Dziewiąty miesiąc podróży — podsumowanie fotograficzne

Do końca podróży został mie­siąc z hakiem, a do zro­bie­nia bar­dzo dużo. W pla­nach ponad pół­tora tysiąca kilo­me­trów, nie­zli­czone nocne busy, mnó­stwo ogar­nię­cia i zwie­dza­nia. I udało się, a to jest ostatni wpis z serii pod­su­mo­wa­nie foto­gra­ficzne, bo mi się już podróż skończyła.

Tru­jillo, Peru

Wyjazd z hostelu, gdzie pra­co­wa­li­śmy w ramach wolon­ta­riatu, wzbu­dził wiel­kie emo­cje. Nie tak bar­dzo silne jak wygrana Trumpa, ale na pewno głęb­sze. Zresztą pisa­łem w poprzed­nim pod­su­mo­wa­niu o tym, więc daruję sobie opis rzew­nych poże­gnań, wspól­nych zdjęć i prze­cią­ga­ją­cych się uści­sków, któ­rych nigdy nie byłoby dość.

Zaku­pi­li­śmy w hostelu bilet na godzinę 21.30 za 50 soli (jakieś 60 zł). Jak to przy­stało na dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nych ludzi wyszli­śmy na ostat­nią chwilę, mimo to i tak byli­śmy o wiele za wcze­śnie. Gość w biu­rze wziął nasze bilety, powie­dział żeby chwilę pocze­kać to nas zapro­wa­dzi i zaczął je przepisywać.

To zna­czy na początku myśla­łem, że on je wpro­wa­dza w sys­tem, albo do jakiejś doku­men­ta­cji prze­pi­suje, ale on po pro­stu wypi­sał nam inne bilety. Na godzinę 21.45 za 40 soli. Co prawda zanim się z tym upo­rał zegar wska­zy­wał kilka minut póź­niej, jed­nak to nie był wielki pro­blem. Prze­szli­śmy na drugą stronę ulicy, a następ­nie kil­ka­dzie­siąt metrów wzdłuż niej, aby tra­fić na przystanek.

A raczej do biura kolej­nej firmy prze­wo­zo­wej, tym razem takiej z przy­stan­kiem dla auto­bu­sów. A raczej miej­scem przed roz­la­tu­jącą się budą, gdzie auto­bus będzie w sta­nie zatrzy­mać się na kilka minut aby przy­jąć bagaż i pasa­że­rów. Zapro­wa­dził nas do okienka, a następ­nie po raz kolejny prze­pi­sali tam nasz bilet. 22.15 i 35 soli.

Oka­zało się, że jeden gość z naszego hostelu rów­nież jedzie do Tru­jillo i rów­nież zaku­pił bilet u nas w hostelu. Godzina co prawda się zga­dzała, ale za to zapła­cił 10 soli wię­cej. Zaje­cha­li­śmy do Tru­jillo i on tam miał hostel obcza­jony. Nie dokład­nie w Tru­jillo, tylko w pobli­skim Huan­chaco, które sły­nie z ruin Inków. To i tak była jedyna rzecz, jaką chcie­li­śmy tam zoba­czyć, więc zebra­li­śmy się na busik i pod­je­cha­li­śmy pod wspo­mniany hostel, cał­kiem bli­sko. Led­wie 1,2 km musie­li­śmy przejść z przy­stanku i uka­zał nam się taki widok.

Ład­nie się to prezentowało.

Musia­łem wsko­czyć za kółko.

Mieli tam volks­wa­gena T2, takiego w dobrym sta­nie. Zro­bi­łem sobie nawet w nim zdję­cie, a wła­ści­ciel się tro­chę zanie­po­koił, bo w środku były też klu­czyki. Oka­zało się, że te ruiny są nie­da­leko, można je obsko­czyć w jeden dzień i zebrać się zaraz w podróż. Dobra nasza, ten gość co z nami jechał zatrzy­mał się na noc, a nam pozwo­lili zosta­wić bagaży w prze­cho­walni. Same ruiny bez rewelacji.

Dużo moty­wów z rybami, w końcu to było wybrzeże.

Posa­dzili sobie krza­ków w świą­tyni, wspa­niały zwyczaj.

Więk­szość zada­szona taką kon­struk­cją, aby wiatr i deszcz nie zmyły śla­dów poprzed­niej cywilizacji.

Widok na Trujillo

Widok na tra­dy­cyjne łódki z Trujilo.

BTW taki stan­dard obo­wią­zy­wał tam w komu­ni­ka­cji miej­skiej. Ten pręt to do zmiany bie­gów, a fotel to zespa­wana samo­róbka opla­tana kablami.

Po zwie­dza­niu tego samego dnia zebra­li­śmy się na kolejny nocny auto­bus, drugi pod rząd. Tym razem zmie­ni­li­śmy wybrzeże na wyso­kie góry i nie zej­dziemy stąd przez ponad miesiąc.

Huaraz, Peru

Odle­głość do Huaraz skon­fron­to­wana z roz­kła­dem auto­bu­so­wym wyka­zała, że połą­cze­nie jest wyjąt­kowo nie­ko­rzystne. Na miej­scu zna­la­złem się koło 3 rano, także do świtu jesz­cze daleko, na dwo­rze zimno, a przez to na dworcu też. Trzeba było mieć nadzieję, że nas jakiś hostel wpu­ści o tej godzi­nie. I oka­zało się, że tak.

W ogóle Huaraz jest obrzy­dli­wym mia­stem. W Peru panuje tra­dy­cja nie­do­kań­cza­nia budyn­ków, bo wtedy się nie płaci podatku. Tylko od ukoń­czo­nych budowli, więc nie­zro­bione fasady, nie­do­koń­czone pię­tra i ster­czące we wszyst­kie strony pręty zbro­je­niowe to nor­malka, a Huaraz było tego widoku wspa­nia­łym przed­sta­wi­cie­lem. Szu­ka­jąc hostelu było tak ciemno, że nie zwró­ci­łem uwagi, a jak już się coś zna­la­zło, to ude­rzy­łem w kimono. Jesz­cze te parę godzin poranka wykorzystać.

