Drugi miesiąc podróży — podsumowanie fotograficzne

No i kolejny mie­siąc za mną. Sie­dząc w domu trudno mi było sobie wyobra­zić dwa mie­siące codzien­nych zno­jów w poszu­ki­wa­niu miejsc noc­le­go­wych, atrak­cji tury­stycz­nych, uże­ra­nia się z nie­uczci­wymi ludźmi i nosze­nia kil­ku­na­stu kilo­gra­mów na ple­cach. Na szczę­ście te sytu­acje mają miej­sce nie­zbyt czę­sto, acz­kol­wiek dwa mie­siące, to dwa mie­siące i spę­dze­nie takiego czasu pod­czas wyprawy to spore wyzwanie.

A przy­naj­mniej dla ludzi, któ­rzy nie podró­żo­wali. Bo ja sobie obie­ram kolejne miej­sca które chce zoba­czyć, a czas sobie pły­nie. I tak nagle spóź­niony kilka dni orien­tuję się, że już drugi mie­siąc wybił. Może to kwe­stia leni­stwa, bo w tym dru­gim mie­siącu zoba­czy­łem nie­wiele miejsc, choć czas spę­dza­łem inten­syw­nie. No ale wszystko po kolei. Zacznijmy od tego, że wyje­cha­łem Z Nika­ra­gui wprost w obrzy­dliwe i śmier­dzące łap­ska Hondurasu.

Naj­pierw jed­nak musia­łem prze­kro­czyć gra­nicę. Gene­ral­nie bar­dzo nie lubię prze­kra­czać gra­nic, podob­nie jak prze­dzie­rać się przez lot­ni­ska. To jest bar­dzo podobne, dużo ludzi z bro­nią cze­ka­ją­cych na Twój błąd, do tego mnó­stwo biu­ro­kra­cji i papie­rów, które trzeba tu zanieść, tam poka­zać, tu wymie­nić, a jesz­cze gdzie indziej zapła­cić. No i jesz­cze dokład­nie Cię obej­rzą, ochro­niarz Cię obmaca, jak na bramce zapisz­czą ci kol­czyki, a ple­cak prze­pusz­czą przez rentgen.

Wbi­jam więc na gra­nicę w miej­sco­wo­ści Las Manos, kolejka, mnó­stwo ludzi, samo­cho­dów. Gadam z jaki­miś Niem­cami, co jadą kam­pe­rem. Poka­zują mi swoją wizy­tówkę, że samo­chód spro­wa­dzili kon­te­ne­row­cem i mają roczną wycieczkę po obu ame­ry­kach. Mimo, że są ekipą kilku samo­cho­dów (kil­ku­na­stu ludzi) i muszą pocze­kać aż grupa się ufor­muje, to mnie nie pusz­czą. Jestem sam i pie­szo, ale mam pocze­kać. No trudno. Po chwili jed­nak ich kie­row­nik wycieczki reflek­tuje się i daje mi przejść. Super.

Wbi­jam do imi­gra­cyj­nego a tam pełna kon­trola. Zdej­mują mi odci­ski wszyst­kich pal­ców, robią zdję­cie, każą pod­pi­sać. Już myśla­łem, że mi też siat­kówkę zeska­nują, ale nie. Do tego nawet nie zagląd­nęli do moich rze­czy. Po co więc te wszyst­kie inne pro­ce­dury? Do Tegu­ci­galpy doje­cha­łem bez pro­blemu trans­por­tem miej­skim, bo Niemcy, któ­rzy zdą­żyli przed jego odjaz­dem prze­być bramkę nie zatrzy­mali się, żeby mnie zabrać. A pod­czas roz­mowy wyszło, że jedziemy do tego samego miejsca.

Zobacz co mnie spo­tkało wcze­śniej — pierw­szy mie­siąc podróży

Tegu­ci­galpa, Honduras

Co jest to nie wierzę.

Hon­du­ras od samego początku nie zro­bił na mnie dobrego wra­że­nia. Sto­lica o nie­za­pa­mię­ty­wal­nej nazwie Tegu­sc­galpa jest naj­brzyd­szym i naj­mniej sym­pa­tycz­nym mia­stem jakie w życiu widzia­łem, a tro­chę już podró­żo­wa­łem i wycho­wa­łem się w Byto­miu. Podobno jest tutaj naj­więk­szy odse­tek zabójstw i wcale się temu nie dzi­wię. Smród, brud, kiła i mogiła. Na każ­dym samo­cho­dzie naklejki „jesus mi amigo”, „jesu­chri­sto rey de los reyes”, krzyż na każ­dej kla­cie, a cokol­wiek kupu­jesz to bez mru­gnię­cia okiem chcą Cię oszu­kać. A jak im mówię, że oszu­kują mnie i Jezus patrzy, to się strasz­nie obu­rzają. Dla­tego też posta­no­wi­łem wyje­chać stam­tąd jak naj­szyb­ciej. Poku­si­łem się nawet na takie bur­żuj­stwo jak tak­sówka i nie zgad­nie­cie co, zosta­łem oszu­kany. Kie­rowca obje­chał pół mia­sta, zanim zaje­chał do miej­sca odda­lo­nego o kilo­metr od hostelu (spraw­dza­łem na GPSie), skąd odcho­dzą auto­busy i każe mi pła­cić pra­wie 10$. Zatrzy­mał się na środku skrzy­żo­wa­nia i nie bar­dzo mia­łem moż­li­wość się tar­go­wać, szcze­gól­nie z moim hisz­pań­skim. U nich to pew­nie dobra dniówka jest. Wcze­śniej bym tam był jak­bym poszedł pie­szo, ale bałem się prze­cho­dzić przez te slumsy.

