Dlaczego w ogóle wyjechałem?

Już ponad 3 mie­siące w Ame­ryce Środ­ko­wej i wbrew pozo­rom nie dla­tego, że jestem wiel­kim entu­zja­stą podróży, albo że nie umiem żyć sie­dząc w jed­nym miej­scu. Wręcz prze­ciw­nie, pierw­szą poważ­niej­szą podróż zali­czy­łem dopiero jak już zde­cy­do­wa­łem się wyje­chać, a z natury jestem raczej leniwy. Dla­czego więc? Zło­żyło się na to kilka sytuacji.

Bunt

Może nie bar­dzo wyglą­dam, ale jestem bun­tow­ni­kiem z uro­dze­nia. I nigdy nie posu­wa­łem się do jakiś bar­dzo rady­kal­nych czy­nów, jed­nak bar­dzo lubi­łem zaska­ki­wać ludzi. Lubi­łem robić dużo rze­czy na prze­kór, albo nie miesz­czące się w gło­wach sta­ty­stycz­nych oby­wa­teli, bo tak. Jak jecha­łem na olim­piadę mate­ma­tyczną to mia­łem dość sporo kol­czy­ków. Tak mia­łem taki okres w życiu, nawet pozo­stało mi po tym parę pamię­tek. Teraz jestem star­szy i poważ­niej­szy, nie potrze­buję więc aż takich mani­fe­sta­cji outsiderstwa.

Domi­ni­kana była naj­pięk­niej­szym kra­jem, jaki dotych­czas odwie­dzi­łem, jed­nak jej nie polu­bi­łem.

Nie no, żar­tuję. Prze­cież kupi­łem bilet w jedną stronę na inny kon­ty­nent i jestem tu już pra­wie 4 mie­siące. Po pro­stu zmie­niły się środki, jakimi dys­po­nuję, a men­tal­ność cały czas ta sama.

Couch­sur­fing

Ciężko mi jest okre­ślić, co skło­niło mnie do couch­sur­fingu, jed­nak zazwy­czaj mówię, że jest to świetna oka­zja na pozna­wa­nie nowych osób, no i przy oka­zji nie­jako sobie narzu­ca­łem koniecz­ność obco­wa­nia z innymi, żeby nie sie­dzieć samemu w domu całe dnie. Zresztą spodo­bało mi się, bo zde­cy­do­wana więk­szość gości to naprawdę świetni ludzie.

I zde­cy­do­wana więk­szość sporo podró­żuje. Na początku myśla­łem, że to będą jacyś nie­dzielni tury­ści, parka na week­end w Buda­pesz­cie przy­je­chała z Pragi, bądź gdzieś jesz­cze bli­żej i hob­by­stycz­nie sobie sur­fują. Oka­zało się jed­nak zupeł­nie ina­czej i pra­wie każdy miał do opo­wie­dze­nia histo­rie z egzo­tycz­nych czę­ści świata, cały pasz­port obtłu­czony pie­cząt­kami i są w podróży od mie­sięcy, a w Buda­pesz­cie to prze­jaz­dem, przez przypadek.

Na wyspie Utila nauczy­łem się nur­ko­wać.

I niby świa­do­mość, że ist­nieją ludzie co tak podró­żują oddzia­łuje na czło­wieka zupeł­nie ina­czej, gdy sły­szy o bra­cie kolegi syna babki z warzyw­niaka, co poje­chał do Afryki i wysłał foto ze sło­niem, a co tydzień spo­ty­kać zupeł­nie inną osobę, która z pierw­szej ręki opo­wie o swo­ich przy­go­dach. Skoro tyle osób tak robi, to ja bym sobie nie poradził?