Hostel też nie był wcale naj­pięk­niej­szy, ale było schlud­nie, tanio i cie­pła woda pod prysz­ni­cem. Na początku chcia­łem poświę­cić jeden dzień na adap­ta­cje z wyso­ko­ścią, ale jak oka­zało się jak tam jest paskud­nie i że w pobliżu jest jeden szybki trek, to pod­ją­łem męską decy­zję — spróbujemy.

Na początku wspi­naczki te wszyst­kie góry w tle były zasło­nięte tą na pierw­szym planie.

Tak spryt­nie zro­bi­łem zdję­cie, że nie widać ile jeziora wyschło.

Tu już tro­chę widać, ale za to są owieczki.

Oka­zało się, że fak­tycz­nie nie jest zbyt długa, za to dość stroma — tutaj jest trasa na endo­mondo. Na szczy­cie miało cze­kać jezioro, wspa­niała laguna przed­sta­wiona na kilku pięk­nych zdję­ciach, jed­nak od dawna nie padało. Jeziorko wyschło do jakiejś 1/3 powierzchni, ale i tak udało się zro­bić cał­kiem nie­złe fotki.

Następ­nie jeden dzień na odpo­czy­nek, a następ­nego dnia wycieczka na Lagunę 69, po któ­rej bez­po­śred­nio idziemy na nocny bus. Jesz­cze zna­leźli się tam zna­jomi z Point Hostelu, więc poszli­śmy sobie razem. To był naj­lep­szy z tre­ków na jakich byłem, pogoda rewe­la­cyjna, prze­piękna trasa, długa, ale bez wielu wspi­na­czek. Łącz­nie prze­szli­śmy ponad 25 km, ale w pięk­nej sce­ne­rii i dobo­ro­wym towarzystwie.

Zaczęło się od prze­kro­cze­nia rzeki, a potem było tylko lepiej.

Wej­ście do parku narodowego.

Te opusz­czone kil­ka­set lat wcze­śniej budynki wcale nie stały nie­ek­splo­ato­wane. Oko­liczne zwie­rzęta urzą­dziły sobie w środku ubikację.

Nie­odblo­ko­wany sklepik

Kilka razy trzeba było zro­bić sobie małą przerwę.

Wszystko to samo, góry, wodo­spady, jakieś krzaki.

Przy­cza­jony tygrys, ukryty smok.

Fajna fotka, kolejna co by ją mogli na roz­kła­dówkę Natio­nal Geographic.

Po dro­dze na lagunę 69 było jesz­cze jedno jeziorko.

Jezioro zasi­lane wodą z lodowca. Zimne jak diabli.

Wła­śnie tam powstało zdję­cie, które usta­no­wiło rekord otrzy­ma­nych laj­ków w mojej inter­ne­to­wej karie­rze, aż 130.

Po powro­cie z wycieczki cze­kał na nas nocny bus. Tak meta­fo­rycz­nie cze­kał, bo musie­li­śmy się wyką­pać, zjeść coś, przy­go­to­wać się i dotrzeć na dwo­rzec. Po całym dniu cho­dze­nia, trzeci nocny bus w tygo­dniu i znów z godzi­nami nie bar­dzo. Bo do Limy doje­cha­li­śmy w oko­li­cach 5 rano.

Lima, Peru

Sto­lica, do tego jesz­cze duże mia­sto, to obrzy­dli­wie, wia­domo. Zresztą sam dwo­rzec na który zaje­cha­li­śmy wyglą­dał bar­dzo nie­cie­ka­wie, do tego było jakoś 4 rano i zde­cy­do­wa­li­śmy się na tak­sówkę do dziel­nicy Baranco. Tam udało się zna­leźć hostel, który nas wpu­ścił i pozwo­lił prze­cze­kać na dachu, gdzie był taras, do czasu aż inni ludzie się wymel­dują i będzie miej­sce, żeby nas wcisnąć.

W sumie Lima to duże mia­sto, więc jak naj­szyb­ciej chcia­łem stam­tąd uciec. Nawet nie bar­dzo mam jakieś zdjęcia.

Jedno się znalazło.

Ica, Peru

Odle­głość pomię­dzy Limą i Icą, to około 6 godzin. Naj­go­rzej, zupeł­nie nie­opty­malny czas podróży. W nocy się nie da, bo za mało czasu, a w dzień to zaj­mie prak­tycz­nie pół dnia. No i zajęło, szcze­gól­nie że bus miał tro­chę opóźnienia.

Zaje­cha­łem do tej miej­sco­wo­ści jak już się robiło ciemno, a samo mia­sto też oka­zało się dość spore. Jed­nak zupeł­nie nie w stylu wszyst­kiego co dotych­czas widzia­łem, to było mia­sto pustynne. Czu­łem się jakby to był jakiś Dama­szek, czy coś innego na bli­skim wscho­dzie — piach wci­ska się wszyst­kimi otwo­rami do budyn­ków, ulice są pokryte żwi­rem, budynki z pia­skowca, a zacho­dzące słońce ma wyjąt­kowo czer­woną barwę.

Samo mia­sto nie miało zbyt wiele do zaofe­ro­wa­nia — stan­dar­dowo odra­pane budynki, wysta­jące meta­lowe pręty, śmieci na ulicy i takie tam atrak­cje. Jedyną rze­czą, była pobli­ska oaza. W sen­sie że woda na środku pustyni i wokół niej zbu­do­wana wio­ska. I może fak­tycz­nie robiło by to spore wra­że­nie, tylko że mia­sto zaczy­nało się dosłow­nie za wydmą. Kilka kilo­me­trów mak­si­mum, za tak­sówkę nie zapła­ci­łem nawet 5 zł.