W Tegu­ci­gal­pie zatrzy­ma­łem się w hostelu, który był jed­no­cze­śnie barem, a do tego nie miał żad­nej tabliczki infor­mu­ją­cej co tu się znaj­duje. Tri­pa­dvi­sor zapro­wa­dził mnie pod meta­lowe drzwi, które wyglą­dały bar­dziej jak wej­ście do kry­jówki Johna Con­nora, a nie hostelu. Dodzwo­nić się też nie dało, ale na szczę­ście dość szybko inni goście wra­cali, więc mnie wpu­ścili. A na wła­ści­ciela cze­ka­łem jesz­cze jakieś pół­to­rej godziny. Wie­czo­rem zeszli się tam ludzie. Był grill, był alko­hol, wokół był drut kol­cza­sty pod napię­ciem. Wspa­niałe połą­cze­nie, jesz­cze jakby dodać do tego dra­binę na dach, gdzie każdy mógł sobie wejść. Nie przej­mo­wali się tam za bar­dzo BHP.

W każ­dym razie wsia­dam do środka i nie zgad­nie­cie co. Oszu­kali mnie na hajs. Po pierw­sze chcia­łem wysiąść w poło­wie trasy, ale i tak muszę zapła­cić pełną cenę, bo tak. Po dru­gie nie mia­łem lokal­nych pie­nię­dzy wystar­cza­jąco, bo musia­łem oddać tak­sia­rzowi, więc tutaj mógł mnie oszu­kać na prze­licz­niku z dola­rów. No, ale trudno, naj­waż­niej­sze że ucie­kam z tego zbio­ro­wi­ska nędzy i smrodu. Droga za mia­sto to nie była droga. To było kle­pi­sko pełne bez­dom­nych psów, dziur w któ­rych mogły się scho­wać dzieci i śmieci roz­rzu­co­nych wzdłuż drogi. Zresztą kie­rowca po wypi­ciu coli wyrzu­cił puszkę przez okno, także nie bar­dzo się przej­mują takimi pier­do­łami jak porzą­dek. Wyjeż­dżamy z mia­sta, naresz­cie na asfal­tową drogę i kon­trola poli­cyjna. Poli­cja liczy pasa­że­rów, spraw­dza papiery, coś krzy­czą i kie­rowca każe wysia­dać. Oddaje pie­nią­dze za bilet (przy czym wyjąt­kowo mnie nie oszu­kano i oddał mi dokład­nie tyle ile wcze­śniej wziął) i mówi nara.

Ale za to z jakiego powodu! Zawsze narze­kam na roz­mach reli­gij­nego fun­da­men­ta­li­zmy w Pol­sce (ostat­nio wyco­fali tabletki dzień po i teraz będą tylko na receptę, bo biskupi alar­mo­wali że są nad­uży­wane), a tutaj jest jesz­cze gorzej. Prócz tych Jezu­sów wszę­dzie na pokaz, mają też prawo zabra­nia­jące pro­wa­dze­nia trans­portu w święta. A dziś prze­cież Wielki Czwar­tek. Także (różań­cowa) poli­cja zła­pała auto­bus pró­bu­jący nie­le­gal­nie prze­wieźć pasa­że­rów w zabro­niony dzień i naka­zała im zawra­cać do kościoła.

W miarę ładny widok Tegu­ci­galpy. Bo mia­sto było naprawdę obrzy­dliwe, pełne brudu, syfu, bez­pań­skich zwie­rząt, orga­nicz­nych szcząt­ków roz­kła­da­ją­cych się na pobo­czach ulic. Pole­cam omi­jać wiel­kim łukiem.

Tzn. tak mi prze­tłu­ma­czył jeden gość, który dosiadł się do mnie w auto­bu­sie. Jest on wło­skim żoł­nie­rzem wra­ca­ją­cym z dwu­let­niej misji, a jego angiel­ski był na pozio­mie mojego hisz­pań­skiego, także nasza roz­mowa była nie­zbyt ambitna, ale za to długa i wyczer­pu­jąca. A przy­naj­mniej wyczer­pu­jąca mnie. Całe szczę­ście, że go spo­tka­łem, bo ina­czej to nie wiem sam jak­bym się zacho­wał. Gość mówi, Eve­ry­thing OK my friend, its an adven­ture i koślawo tłu­ma­czy, że trzeba łapać stopa. Ale tylko samo­chody typu pick-up, bo tutaj jest nie­bez­piecz­nie i nikt nie wpu­ści obcych do kabiny.

Jezioro Yojoa, Honduras

Jed­nak dość szybko ktoś się zatrzy­mał, a póź­niej na kolejny samo­chód też cze­ka­li­śmy tylko chwilkę. Także zaosz­czę­dzi­łem pra­wie 10 dola­rów, które począt­kowo zapła­ci­łem za prze­jazd busem w zamian za spę­dze­nie 3 godzin na pace samo­chodu. Wywiało mi strasz­nie banię, dla­tego się owi­ną­łem ara­fatką, ale zaje­cha­łem nad jezioro Yojoa dokład­niej do miej­sca zwa­nego B&B Bre­wery, gdzie lokalny kie­rowca moto taxi oszu­kał mnie. Choć wytar­go­wa­łem się na to, że oszu­kał mnie o połowę mniej, więc para­dok­sal­nie byłem nawet zado­wo­lony. A co się oka­zało na miej­scu? Nie ma wol­nych miejsc, bo wiel­ka­noc jest waż­nym świę­tem i mnó­stwo ludzi chce je spę­dzać w takich warun­kach. Także trans­por­to­wać ludzi nie wolno, ale atrak­cje lokalne dzia­łają na zwięk­szo­nych obrotach.

Mój wypo­ży­czony namio­cik. Ele­gancko się spało i poduszka była niezastąpiona.

Na szczę­ście zna­la­zła się tutaj jedna osoba mówiąca po angiel­sku i udało mi się doga­dać, że będę spał w namio­cie. Zda­rzało się to już wcze­śniej i uży­czyli mi swój namiot, mimo że tu jest zima i w taki mróz jak led­wie 20 stopni w nocy spać w namio­cie to dla nich sza­leń­stwo. Także jestem teraz w słyn­nej na cały kraj warzelni piwa, popi­ja­jąc miej­scowy spe­cjał, mimo że za piwem nie prze­pa­dam, wokół mnie prak­tycz­nie nie­tknięty ludzką ręką las, w któ­rym żyją m.in. gekony, koli­bry i miliardy koma­rów, a ja sie­dzę w namio­cie czy­ta­jąc „Zamek” Kafki. Życie pisze naj­cie­kaw­sze sce­na­riu­sze i nie wiem jak ktoś mógłby sobie wymy­ślić więk­szą hip­ste­riadę od tego, czym zasko­czyło mnie życie.