Sytu­acja

Wszystko skła­dało się bar­dzo kom­for­towo na moż­li­wość zro­bie­nia sobie dłuż­szej prze­rwy. Skoń­czy­łem stu­dia, zła­pa­łem bar­dzo dobrą pracę, gdzie zyska­łem doświad­cze­nie i się wycer­ty­fi­ko­wa­łem, zaro­bi­łem pierw­sze, więk­sze pie­nią­dze w życiu, a do tego nie mia­łem żad­nych zobo­wią­zań wobec nikogo, ani niczego. Koń­czyła mi się umowa na miesz­ka­nie, na pracę rów­nież, nie mia­łem dziew­czyny, numer mam na kartę, a jak apli­ka­cje w tele­fo­nie pytają, czy uru­cho­mić za pomocą danego pro­gramu zawsze, to kli­kam że tylko raz.

No i co mogłem zro­bić w takiej sytu­acji? Na co można poświę­cić dużo czasu, oraz pie­nię­dzy i jest bar­dziej roz­wi­ja­jące niż ciąg nar­ko­ty­kowy? Nie przy­szło mi do głowy nic innego niż podróż. Począt­kowo jesz­cze pró­bo­wa­łem zna­leźć pracę w Indiach, żeby z odło­żo­nymi milio­nami forin­tów zostać jakimś maha­ra­dżą, ale nic z tego nie wyszło.

Plan

A raczej jego brak. O ile o tym, że cza­sem warto mieć plan napi­sa­łem, tutaj jed­nak cho­dzi o coś troszkę innego. Jak się nie ma planu, to postępy idą zde­cy­do­wa­nie wol­niej, o ile w ogóle i czas prze­cieka nam przez palce. A ja bar­dzo nie lubię mar­no­wać czasu, a z dru­giej strony jestem bar­dzo leniwy, mam jed­nak spo­sób, żeby pogo­dzić te dwie sprzeczne cechy.

Po pro­stu osa­dzam się w takich realiach, że muszę coś robić. Zobo­wią­zuję się do cze­goś, narzu­cam sobie sytu­ację, w któ­rej nie będę mógł pozo­stać bierny, bo jestem na to zbyt ambitny. Nie do końca jest to pogo­dze­nie leni­stwa i ambi­cji, ale przy­naj­mniej efekty są nie­złe. No i w taki spo­sób podró­żu­jąc nie mar­nuję czasu tak bar­dzo (nawet jeżeli go tro­chę mar­nuję, to zawsze mogę to okre­ślić jako odpo­czy­nek), a do tego muszę ogar­niać trans­port, miej­sca, ludzi i życie.

Wybra­łem się też na 3600 m n.p.m. żeby zoba­czyć wschód słońca.

Bo zazwy­czaj plan na życie wygląda tak, że czło­wiek pra­cuje będąc w szkole na waka­cjach, żeby mieć pie­nią­dze, potem na stu­diach musi dora­biać, żeby zwią­zać życie i kre­dyty, a po stu­diach to już tylko do pracy, żeby się w końcu odkuć i mieć pie­nią­dze. I praca jako życie, życie jako praca, nawet nie wiemy jak i że można nic nie robić, albo odpo­cząć. A prze­cież kto czło­wie­kowi zabroni, prócz niego samego?

Wczo­raj zadzwo­nił do mnie przy­ja­ciel i powie­dział mniej wię­cej, to co w powyż­szym aka­pi­cie. Do tego dodał, że był cebu­la­kiem, bo nie mógł zro­zu­mieć dla­czego wyje­cha­łem i że przy­la­tuje do mnie za 2 miesiące.

Jaram się jak wun­gel w kafloku.

Jakiś gość napi­sał o tym w internecie

O ile poprzed­nie punkty nie do końca pokry­wają się z Twoją sytu­acją, to może ten punkt Cię prze­kona do roz­wa­że­nia takiej opcji. Z jedną osobą mi się już udało.

To był widok z jed­nej ze szkół, gdzie uczy­łem się hisz­pań­skiego.

A to jest zdję­cie z Pana­ja­chel, gdzie odpo­czy­wam sobie.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.