Z atrak­cji można było popły­wać łódką na jezio­rze (no pro­szę), albo jako pasa­żer pojeź­dzić po wydmach na spe­cjal­nym pojeź­dzie. A póź­niej jesz­cze można było z wydm zje­chać na desce. Też sobie odpu­ści­łem, jeź­dzi­łem już na desce z wul­kanu i mi star­czy. Posze­dłem tylko wspiąć się na wydmę, aby zro­bić jakieś ładne zdję­cie, ale nie udało mi się wejść zbyt wysoko. Piach był nagrzany do takiej tem­pe­ra­tury, że sta­nie na nim to była tor­tura. Pełne buty pew­nie by dały radę, ale mia­łem na sobie san­dały i jak mi się wsy­pał do środka to bie­ga­łem jak kot, któ­remu zało­żyć worki na łapy.

Oaza Huaca­china w całej okazałości

Roman­tica.

Z plu­sów to był tam bar­dzo fajny hostel. To jest dla mnie nie­sa­mo­wite, w naj­gor­szych miej­sco­wo­ściach bar­dzo czę­sto zda­rzają się naprawdę przy­zwo­ite i ładne hostele.

Nazca, Peru

Nazca to miej­sco­wość znaj­du­jąca się nie­da­leko od poprzed­niej miej­sco­wo­ści. Sto kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów led­wie i to do tego po pła­skim, więc w trzy godziny jazdy można się wyro­bić. A samo mia­steczko o wiele ład­niej­sze, naresz­cie jakieś przy­zwo­ite miej­sce do pooglądania.

Tylko że też bar­dzo tury­styczne, nie­stety. Przy­go­to­wany pod bia­łych gringo, któ­rzy mają zosta­wić jak naj­wię­cej pie­nię­dzy, więc trudno było zna­leźć nor­malny sklep, czy jakieś roz­sądne miej­sca z jedze­niem. Przy­je­cha­łem tam jed­nak w jed­nym celu — zoba­czyć pła­sko­wyż Nazca z nieba. I cał­kiem nie­źle mi się to udało.

Podró­żu­jąc ist­nieje jakaś dolna gra­nica pie­nię­dzy, którą trzeba wydać, aby prze­żyć. Jakieś jedze­nie kupić, za noc­leg zapła­cić, zawsze jakieś koszty będą. W przy­padku gór­nej gra­nicy sprawa już wygląda troszkę ina­czej, ona prak­tycz­nie nie ist­nieje. Jeżeli wyczują, że jesteś w sta­nie zapła­cić dużo, to będziesz tyle pła­cić. Część ludzi jest też leniwa i wolą prze­pła­cać niż zawra­cać sobie głowę szu­ka­niem noc­legu, trans­portu, itp. I wła­śnie dla takich osób jest mnó­stwo biur podróży, które ofe­rują oglą­da­nie pra­wie wszyst­kich atrak­cji w kraju — te odda­lone są dodat­kowo obcią­żone kosz­tem trans­portu, jedze­nia i zakwa­te­ro­wa­nia, oczy­wi­ście z odpo­wied­nią marżą.

Moż­liwe jest po przy­lo­cie do Peru, nawet nie­ko­niecz­nie do sto­licy, odwie­dzić jedno biuro podróży i w ramach jego usług odwie­dzić wszyst­kie popu­lar­niej­sze atrak­cje. Ja jed­nak nie po to podró­żo­wa­łem na wła­sną rękę, żeby prze­pła­cać, więc zamiast kupić prze­lot na pła­sko­wy­żem Nazca, ude­rzy­łem pro­sto na lotnisko.

Pła­sko­wyż Nazca to takie miej­sce, gdzie tysiące, albo nawet setki lat temu pry­mi­tywne ludy stwo­rzyły ogromną sieć malo­wi­deł. A dokład­nie zro­bili geo­glify — takie wiel­kie rysunki na ziemi, któ­rych w Peru jest dość sporo. Jed­nak to te na pła­sko­wyżu Nazca są naj­więk­sze, robiące naj­więk­sze wra­że­nie i naj­po­pu­lar­niej­sze. Na tyle, że zbu­do­wano spe­cjalne lot­ni­sko, które obsłu­guje wyłącz­nie loty tury­styczne nad tym rejonem.

Po raz kolejny mia­łem oka­zję prze­le­cieć się samo­lo­tem z mad maxa.

Przy­jeż­dżam więc na lot­ni­sko, ale to wcale nie jest jesz­cze oszu­ka­nie sys­temu i wygra­nie życia. Jak powta­rzał Moody Sza­lo­no­oki, należy zacho­wać stałą czuj­ność. Tak też było na lot­ni­sku, gdzie pierw­sze biuro zapro­po­no­wało cenę więk­szą niż widzia­łem na mie­ście. Ehhhhhhh, musia­łem się wykłó­cać i tar­go­wać, ale osta­tecz­nie cał­kiem nie­źle na tym wysze­dłem. Ponie­waż nie ma zbyt dużo osób chęt­nych, muszą cze­kać aż się uzbiera. Na lot­ni­sku dwie osoby cze­kały już na lot, więc koniecz­nie chcieli sprze­dać dokład­nie taki sam, jak kupili tamci. Udało mi się zejść ze 110$ na 60$, choć nie wiem jak bar­dzo pier­wotna cena była zawy­żona. Z dru­giej strony dziew­czyny, co były z nami w samo­lo­cie pła­ciły po 80$, więc nie czu­łem się aż tak źle.