Pogrzeby cało­do­bowo. To nie pierw­szy przy­by­tek z cało­do­bo­wym świad­cze­niem ostat­niej posługi, jed­nak pierw­szy przed któ­rym fak­tycz­nie leżał trup.

W nie­dzielę muszę być w miej­sco­wo­ści Utila, jakieś 400 km stąd, ale wyru­szę już w sobotę. Po pierw­sze dla­tego, żeby mieć dwie noce na odpo­czy­nek od tej sza­lo­nej przy­gody. A po dru­gie dla­tego, że do nie­dzieli nie ma z powodu Wiel­ka­nocy trans­portu i będę musiał jechać sto­pem. Także wolę sobie dać dzień zapasu.

Co do samego jeziora, to jest to bar­dzo ładne miej­sce, mamy moż­li­wość wzię­cia udziału w 10 róż­nych wyciecz­kach kra­jo­znaw­czych, od poran­nego obser­wo­wa­nia pta­ków, poprzez dwu­dniowe wspi­na­nie się na wul­kan, wodo­spady, aż do łaże­nia po gro­tach. Nie­stety pod­czas Wiel­ka­nocy te atrak­cje nie były czynne, więc mogłem co naj­wy­żej przejść się wokół jeziora i wyką­pać się w nim. Co też było bar­dzo miłym doświad­cze­niem. Szcze­gól­nie, że przy­szło mi wra­cać łódką.

Nie mam dobrego zdję­cia sie­bie na łódce. A skąd się tam wzią­łem? Otóż dwie panie, które przy­je­chały z dziećmi wypo­ży­czyły sobie łódkę, żeby powio­sło­wać po jeziorku. Ten wysi­łek tak je zmę­czył, że przy­biły do brzegu koło mnie i spy­tały czy nie chce powio­sło­wać. Zgo­dzi­łem się, a potem całą drogę klą­łem na sie­bie. Bo w takiej łódce wio­słu­jesz sie­dząc tyłem, ina­czej niż w kajaku. Do tego wio­sła były nie­sy­me­tryczne, nie­wy­wa­żone i prze­su­wały się w tych wideł­kach, co to je miały trzy­mać. Do tego doszedł prąd wody (bo trzeba pły­nąć pod prąd rzeki) i bez­wład­ność obiek­tów poru­sza­ją­cych się na wodzie. Jesz­cze dobrze nie zago­iłem odci­sków na dło­niach po raftingu, a tu naba­wi­łem się nowych, o wiele gor­szych. A cała reszta osób w łódce pod­ła­pała sporo pol­skich przekleństw.

Taki o domek był przy jeziorku. Bar­dzo podoba mi się wyko­rzy­sta­nie ukształ­to­wa­nia terenu.

To jest śnia­da­nie ozna­czone w menu jako „Wielka por­cja śnia­da­niowa, tylko dla praw­dzi­wych męż­czyzn >180 cm, super mega giga góra jedze­nia, nie do prze­tra­wie­nia w jeden dzień przez czło­wieka”. Nie jestem spe­cja­li­stą od poże­ra­nia ogrom­nych ilo­ści, ale oni tutaj w ogóle nie umieją jeść. Zawsze zama­wiam naj­więk­sze danie jakie jest w menu i tylko raz mia­łem mały pro­blem żeby wszystko zjeść. No, ale przy­naj­mniej było dobre.

Utila, Hon­du­ras

Udało mi się doje­chać na Utilę. Auto­sto­pem wysko­czy­łem na główną drogę, zaczą­łem łapać coś w stronę wybrzeża i zatrzy­mał się bus. Tyle z przy­gód, zapła­ci­łem 10 lem­pir (utar­go­wa­łem z 15) i wygod­nie się roz­sia­dłem. Doje­cha­łem do San Pedro Sula, gdzie widzia­łem tylko dwo­rzec i stam­tąd busem do miej­sco­wo­ści La Ceiba. Nie będę dużo o niej pisał, nawet nagłówka nie zro­bię, bo to takie brzyd­kie połą­cze­nie Ustki i Cie­cho­cinka, gdzie spę­dzi­łem tylko jedną noc w hostelu w trak­cie remontu wśród świeżo wyla­nej pod­łogi i łazience bez pły­tek (i wody pod prysznicem).

Następ­nego dnia z samego rana posze­dłem na prom. Był puściutki i nawet nie widzia­łem, żeby kto­kol­wiek wymio­to­wał (załoga na początku roz­dała wszyst­kim woreczki), ale sytu­acja zupeł­nie się zmie­niła w chwili dotar­cia do portu. Wszy­scy ludzie, któ­rzy spę­dzali Wiel­ka­noc, musieli wra­cać do domów. Znów poczu­łem się jak w gim­na­zjum, gdy trzeba było ode­brać kurtkę z szatni.

O samej wyspie i nur­ko­wa­niu nie będę tutaj pisał, bo robi­łem na ten temat inne wpisy — Życie na wyspie, Jak zosta­łem nur­kiem, Advance open water diver.

Utila jest naprawdę pięk­nym miej­scem, gdyby nie ona, to odje­chał­bym z kiep­skim zda­niem o całym kraju.

Widzia­łem skor­piona. Takiego jak na fil­mach, nie­wielki, szary z pod­nie­sio­nym żądłem i kil­koma parami odnóży. Taki pra­wie jak pająk, tylko jesz­cze gor­szy. Choć ostat­nio widzia­łem taran­tulę (już z nie takiego bli­ska) i sam nie wiem. Wra­ca­jąc do skor­piona. Widzia­łem go z bar­dzo bli­sko, lecz to nie był naj­więk­szy pro­blem tego spo­tka­nia. Gor­sze było to, że on widział mnie pierw­szy. I mnie upier­do­lił na dzień dobry. A wszystko dla­tego, że go nie zauwa­ży­łem w plecaku.

