz pood­po­czy­wać na plaży i chęt­nie oddasz obo­wią­zek zała­twia­nia wszyst­kiego do biura podróży, albo chcesz sobie posur­fo­wać, to wykup wycieczkę na Domi­ni­kanę i uni­kaj więk­szych miast.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.