Do tego zapo­mnia­łem pasz­portu. Mój błąd, zdaję sobie sprawę. Na początku coś się spi­nali o to, ale jak powie­dzia­łem że pier­dolę to lata­nie i wra­cam, to nagle oka­zało się, że da radę bez. Także pozo­stało cze­kać, razem z wspo­mnianą już dwójką ludzi, aż znaj­dzie się ktoś jesz­cze. Powie­dzieli nam 5–10 minut, ale to chyba tylko aby się nas pozbyć jak już zapła­ci­li­śmy, bo prze­cież nikt nie zagwa­ran­tuje, że za 10 minut znajdą się kolejni chętni do podróży.

Sie­dzimy więc sobie w pocze­kalni, oto­czeni tymi wszyst­kimi ludźmi i z nudów patrzymy w tele­wi­zor. Mieli tam pro­gram o pła­sko­wyżu Nazca, zapewne nagrany na VHS w pierw­szych dniach dzia­ła­nia lot­ni­ska i od tam­tej pory nie­prze­rwa­nie każ­dego dnia, każ­dej godziny leci to samo. Pra­cu­jący tam ludzie pew­nie cytują go przez sen i są w sta­nie wyre­cy­to­wać całość o każ­dej porze dnia i nocy. Po mniej wię­cej pół godziny znaj­dują się kolejni chętni i możemy wybie­rać się na samo­lot. Naj­pierw muszą nas zwa­żyć, żeby dobrze roz­ło­żyć masę w samo­lo­cie, dosta­jemy mapę z zazna­czo­nymi po kolei figu­rami, które będziemy podzi­wiać z powie­trza i ogień. W sen­sie, że wsia­damy i lecimy.

Lot tym samo­lo­tem był lep­szy niż rol­ler­co­aster. Po pierw­sze maszyna była nie­wielka, po dru­gie to miała być atrak­cja, a po trze­cie pilot chciał nam poka­zać rysunki z odpo­wied­niej per­spek­tywy. To zna­czy kładł samo­lot na boku, aby przez okno można było zro­bić zdję­cie tego, co jest cen­tral­nie pod nami. Rzu­cało nami na prawo i lewo, samo­lot się kle­ko­tał, szyby się trzę­sły w oknach, w uszach strzela od zmiany ciśnie­nia, z tego wszyst­kiego aż tro­chę się roz­cza­ro­wa­łem jak na koniec nie zro­bił beczki. No i zawio­dłem się po raz kolejny, jak oka­zało się, że na żywo to wygląda o wiele lepiej niż na zdjęciach.

Naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym kształ­tem z pła­sko­wyżu Nasca jest widoczny tutaj koliber.

Jest też sporo kształ­tów geo­me­trycz­nych. Tutaj można sobie zoba­czyć w perspektywie.

Jasz­czurka. Zanim się zorien­to­wano, że ist­nieją tam jakie­kol­wiek malunki, zbu­do­wany drogę, która odcięła jasz­czurce ogon. Obok jest jesz­cze jeden kształt, miej­scowi mówili, że są to dłonie.

Pole­cie­li­śmy też nad pobli­skie akwedukty.

Cusco, Peru

Jazda do Cusco była naj­gor­szą, jaką mia­łem nie­przy­jem­ność odbyć w tym mie­siącu, podróży, życiu. Jakieś 350 km w linii pro­stej, około 16 godzin jazdy busem. Spe­cjal­nie do tak dłu­giej jazdy wybra­łem sobie droż­szego busa, żeby mieć wię­cej miej­sca, kom­fortu i wygody, jed­nak to nie zawsze działa w taki spo­sób. Tylko ten jeden raz nie wzią­łem naj­tań­szego, ale wcale nie był on najlepszy.

Zły też nie był, choć fote­lom daleko było do roz­ło­że­nia na 160 stopni, które z dumą afi­szo­wali w ulot­kach. Jed­nak nie zbyt mało tych stopni mi prze­szka­dzało, lecz zbyt mało Cel­siu­szów. To nie tak, że się nie przy­go­to­wa­łem, bo wzią­łem ze sobą wię­cej ciu­chów i mia­łem ubraną koszulkę ter­miczną, do tego auto­bus lep­szej klasy, myśla­łem więc że star­czy, ale nie.

Fon­tanna z posą­giem władcy Inków Pacha­cuti, a w tle Kate­dra na placu broni w Cusco.

Było zimno, bar­dzo zimno. Na początku to nie, bo wie­czór był cie­pły i byłem jesz­cze na wybrzeżu, ale z cza­sem robiło się coraz zim­niej, a auto­bus wjeż­dżał coraz wyżej i wyżej, bo Cuzco poło­żone jest na ponad 3000 metrów. Sie­dzia­łem sobie przy oknie i pró­bo­wa­łem zasnąć, ale jakoś coś mi się nie uda­wało. Coś mi nie paso­wało, krę­ci­łem się w miej­scu, a w gło­wie koła­tały mi się myśli, że jeden raz zapła­ci­łem wię­cej za kom­fort i nie umiem go wyko­rzy­stać śpiąc jak człowiek.

Sta­ra­łem się jakoś umo­ścić, zna­leźć naj­wy­god­niej­szą pozy­cję, żeby w końcu zasnąć, a robiło się coraz bar­dziej nie­wy­god­nie. Mia­łem wra­że­nie, że wszy­scy tam śpią prócz mnie, a do tego robiło mi się coraz bar­dziej nie­kom­for­towo. Począt­kowo myśla­łem że źró­dłem tego jest moje roz­draż­nie­nie i malutka prze­strzeń w któ­rej spę­dzi­łem ostat­nie godziny, jed­nak przy­pad­kowo otar­łem ręką o szybę i się prze­ra­zi­łem. Tam był szron, a w całym pojeź­dzie było prze­raź­li­wie zimno.