I tak sobie myślę, że mogłaby to być nawet pozy­tywna przy­goda. Gdy­bym tylko został scorpion-manem. Albo cho­ciaż gdy­bym zdo­łał zro­bić mu zdję­cie. Jakoś na początku bar­dziej prze­ją­łem się czy trzeba będzie ampu­to­wać rękę, czy szybko pisać testa­ment. Kiedy już tro­chę dosze­dłem do sie­bie, jego postać była roz­sma­ro­wana po pod­ło­dze i wyglą­dała dość nie­fo­to­ge­nicz­nie. Dla­tego wrzu­cam zdję­cie szpi­tala na miej­scu, bo byłem i w szpitalu.

I to wcale nie w spra­wie skor­piona, lecz też cho­dziło o ugry­zie­nia owadów.

Koma­rów.

To nie jest ten skor­pion, ani w ogóle skor­pion. To jest domowa jasz­czurka, bo ktoś ją sobie trzy­mał w ogro­dzie przed domem.

Mat­ko­bo­sko ile tu tego dzia­do­stwa lata. Śmierć każ­dego kolej­nego spro­wa­dza na cie­bie ilość żałob­ni­ków zgod­nie z regułą Fibo­nac­ciego, a oble­śnym, tłu­stym w kon­sy­sten­cji repe­len­tem zda­wają się zaja­dać. Do tego miały kilka dnia aby nade mną pra­co­wać, pod­czas gdy w wol­nym cza­sie obcie­ra­łem stopy gumo­wymi płe­twami trzy­ma­jąc je w wodzie z solą. Po tym cza­sie skóra nóg bar­dziej przy­po­mi­nała powierzch­nię księ­życa, one same były spuch­nięte, a ja dosta­łem gorączki i wysypki. Tego już za wiele, trzeba było się wybrać do leka­rza. Leka­rza w Hon­du­ra­sie, w miej­sco­wo­ści liczą­cej 4 tys. mieszkańców.

No to idę. Jest tutaj kilka ulic i wszy­scy wszystko wie­dzą. Wcho­dzę na recep­cję, że chce zoba­czyć leka­rza, a kobitka na to, że 125 zł. Tzn 700 lem­pir, ale to jest mniej wię­cej tyle. Nooo, od razu się poczu­łem jak w Euro­pie. Wcho­dzę już tro­chę pew­niej­szy, Pani zbiera moje pod­sta­wowe pomiary, każe mi sama wypeł­nić dane oso­bowe i do lekarza.

Wcho­dzę więc do gabi­netu i wita mnie dok­tor Enri­que. Albo jakiś inny taki, w każ­dym razie wyglą­dał jak z główny boha­ter har­le­qu­ina, a ja poczu­łem się jak Izaura. Patrzy mi głę­boko w oczy, a ja zaczy­nam zwie­rze­nia. Że mnie pogry­zło, że spu­chły mi nogi, że wysypka, że źle mi. Enri­quo pod­cho­dzi bli­żej. Badaw­czo mi się przy­gląda i zaczyna powoli pod­no­sić koszulę. Przy­kłada ste­to­skop, ogląda skórę.

Tutaj codzien­nie powsta­wało moje śnia­da­nie. Te pie­rogi sma­żone na głę­bo­kim oleju z ryżem i kur­cza­kiem to Empa­nady, a tor­til­lki po uzu­peł­nie­niu pastą z fasoli i piklo­waną cebulą to Baleady.

Reak­cja aler­giczna od koma­rów, potwier­dza się moje przy­pusz­cze­nie. Szcze­gól­nie że i aler­gię mia­łem dzie­cię­ciem będąc i mój orga­nizm dość kiep­sko znosi uką­sze­nia owa­dów. No to pew­nie da mi jakieś proszki, każe jeść wapno i to będzie tyle. A jak powie o anty­bio­ty­kach, to zaga­dam czy to na pewno konieczne.

Dobrze, Panie Zicz, pro­po­nuję ste­rydy w zastrzyku, a do tego małą kro­plówkę z solą fizjo­lo­giczną, wita­mi­nami i czymś tam jesz­cze. Nie pier­dolą się tutaj z lecze­niem, myślę sobie, cie­kawe czy to jest bez­pieczne. Jed­nak po chwili poka­zuje mi rachu­nek na kolejne 700 lem­pir, który mnie uspokaja.

Jadł Pan coś dzi­siaj? Bo nie­któ­rzy pacjenci źle reagują po zastrzyku, nud­no­ści, wymioty, bie­gunki, osła­bie­nie orga­ni­zmu, nawet omdle­nia. Jestem twardy, dawaj Pan te igły. No to dajesz do zabiegowego.

No to posze­dłem do zabie­go­wego. Zro­bi­łem tam zdję­cie. Dr Enri­que wtło­czył mi kil­ka­dzie­siąt mili­li­trów róż­nych sub­stan­cji do krwi i tro­chę mniej w dupę. No bo ten, zastrzyki ze ste­ry­dami robi się w tyłek. Wszystko po to, aby mój orga­nizm odpo­czął od jadu owa­dów i mógł się wyle­czyć. A parę­na­ście godzin póź­niej upier­do­lił mnie skor­pion ;<

Z powodu stanu nóg musia­łem prze­dłu­żyć sobie pobyt na wyspie o jakieś kilka dni. Chil­lo­wa­łem sobie, sie­dzia­łem w base­nie, czy­ta­łem książki i spa­łem do późna. Jesz­cze przed moim wyjaz­dem udało mi się zała­pać na wycieczkę do Cayos Cochi­nos, maleń­kich wysy­pek gdzie są dobre miej­sca do nur­ko­wa­nia. Nie było źle, ale nie było warto ponad stu dola­rów, które za to zapłaciłem.

Chyba sar­dynki, gość je łowił cho­dząc z sie­cią wzdłuż brzegu.

Łódki zawsze dobrze wyglą­dają na zdję­ciu. Winie­to­wa­nie także (zaciem­nie­nie rogów zdję­cia), szcze­gól­nie jak na zdję­ciu jest palec zasła­nia­jący obiektyw.

Copan, Hon­du­ras

Naj­pierw musia­łem się tam jed­nak dostać. Prze­miesz­cza­nie się w Ame­ryce Środ­ko­wej nie prze­staje mnie zadzi­wiać. Wczo­raj ponad 12 godzin zajęło mi prze­by­cie 250 km, a mia­łem tylko 2 prze­siadki i nie prze­pra­wia­łem się przez gra­nicę. Wydaje mi się, że kupie­nie jakie­goś osła i jazda wierz­chem na nim mogłaby być szyb­sza i bar­dziej opła­calna. Do tego można by unik­nąć wtedy stresu zwią­za­nego z cał­ko­wi­tym nie­ozna­ko­wa­niem niczego i wolną ame­ry­kanką, jaka się tutaj dzieje.

Na koźle też by mogło być lepiej. Zdję­cie zro­bi­łem pod­czas tej pamięt­nej podróży i smutno mi było, że te zwie­rzęta podró­żują w takich złych warun­kach i jesz­cze bar­dziej smutno mi było, że to są warunki lep­sze od tych, w któ­rych ja podróżuję.

Prze­jazd z Utili do Copan (jakieś 400 km) trwała ponad 13 godzin. Naj­pierw prom, który już w peł­nym skła­dzie zapre­zen­to­wał mi utwór sym­fo­nicz­nej orkie­stry rzy­ga­ją­cej. Póź­niej na dwo­rzec auto­bu­sowy i tylko pół­to­rej godzinki cze­ka­nia. Do tego wszyst­kiego tele­fon wypadł mi z kie­szeni w tak­sówce z portu na dwo­rzec auto­bu­sowy. Bur­żuj­stwo, tak­sówki, ale tam nie ma innej moż­li­wo­ści żeby się dostać do/z portu. Zanim się zorien­to­wa­łem kie­rowca już odjechał.

Myślę sobie, to nie jest aż takie złe. Pie­nią­dze i doku­menty mam, co prawda stracę numer bo mam na kartę od pra­wie 10 lat i nigdy nie reje­stro­wa­łem, ale trudno. Zdję­cia też zgry­wam na bie­żąca, wszystko zabez­pie­czy­łem, bez kodu nie otwo­rzysz. Aż nie mogłem w to uwie­rzyć, prze­cież nigdy nic nie zgu­bi­łem. Dwa razy było blisko.

Raz wypa­dły mi klu­cze na szkol­nym boisku, więc popro­si­łem kole­gów o pomoc i prze­cze­sa­li­śmy całą murawę. Zna­la­zły się.

Drugi raz zosta­wi­łem kin­dle na ladzie, gdy kupo­wa­łem bilet auto­bu­sowy. Byłem oble­czony baga­żami i zorien­to­wa­łem się zanim wsia­dłem do auto­busu. Wró­ci­łem i na szczę­ście Pani mnie poznała.

W kwe­stii ozda­bia­nia swo­ich busów panuje wolna ame­ry­kanka, jed­nak więk­szość decy­duje się na naklejki z Jezu­sem i felgi z kolcami.

Posta­no­wi­łem też spró­bo­wać coś zadzia­łać. Zaga­da­łem do gościa, co nawo­ły­wał ludzi do auto­busu, czy tamta tak­sówka już poje­chała. Mówi że tak, ale chyba pamięta boczny numer. Pew­nie się domy­ślił, że coś zosta­wi­łem. Zaczyna mi tłu­ma­czyć, że tak­sówki tutaj to samo­wolka, każdy kto ma swoje auto może wozić, nie ma cen­trali i w sumie to nie wie jak można się skon­tak­to­wać z kie­rowcą, nawet zna­jąc jego numer boczny. Zwer­bo­wał kilka innych osób do pomocy.

I dodzwo­nili się do kie­rowcy. I kie­rowca oka­zał się uczciwy i zna­lazł mój tele­fon. I rów­nież mi go przy­wiózł. Rado­ści nie było końca, roz­mie­ni­łem 10 dola­rów na drobne i roz­da­łem wszyst­kim, któ­rych zaan­ga­żo­wano w moją akcję.

Zamiast powie­dzieć mi, że przy­sta­nek auto­bu­sowy jest 500 m dalej i tam jest ter­mi­nal, to sprze­dali mi bilet tam gdzie się zapy­ta­łem o niego i kazali cze­kać. Pół­to­rej godziny cze­ka­nia, więc na prze­by­cie tych 500 m tro­chę czasu. Auto­bus pod­je­dzie tutaj, na pewno. 20 minut opóź­nie­nia co do planu, to jesz­cze nie jest opóźnienie.

Tak mniej wię­cej wyglą­dają wnę­trza autobusów.

No spoko, pod­je­chał. Po dość nała­do­wa­nej emo­cjami roz­mo­wie z dys­try­bu­to­rem i inter­wen­cji tele­fo­nicz­nej auto­bus po mnie zawró­cił. Sprze­dali mi bilet, ale nie bar­dzo są już miej­sca, nawet ze sto­ją­cymi kiep­sko. No nic, mam się jakoś wci­snąć i wytrzy­mać, po pół­to­rej godziny ludzie zaczną wysia­dać, to sobie usiądę. Pół­to­rej godziny, sto­jąc w pół­roz­kroku w busiku wyso­kim na jakieś pół­to­rej metra, zawa­lo­nym ludźmi i towa­rami w towa­rzy­stwie dwóch nie­mow­ląt i tem­pe­ra­tury ponad 30 stopni. Poczu­łem się pra­wie tak, jak­bym znów jeź­dził do Kra­kowa pocią­giem z Katowic.

Po tej przy­go­dzie cze­kało mnie jesz­cze 10 godzin jazdy o pustym żołądku i peł­nym pęche­rzu, ale zoba­czy­łem ruiny mia­sta sta­ro­żyt­nych majów [zobacz foto­re­la­cję].