Sta­ra­łem się stwo­rzyć zamkniętą prze­strzeń za pomocą dostar­czo­nego koca, bo to bilet na lep­szą klasę auto­busu był i każdy tam dostał koc i podu­szeczkę. Tylko że ten kocyk był mały, bar­dziej nada­wał się do koły­ski niż dla doro­słych ludzi, ale trzeba było sobie radzić. Udało mi się, chyba dopiero po kilku godzi­nach, tak otu­lić kocem, aby wyeli­mi­no­wać wszel­kie prze­wiewy i wolne prze­strze­nie, a przy oka­zji żeby było wygod­nie i do tego wszystko się utrzy­mało jak zasnę. Udało mi się zła­pać kilka godzin snu.

Jesz­cze w ogóle toa­leta w auto­bu­sie. Jak się tyle godzin jedzie, to nawet mimo przerw być musi, jed­nak sko­rzy­stać z cze­goś takiego to nie taka pro­sta sprawa. Te pocią­gowe to banał w porów­na­niu z tym. W auto­bu­so­wym drga­nia pojazdu mają o wiele więk­szą ampli­tudę i odby­wają się w loso­wych kie­run­kach, a do tego miej­sca tam tyle, co w budzie dla psa. Po całej nocy męki męczy­łem się jesz­cze, żeby sko­rzy­stać z ubi­ka­cji i udało mi się to jakieś dwie minuty przed postojem.

Osta­tecz­nie jed­nak udało się zaje­chać do Cusco. Prze­piękne mia­sto, zupeł­nie odbie­ga­jące od stan­dar­do­wego obrazu miast z połu­dnio­wej Ame­ryki. Było duże i jed­no­cze­śnie ładne, co sta­nowi ewe­ne­ment na mapie. Jak się póź­niej dowie­dzia­łem około 80% lud­no­ści pra­cuje w tury­styce, a tury­stów nowych prze­wija się tysiące, także muszą dbać o swoje inte­resy. Można stam­tąd wyru­szyć do pra­wie każ­dego war­tego zoba­cze­nia punktu tury­stycz­nego, sta­nowi ono bazę wypad­kową do Machu Pic­chu i samo ma wiele do zaofe­ro­wa­nia — pier­wot­nie było sto­licą cywi­li­za­cji Inków.

Za zdję­cia z lamami trzeba było pła­cić, więc robi­łem jak nikt nie widział.

Rzut oka na mia­sto z głów­nego punktu (głowy Pumy), gdzie wcze­śniej stał oka­zały pałac z dopa­so­wa­nych kamieni, ale kon­kwi­sta­do­rzy wybu­rzyli do fun­da­men­tów i zago­nili nie­wol­ni­ków do zbu­do­wa­nia kościoła.

Ide­al­nie dopa­so­wane kamienie

Cusco jest jed­nym z naj­ład­niej­szych miast jakie widzia­łem pod­czas podróży i co zadzi­wia­jące dużym. Prócz hisz­pań­skiego języ­kiem urzę­do­wym jest quechua, mają posągi sta­ro­żyt­nych wład­ców inków, mnó­stwo lokal­nych roślin wraz z ich tra­dy­cyj­nymi zasto­so­wa­niami, a na uli­cach można spo­tkać lamy i alpaki.

Samo mia­sto zaś zostało zbu­do­wane pomię­dzy dwoma rze­kami i pier­wot­nie miało kształt pumy. W ogóle puma to jest słowo z języka quechua podob­nie jak cze­ko­lada. Teraz już znacz­nie się roz­ro­sło i jedy­nie ści­słe cen­trum znaj­duje się w obry­sie pumy. Jeżeli cho­dzi o ory­gi­nalne budowle inków, to rów­nież nie zacho­wało się zbyt wiele. Jak przy­byli Hisz­pa­nie to więk­szość z nich zbu­rzyli i pobu­do­wali kościoły. A raczej kazali nie­wol­ni­kom pobu­do­wać kościoły w daw­nych miej­scach ich rdzen­nego kultu.

Jed­nak kilka nie­wiel­kich rze­czy się zacho­wało. Mię­dzy innymi frag­ment muru, będący kie­dyś ścianą pałacu. I wła­śnie na zdję­ciu można zoba­czyć frag­ment tego muru. Każdy z tych kamieni ma co naj­mniej kil­ka­set kilo­gra­mów, a są dopa­so­wane tak ści­śle, że się nie igły wepchnąć pomię­dzy nie. W dol­nej czę­ści kamieni można zoba­czyć odsta­jąc uchwyty, które uła­twiały ich trans­port. Co bar­dziej impo­nu­jące inko­wie nie dys­po­no­wali żela­zem, więc doko­nali tego wszyst­kiego za pomocą kamien­nych narzędzi.

W Cusco spę­dzi­łem dwie noce, a póź­niej wybra­łem się na sesje lecz­ni­czą z Ayahu­ascą. Napi­sa­łem na ten temat cał­kiem obszerny wpis, więc zain­te­re­so­wa­nych odsy­łam TUTAJ.

Naj­słyn­niej­szy z dopa­so­wa­nych kamieni, bo posia­da­jący naj­wię­cej rogów — aż 12. Każdy dodat­kowy zwięk­szał trud­ność w dopa­so­wa­niu kamie­nia do reszty. A ten jeden kon­kretny jest na butel­kach z lokal­nym piwem — Cusquena.

Suszone baby alpaki. Można sobie kupić i zako­pać na szczę­ście w ogródku. Przy­naj­mniej tak robią miejscowi.

Cusco pier­wot­nie było zbu­do­wane w kształ­cie Pumy, gdzie jej grzbiet i pod­łoże wyzna­czały rzeki, a na gło­wie było wznie­sie­nie z pała­cem władcy.

MACHU PICCHU

Jedna z naj­bar­dziej war­tych zoba­cze­nia rze­czy na świe­cie i naresz­cie udało mi się ją zoba­czyć. Bar­dzo miłe zwień­cze­nie końca podróży. A jak wyglą­dała ta przygoda?

Aby dostać się do Machu Pic­chu naj­pierw należy przy­je­chać do Cusco. Następ­nie stam­tąd możemy spraw­dzić oferty setek biur podróży i wybrać coś dla sie­bie. Naj­bar­dziej wido­wi­skowa i piękna czte­ro­dniowa trasa tre­kin­gowa Inca Trail kosz­tuje kil­ka­set dola­rów, a do tego trzeba ją zabo­oko­wać z kil­ku­mie­sięcz­nym wyprze­dze­niem, gdyż dzienna ilość osób wpusz­cza­nych na trasę jest ogra­ni­czona. Przed przy­jaz­dem myśla­łem, że jest to kolejna ściema, aby wycią­gnąć od tury­stów więk­sze pie­nią­dze za booko­wa­nie przez inter­net, ale oka­zało się prawdą. Pozo­stało poszu­kać innych opcji.

Można zro­bić kil­ku­dniową trasę Inca Sport z jazdą na rowe­rze i dwoma 8 godzin­nymi tre­kami, ale jest to koszt 200$ i w porze desz­czo­wej może nie być naj­przy­jem­niej. Można zro­bić dwu­dniową trasę z dojaz­dem pocią­giem z Cusco, ale jest to naj­droż­szy pociąg na świe­cie w prze­li­cze­niu na km i też wycho­dzi koło 200$. Można zro­bić to samo jadąc auto­bu­sem do miej­sco­wo­ści Hidro­elec­trica i stam­tąd 3 godziny spa­cerku do mia­steczka Machu Pic­chu, w któ­rym i tak trzeba spę­dzić noc nie­za­leż­nie od wyboru trasy, aby móc podejść na Machu Pic­chu wła­ściwe z samego rana.

Tę drogą wjeż­dżały auto­busy z leni­wymi kuta­sami. Ja pra­wil­nie sze­dłem po schodach.

Wcho­dząc za ple­cami cza­iła się na nas góra.

Ponie­waż nie mogłem zro­bić Inca Trail, oraz tro­chę już podró­żuję i zdaję sobie sprawę, że biura podróży pobie­rają pro­wi­zję, posta­no­wi­łem zro­bić to naj­tań­szym spo­so­bem na wła­sną rękę. Kupi­łem jedy­nie bilet na auto­bus do Hidro­elec­trica na godzinę 7 rano. Bo to jest 6 godzin jazdy, więc trzeba wyje­chać wcze­śnie. Także zebra­łem się z samego rana nie prze­czu­wa­jąc jesz­cze, że przede mną 8 godzin wkur­wia­nia się.

Firm jest zbyt dużo, aby każda miała swój śro­dek trans­portu. One po pro­stu sprze­dają z pro­wi­zją miej­sca na auto­busy, które jeż­dżą regu­lar­nie, a to może pro­wa­dzić do wielu pro­ble­mów. Otóż na ten sam auto­bus jedna dziew­czyna miała przyjść pół­tora godziny póź­niej i w inne miej­sce. Także pra­wie dwie godziny sta­łem sobie mar­z­nąc z rana, a następ­nie spę­dzi­łem 6 godzin w busiku, który został dosto­so­wany do tutej­szych ludzi. Czyli dla kur­du­pli. Do tego była to jesz­cze jazda po krę­tych gór­skich żwi­ro­wych dro­gach akom­pa­nio­wana tysią­cami klaksonów.

Po tej podróży byłem wymę­czony bar­dziej niż koń po wester­nie i z rado­ścią patrzy­łem na per­spek­tywę 3 godzin­nego spa­ceru, pod­czas któ­rego roz­pro­stuję nogi i zła­pię tro­chę powie­trza. Wycią­gam więc apa­rat i kata­strofa. Nie chce dzia­łać, a prze­cież cze­ka­jąc na auto­bus robi­łem jesz­cze zdję­cia. Naj­praw­do­po­dob­niej któ­raś z rze­czy wci­śnię­tych w ple­cak wbi­jała się w przy­cisk on apa­ratu i gdy ja cier­pia­łem katu­sze podróży, on się powoli roz­ła­do­wy­wał. Łado­warki ze sobą nie wzią­łem, bo prze­cież nała­do­wa­łem go dzień przed podróżą. O__________o

Na szczę­ście Sokół ma tele­fon z dobrym apa­ra­tem (choć nie umywa się do nor­mal­nego apa­ratu, nie mogłem się wysza­leć arty­stycz­nie, no i nie da rady zro­bić nim time­lap­sów), więc jakieś tam zdję­cia mam.

Dobra, czas na samo Machu Pic­chu. Bramy na dole otwie­rają o 5 rano, szybka kon­trola bile­tów na moście i przed nami 400 metrów wspi­na­nia się po scho­dach, pod­czas gdy w mię­dzy­cza­sie zde­cy­do­wana więk­szość ludzi poko­nuje tę trasę auto­bu­sem za 12$. No, ale dla mnie to byłby wstyd i hańba, więc z zapa­łem poko­ny­wa­łem kolejne stop­nie. Na samej górze oka­zało się, że już kolejka na 15 minut cze­ka­nia jest ustawiona.

Pan tu nie stał!

Tu już na górze, super przy­po­zo­wane zdjęcie.

Jasz­czurka też się jakaś napatoczyła.

Na górze oka­zało się rów­nież, że jedze­nie jest zabro­nione. Z jed­nej strony rozu­miem, bo ludzie to zwie­rzęta, wyrzu­cają śmieci gdzie bądź i gene­ral­nie są hołotą, ale z dru­giej strony wcze­śniej tego nie wie­dzia­łem. A śnia­da­nie w for­mie warzyw i owo­ców mia­łem ze sobą, także musia­łem się tro­chę kitrać żeby zjeść. Następ­nie przy­szedł czas na zwiedzanie.