Takie tam były drzewa z kolcami.

I papugi kozaki. Dużo ich tam żyło i naro­bi­łem chyba ze 100 zdjęć.

Guate­mala, Gwatemala

Wczo­raj przy­je­cha­łem do miej­sco­wo­ści Anti­gua, oczy­wi­ście nie obyło się bez przy­gód. Naj­pierw przej­ście przez gra­nicę, znów pobrali moje odci­ski pal­ców, zro­bili zdję­cie i znów nie wyka­zali ani krztyny zain­te­re­so­wa­nia zawar­to­ścią mojego ple­caka. A następ­nie czas na auto­busy. Naj­pierw do jakie­goś przy­gra­nicz­nego mia­sta, potem auto­bus do Gwa­te­mali (sto­lica ma taką samą nazwę jak pań­stwo), by następ­nie dostać się do miej­sco­wo­ści Anti­gua. Myśla­łem że to jest wręcz dziel­nica sto­licy, że szyb­ciutko i łatwo znajdę jakiś trans­port, ale oka­zało się że nie. Bus miał przy­sta­nek na przed­mie­ściach, a Anti­gua po dru­giej stro­nie mia­sta, odda­lona o 30 km.

I tutaj znów mia­łem tro­chę szczę­ścia. Posze­dłem na przy­sta­nek auto­bu­sowy zapy­tać kie­rowcę jak tam doje­chać. Z moim hisz­pań­skim to nie­wiele rozu­mia­łem, ale udało mi się zablo­ko­wać w drzwiach. Bo tam w auto­bu­sach są takie meta­lowe obro­towe bramki, trzeba przy­ło­żyć kartę i wtedy one się mogą raz obkrę­cić, a ty wej­dziesz. Tylko że ja mia­łem dwa ple­cami i wsze­dłem na sto­pień żeby poga­dać z kie­rowcą. W końcu mówi mi, żebym został w auto­bu­sie i przy­kłada swoją kartę, żeby mnie przepuścić.

Widok ochro­nia­rzy z bro­nią dużego kali­bru, czy żoł­nie­rzy jest tutaj czymś nor­mal­nym. Na początku bar­dzo mnie nie­po­ko­iło, ale już się przyzwyczaiłem.

W auto­bu­sie czło­wiek koło mnie posił­ku­jąc się google trans­late stara się mi pomóc. Tak się z nim doga­da­łem, że nic nie wie­dzia­łem co i jak, ale mówił, żebym jechał z nim. Po jakimś cza­sie każe mi zmie­niać auto­bus i przy oka­zji płaci za mój bilet. W dru­gim auto­bu­sie dalej ze mną gada, dalej nic nie wiem, ale śle­dzę sygnał GPS na mapie i widząc że odle­głość się zmniej­sza, jestem szczę­śliwy. Po jakimś cza­sie mówi mi, że on już nie, ale zna­lazł innego gościa, który jedzie tam gdzie ja chcę. Także z tym innym gościem wycho­dzę z auto­busu i idziemy na metro.

Po dro­dze mijamy mnó­stwo budek z ulicz­nym żar­ciem, żołą­dek skręca mi z głodu, a ono tak pięk­nie pach­nie, ale nie mogę się zatrzy­mać. Powoli robi się ciemno, w dodatku nie chcę wysta­wiać na próbę cier­pli­wo­ści mojego przy­pad­ko­wego prze­wod­nika. W ogóle to ich metro to nie jest wcale metro. To jest po pro­stu szybki auto­bus, który ma oddzielne ulice. Jedyne podo­bień­stwo z metrem, to sys­tem pobie­ra­nia opłat, bo są spe­cjalne przy­stanki z bram­kami, gdzie trzeba zapła­cić aby wejść. Oczy­wi­ście nie mam drob­nych i trzeci raz inna osoba płaci za mój bilet. Jadę.

Anti­gua, Guatemala

Prze­je­cha­łem całe mia­sto i udało mi się dotrzeć do przy­stanku auto­bu­so­wego. Nie­długo będę w miej­sco­wo­ści Anti­gua, a po co w ogóle tam jadę? Żeby zacząć naukę hisz­pań­skiego. 30 godzin tygo­dniowo sam na sam z nauczy­cie­lem, do tego zakwa­terowanie i wyży­wie­nie u miej­sco­wej rodziny. Taki pakie­cik można sobie wyku­pić za jedyne 200$ tygo­dniowo i mam zamiar kilka tygo­dni się uczyć, aż nie opa­nuję habla­nia na pozio­mie wysoce komu­ni­ka­tyw­nym. Przy­naj­mniej mam nadzieję, że mi się to uda.

I wła­śnie w ramach tego wyży­wie­nia dziew­czyna, która rów­nież uczy się tutaj posta­no­wiła coś ugo­to­wać. Wybór padł na placki ziem­nia­czane. I byłoby wszystko spoko, gdyby nie fakt, że nie­zbyt jej wyszły, więc musia­łem ją zastą­pić przy kuchence, jak i to że po 12 godzi­nach podróży w ciągu któ­rej poko­na­łem baga­tela 250 km, mia­łem nadzieję zjeść coś, hmmmm, innego. No, ale dziś mie­lony był zacny.

Foto mie­lo­nego — wyż­szy poziom blogowania.

I lek­cje też mi się podo­bały. Kilka godzin prób poro­zu­mie­wa­nia się z nauczy­cielką za pomocą mojego łama­nego hisz­pań­skiego minęły zadzi­wia­jąco szybko, więc żeby nie było mi smutno, dosta­łem tyle zada­nia domo­wego, że nie widzia­łem takiej ilo­ści od gim­na­zjum. Oka­zało się, że moja nauka z ksią­żek i duolingo dała cał­kiem sporo, jed­nak powy­żej pew­nego poziomu bez nauczy­ciela nie prze­sko­czysz. A póki jestem tutaj, to mam zamiar jak naj­wię­cej się uczyć i tre­no­wać, bo prze­cież po to się tu zatrzymałem.

Pucy­buci też są inte­re­su­jący, ale ten dzie­ciak sprze­daje szlugi.