Po pierw­sze Machu Pic­chu jest ogromne. Prócz głów­nego placu widocz­nego na więk­szo­ści zdjęć, jest też kilka atrak­cji znaj­du­ją­cych się w kil­ku­ki­lo­me­tro­wych odle­gło­ściach i jest rów­nież góra, na którą należy się wspiąć kolejne 800 metrów. Po scho­dach. Licząc od samego dołu to tak jakby się wspiąć na około 400 pię­tro. Bilet wstępu wraz z wej­ściem na górę kupi­łem parę dni wcze­śniej (nie można kupić ich przy wej­ściu), w dodatku jak mogłem tu przy­je­chać i nie obejść wszyst­kiego? Całe zwie­dza­nie zajęło około 9 godzin, z czego ponad 6 i pół to było cho­dze­nie, głów­nie po schodach.

Tak męczą­cego jed­no­dnio­wego treka nie mia­łem jesz­cze nigdy w swoim życiu, pisząc te słowa bolą mnie nie tylko uda i łydki, ale więk­szość mię­śni które mam. Na szczę­ście za chwilkę wycho­dzę na trzy­go­dzinną podróż powrotną do busa, a potem 6 godzin upy­cha­nia się tam bez tlenu, więc sobie tro­chę odpocznę.

Nie mniej jed­nak było warto. Jest to naj­lep­sza atrak­cja Ame­ryki Połu­dnio­wej i nie bez powodu otrzy­mała ten tytuł. Ogromne, prze­piękne, impo­nu­jące, zbu­do­wane z roz­ma­chem mia­steczko cywi­li­za­cji Inków w samym sercu gór. Jedy­nym pro­ble­mem była ogromna ilość tury­stów, ale na to już się nic nie pora­dzi. Na szczę­ście więk­szość z nich spę­dzała czas tam, gdzie można się było dostać bez naj­mniej­szego wysiłku.

Wrzu­cam zdję­cie z siatką z bie­dronki. Bo mogę i mnie bawi. No i bar­dzo lubię bie­dronkę, nawet pisa­łem o tym kie­dyś na blogu — Moje ulu­bione pro­dukty z bie­dronki.

Fabu­lous.

Tutaj widok z góry Machu Pic­chu, trzeba było się wspiąć jesz­cze kil­ka­set metrów wyżej, a samo mia­sto widać w oddali.

Ostatni rzut oka i prze­cho­dzimy dalej.

RAINBOW MOUNTAIN

Jestem pod ogrom­nym wra­że­niem samego sie­bie ile ostat­nio tre­kuję. Jakby to wszystko pod­li­czyć, to wyszłoby ze 150 km mar­szem po górach w prze­ciągu trzech tygo­dni. Nie­stety są to tylko orien­ta­cyjne wyniki, bo nie za każ­dym razem pamię­tam o endo­mondo, mam zasięg na GPSie, lub bate­rię na telefonie.

Zresztą pie­sze wycieczki to jedna z naj­prost­szych i naj­tań­szych atrak­cji, płaci się za trans­port, cza­sem za bilet wstępu, a oprócz tego się idzie. I podzi­wia. Choć dla mnie te widoki nie są aż tak wspa­niałe, zapewne ktoś lubiący góry bar­dziej by je doce­nił. Lubię jed­nak tę satys­fak­cję gdy zaj­dzie się na sam koniec, a do tego jak można sobie zro­bić dobre zdję­cie to już w ogóle jestem zachwycony.

I nawet cza­sem się zda­rza, że przez chwilę zapo­mi­nam o obo­la­łych nogach, zim­nie, wie­trze, czy braku tlenu na wyso­ko­ściach około 5000 metrów. Choć nigdy nie zapo­mi­nam o auto­bu­sach. Bo to trzeba doje­chać naj­pierw w góry zanim się wyru­szy, co spra­wia że spę­dzi­łem przy tych tre­kach dodat­ko­wych kil­ka­dzie­siąt godzin. Parę dni temu pisa­łem o wycieczce na Machu Pic­chu i wspo­mnia­łem jak to kie­rowca wyje­chał pra­wie dwie godziny po cza­sie. Nie ina­czej było pod­czas wycieczki na Rain­bow Mountain.

To jest daleko, więc trzeba wyje­chać z samego rana, aby móc przejść w ład­nej pogo­dzie i wyje­chać przed zacho­dem słońca. Zazwy­czaj wyjazd jest o 3 nad ranem, ale udało mi się zna­leźć firmę, która zabie­rze nas z placu nie­da­leko hostelu o 3.30. Pół godziny snu zawsze spoko, szcze­gól­nie że w tych dosto­so­wa­nych do miej­sco­wych pig­me­jów środ­kach trans­portu spać się raczej nie da. Pełen scep­ty­zmu obu­dzi­łem się o godzi­nie, o któ­rej czę­ściej cho­dzę spać niż się budzę i jakie było moje zasko­cze­nie, gdy auto­bus już cze­kał na nas.

Oczami wyobraźni sze­dłem po dywa­nie z płat­ków czer­wo­nych róż, kie­rowca auto­busu kla­skał i w ogóle było wspa­niale. Pakuję się na sie­dze­nie, parę ludzi już jest w środku i odjeż­dżamy zebrać jesz­cze kilka osób. Myśli­cie, że dalej poszło tak spraw­nie? Nic bar­dziej myl­nego. Kie­rowca błą­dził po mie­ście, jeź­dził z jed­nego końca na drugi, wydzwa­niał do ludzi, miał jakieś pro­blemy z ich zebra­niem i osta­tecz­nie koło 5 rano po raz kolejny prze­je­chał koło naszego hostelu. Wie­cie jak bar­dzo byłem zadowolony?

Wcale.