Pra­wie sko­rzy­sta­łem z usług pucybuta.

Na zdję­ciu macie czło­wieka, który sprze­daje fistaszki wożąc je w taczce, a obok niego sie­dzi pucy­but. Ten z taką małą drew­nianą skrzy­neczką, która skrywa różne mazi­dła i szczotki, a na którą kła­dzie się stopę.

W Euro­pie nigdy nie widzia­łem pucy­buta. Niby ist­nieje mit o ame­ry­kań­skim śnie od pucy­buta do milio­nera, a także okre­śle­nie żadna praca nie hańbi (ale każda męczy), a jed­nak pucy­bu­tów się nie widuje. Zawsze mi się wyda­wało, że jest to zawód uwła­cza­jący czło­wie­kowi i samemu nigdy nie chciał­bym, aby ktoś czy­ścił moje buty. W Ame­ryce środ­ko­wej jed­nak sprawa wygląda ina­czej i nie dość, że cał­kiem sporo osób jest ubrana ele­gancko (w ich prze­świad­cze­niu zakła­da­nie krót­kich spodni świad­czy o nie­doj­rza­ło­ści i byciu nie­po­waż­nym, nawet przy 40 stop­niach), to korzy­sta­nie z ich usług jest popularne.

Na początku to sta­ra­łem się nie patrzeć na nich w ogóle, ale poja­wiają się zbyt czę­sto, żeby można było wytrwać w tym posta­no­wie­niu, a już raz to zupeł­nie nie mogłem się powstrzy­mać. Pucy­but urzę­do­wał na pasażu, znaj­du­ją­cym się jakieś pół metra nad chod­ni­kiem, na któ­rym sta­łem i miał klientkę. Gene­ral­nie kobiety też noszą ele­ganc­kie buty, ale aku­rat tamta kobieta miała na sobie skó­rzane bale­riny. Nie mam nic prze­ciwko, ale nie spo­dzie­wa­łem się, więc przez chwilę bez­myśl­nie się wpa­try­wa­łem, aż zwró­ci­łem na sie­bie uwagę owego pucybuta.

To jest praw­dziwy street food.

Naj­go­rzej. Także pole­ruje szmatką te bale­riny, uwa­ża­jąc żeby nie posma­ro­wać jej stóp czarną pastą i zaczyna ze mną roz­mowę. W sumie to nie była roz­mowa, bo zauwa­żył, że jestem zain­te­re­so­wany i pyta się czy ja nie chciał­bym, żeby wyczy­ścić mi butów. Hola amigo, tengo pre­cio spe­cial para tu. Sru­tu­tutu. Z moim podej­ściem, które opi­sa­łem wyżej powi­nien się spe­szyć, jed­nak wybuch­ną­łem śmie­chem. Gość nie widział moich stóp, bo zasła­niał je murek, a ja oszczę­dza­jąc obdarte stopy wysze­dłem na mia­sto na bosaka. Zaraz sobie wyobra­zi­łem, jak naciera mi stopy czarną pastą, a następ­nie pucuje tę szmatą mię­dzy pal­cami. Poka­za­łem mu stopy i też się roze­śmiał, choć wymuszenie.

Nie dość, że cho­dzę w krót­kich spoden­kach, to jesz­cze na bosaka. Naprawdę muszą mnie tutaj mieć za dzikusa.

Wizyta na targu tutaj jest bar­dzo cie­ka­wym doświad­cze­niem. Wszystko działa ina­czej niż to, do czego byłem przy­zwy­cza­jony. I wcale nie działa źle.

Podoba mi się to, że w mie­ście jest tyle miejsc ofe­ru­ją­cych kurs hisz­pań­skiego. Dobrze wyko­rzy­stują poten­cjał swo­jego regionu, który jest dość tani i ofe­rują tydzień zajęć, łącz­nie 30 godzin indy­wi­du­al­nych lek­cji z nauczy­cie­lem, wraz z wyży­wie­niem i zakwa­te­ro­wa­niem u miej­sco­wej rodziny za 200$. Jest to genialna sprawa, praw­do­po­dob­nie naj­lep­sza moja decy­zja pod­czas wyjazdu, ale na ten temat roz­pi­szę się kiedy indziej, bo na razie uczę się dopiero tydzień, a mam zamiar łącz­nie cztery, przy czym w poło­wie zmie­nię sobie mia­sto. W ramach tych opłat można rów­nież uczęsz­czać codzien­nie na zaję­cia salsy.

Ostat­nio do moich gospo­da­rzy wpro­wa­dziła się kolejna dziew­czyna, czwarta już osoba. Wszy­scy razem jemy posiłki, odra­biamy zada­nia domowe i sta­ramy się komu­ni­ko­wać jedy­nie po hisz­pań­sku (japonka która tu mieszka nie zna angiel­skiego, więc prócz naga­by­wań rodziny mamy dodat­kowy impuls ku temu). Po pierw­szych dniu zajęć nowej współ­lo­ka­torki wpa­dli­śmy na sie­bie na mie­ście, szła aku­rat do kawiarni na jakieś cia­cho i pyta się czy nie dołą­czę. Zgo­dzi­łem się i pod­czas pała­szo­wa­nia kawałka cze­ko­lady z kawał­kami cze­ko­lady obla­nego cze­ko­ladą i posy­pa­nego wiór­kami koko­so­wymi o wdzięcz­nej nazwie „la muerte por el cho­co­late” wyszedł temat lek­cji salsy. Otóż owa nie­wia­sta była nimi bar­dzo zain­te­re­so­wana i zapro­po­no­wała, czy z nią nie pójdę.

W mie­ście jest bar­dzo duży wybór ład­nych, ręcz­nie robio­nych pamiątek.

Jeżeli miał­bym wybie­rać, z czym mi się naj­mniej poszczę­ściło pod­czas lote­rii gene­tycz­nej byłoby to poczu­cie rytmu i wszystko co doty­czy tań­cze­nia. Naj­mniej poszczę­ściło jest tutaj wiel­kim eufe­mi­zmem, gdyż jest z tym naprawdę bar­dzo kiep­sko. Nie narze­kam, bo ze wszyst­kich nega­tyw­nych cech, które mogłem dostać to nie jest wcale taka zła, można z nią żyć. Po pro­stu uni­kam tań­cze­nia gdzie­kol­wiek jestem. Być może spodo­ba­łem się owej nie­wie­ście, gdyż zaczęła mnie nama­wiać inten­syw­niej. Poczu­łem, że muszę wysto­so­wać odpo­wied­nie porów­na­nie, aby jasno dać do zro­zu­mie­nia że z mojego tań­cze­nia nic nie będzie i rzuciłem:

„Jeśli by oce­niać umie­jęt­no­ści taneczne w skali dobroci, od zera do Dalaj Lamy, to ja jestem Hitlerem”

I choć­bym nie wiem jak się sta­rał, nie jestem w sta­nie wymy­ślić bar­dziej nie­zręcz­nego spo­sobu prze­ko­na­nia się, że nie­wia­sta która Cię pod­rywa jest Niemką.

I mimo, że cza­sem są dość monotematyczne.

To da się zna­leźć coś interesującego.

Nie mam dziś żad­nej histo­rii, ale kupi­łem sobie pamiątkę. Bar­dzo rzadko kupuję jakie­kol­wiek pamiątki, aby mieć dla sie­bie, bo uwa­żam że prze­ży­cia i zdję­cia są w pełni wystarczające.

No, ale kurwa. Zoba­czyć koszulkę Goku i nie kupić, to by była prze­sada. Od samego początku wie­dzia­łem że muszę ją mieć, jed­nak roze­gra­łem to stra­te­gicz­nie. Bo jeśli sprze­dawca wie, że chcesz coś kupić to jesteś na prze­gra­nej pozy­cji. A jak myśli, że wci­śnie ci coś, czego do końca nie chcesz, to wtedy potrafi sporo zejść z ceny.

Także naj­pierw prze­gląd­ną­łem pół sklepu zanim zwró­ci­łem wzrok w jej stronę. Widzia­łem mnó­stwo ciu­chów z super­bo­ha­te­rami, a nawet bluzę z Jake’iem z pory na przy­godę. Tylko, że to była bluza, a po dru­gie bar­dzo pośled­niego mate­riału i dość droga. Także prze­glą­dam, prze­glą­dam, aż docho­dzę do koszu­lek, łapię w rękę kilka, wraz z tą upa­trzoną i pytam w jakiej są cenie.

Drugą rze­czą jaką robię po spy­ta­niu się o cenę jest spoj­rze­nie na skle­pi­ka­rza z wyra­zem poli­to­wa­nia na twa­rzy, tak jakby patrzyło się na dziecko, które opo­wiada że było na księ­życu. Trzeba w sobie wyro­bić taki odruch, albo będziesz prze­pła­cać za wszystko, ale prze­cież nie o to cho­dzi. Boję się, że po powro­cie będę się tar­go­wał w warzywniaku.

Jed­nak nawet nie ma co wra­cać do skle­pi­ka­rza. Był tak zajęty oglą­da­niem meczu, że od razu przy­jął cenę, którą zapro­po­no­wa­łem. Nie lubię tego, że tutaj pra­wie wszyst­kie ceny są nie­stałe i trzeba przy każ­dym zaku­pie poświę­cać dodat­kowy czas (im droż­sze zakupy, tym wię­cej czasu), a także ludzie czę­sto pró­bują zawy­żyć cenę. Mimo, że w dal­szym ciągu dla euro­pej­czy­ków, nawet tych wschod­nich jest to dość tanio, to nie zmie­nia faktu że można taniej. Co jest tym waż­niej­sze, im dłu­żej zamie­rzamy podróżować.

Zresztą nie­za­leż­nie od tego ile mi się uda wytar­go­wać, zawsze czuję się oszu­kany. Zresztą nie znam cen i są one w dziw­nych pro­por­cjach, np. ~100 g śmie­tany (kupuje się ją z wiel­kiego wia­dra, na wagę) kosz­tuje wię­cej niż kilo­gram tru­ska­wek. Także skąd mogę wie­dzieć, że pierw­sza cena którą podał nie miała ogrom­nej prze­bitki, że nawet wytar­go­wu­jąc połowę i tak prze­pła­cam? A gdy gość przy­jął moją cenę nawet nie odwra­ca­jąc głowy, to dopiero poczu­łem się prze­grany i oszu­kany. I to mimo mojej zagrywki psy­cho­lo­gicz­nej na początku. Ale co mia­łem zro­bić, prze­cież nie mogłem tak zosta­wić tej koszulki.

Na koniec fotka żar­cia. W nie­dzielę nie dosta­jemy wyży­wie­nia u rodzin, bo to dzień odpo­czynku, więc można się wybrać zjeść coś na mie­ście. Tor­til­lka z beko­nem i kre­wet­kami w mek­sy­kań­skiej knaj­pie brzmi i sma­kuje zaje­bi­ście. A co do lokal­nego jedze­nia, które mia­łem oka­zję spró­bo­wać w ramach wyży­wie­nia, to będzie osobny wpis. Tylko tro­chę póź­niej, bo może jesz­cze poznam jakieś nowe dania.

Minęły już pra­wie trzy tygo­dnie mojej nauki, jestem już w sta­nie baje­ro­wać dupeczki na tin­de­rze po hisz­pań­sku, także plan mini­mum wyko­nany. Zostanę w tym miej­scu jesz­cze tydzień, bo roz­wi­jam się, jest tu ład­nie, miło, spo­koj­nie, mam świetne nauczy­cielki i rodzina u któ­rej miesz­kam też jest na wypa­sie. Zresztą o szkole, nauce hisz­pań­skiego i zakwa­te­ro­wa­niu u miej­sco­wej rodziny będzie kolejny wpis.

Zobacz co mnie spo­tkało póź­niej - trzeci mie­siąc podróży

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • http://matkawygodna.pl/ Matka Wygodna

    Zaspo­ko­iłam ape­tyt widokowy 🙂