Bo to wymy­ślili sobie, że wpro­wa­dzą euro­pej­skie, wyso­kie stan­dardy spe­cjal­nie dla zagra­nicz­nych gości i zamiast umó­wić się ze wszyst­kimi na jedną godzinę w cen­trum mia­sta, to wolą robić sobie co naj­mniej godzinkę dodat­ko­wego tour­née po mie­ście. Pomy­ślunku tutaj zero, prze­cież to dla kie­row­ców i orga­ni­za­to­rów też jest pro­blem, szcze­gól­nie jak coś nie zagra, tak jak to miało miej­sce dziś.

Ponie­waż jed­nak byli­śmy naj­bar­dziej spóź­nioną grupą na szczy­cie góry nie było nikogo innego i w spo­koju oraz samot­no­ści udało się zro­bić kolejne epic­kie foto.

Tutaj mamy kak­tusy, które wcale nie są białe — po pro­stu łapią sierść alpak i ona się na nich zbiera.

Tutaj można zauwa­żyć w szer­szej per­spek­ty­wie jak to wygląda.

Alpaki tam były prak­tycz­nie wszę­dzie, ale te gór­skie strasz­nie płochliwe.

Jak można coś takiego w ogóle zbudować?

Góry, konie, alpaki.

Tutaj z góry widok na stado alpak.

No i epic­kie foto numer dwa.

Sło­wiań­ski przy­kuc, wiadomo.

Jakieś lodowce wokoło.

Kra­jo­braz z jesz­cze innej strony.

Wspa­niale przypozowałem.

Nie był­bym sobą, gdy­bym nie poka­zał wam jak to wygląda z nie­tu­ry­stycz­nej perspektywy.

Jezioro Titi­caca, Peru/Boliwia

To takie duże jezioro poło­żone bar­dzo wysoko, o któ­rym nawet pamię­ta­łem ze szkol­nej geo­gra­fii. Cał­kiem nie­da­leko od Cusco, bo tylko jakieś 8 godzin jazdy, a nawet mniej jeżeli zatrzy­mać się po stro­nie Peru w miej­sco­wo­ści Puno. Uzna­łem jed­nak, że lepiej omi­nąć to miej­sce gdyż po pierw­sze auto­bus jedzie zbyt krótko, więc nocny by odpadł, po dru­gie zało­ży­łem że po stro­nie Boli­wii zapewne będzie wszystko wyglą­dać prak­tycz­nie tak samo, a po trze­cie i tak mia­łem samo­lot z Limy i trzeba będzie wra­cać, więc lepiej zosta­wić sobie nie­odwie­dzone miej­sca po dro­dze. Oczy­wi­ście bilet na bus kupi­łem bez­po­śred­nio na dworcu, żeby nie dać pośred­ni­kom zaro­bić, wie­czo­rem pod­je­cha­łem tak­sówką na dwo­rzec i tym wsia­dłem do auto­busu mając nadzieję na podróż bez przygód.

Ta bez przy­gód. Na dworcu wymie­ni­łem kupione bilety, na bilety wła­ściwe, bo coś im nie dzia­łał sys­tem rano i nie mogli zro­bić nor­mal­nych. No ok, takie rze­czy się zda­rzają, to nie był spe­cjalny pro­blem. Oka­zało się jed­nak, że jak już napra­wili co trzeba, to nie udało im się zna­leźć dwóch miejsc wol­nych przez całą trasę, gdzie mogli­by­śmy sie­dzieć, więc dosta­li­śmy osobne bilety na prze­jazd do wyżej wspo­mnia­nego Puno, a z Puno do Copa­ca­bany kolejne. Oka­zało się, że mie­li­śmy naj­wy­god­niej­sze miej­sce, gdzie przed nami były tylko schody i dzięki temu mnó­stwo miej­sca na nogi. Raz się w ogóle nabra­łem na miej­sca na samym końcu myśląc że tam można bez prze­szkód w opór roz­ło­żyć fotele, ale ściana była za bli­sko i całą noc spę­dzi­łem w pozy­cji sie­dzą­cej. A drugą część podróży dosta­li­śmy klasę wyżej, bo już nie było miejsc w tań­szych i musieli nas gdzieś upchnąć, także byłem naprawdę pozy­tyw­nie zasko­czony i mia­łem nadzieję, że choć raz nic przy­krego się nie zdarzy.

Oczy­wi­stym jest, że zda­rzyło się. Po pierw­sze to w Puno była pełna reor­ga­ni­za­cja auto­busu i w ramach tego musie­li­śmy opu­ścić pojazd na dwie godziny. Działo się to koło 4–5 rano, więc przy oka­zji na dwo­rze było strasz­nie zimno, a musie­li­śmy tam cze­kać pra­wie dwie godziny. Bo nie można zostać w busie, bo nie. Oni tam muszą posprzą­tać i ogar­nąć. Oczy­wi­ście tej infor­ma­cji nie udzie­liła Pani sprze­da­jąc bilety, no ale co zro­bić, trzeba cze­kać. Tak się też zło­żyło, że musia­łem sko­czyć do ubi­ka­cji. Na szczę­ście to dwo­rzec auto­bu­sowy, może nie za wielki, ale za to życie tętni tam 24h więc nie trudno było zna­leźć taki punkt. Pod­cho­dzę, kupuję bilet i chcę wcho­dzić, ale Pan krzy­czy, że to nie tutaj. Mimo że napis WC na drzwiach, to kie­ruje mnie pię­tro wyżej. No to idę i fakt na górze także są drzwi z napi­sem WC, może te będą odpo­wied­niej­sze. Przed wej­ściem inny czło­wiek spraw­dza dokład­nie czy mam ory­gi­nalny bile­cik do kibla, czy przy­pad­kiem sam sobie nie nary­so­wa­łem, a jak już go zwe­ry­fi­ko­wał, to kolejny czło­wiek odli­cza 3 listki papieru.

Nie dość, że jak w PRLu, to jesz­cze 4 osoby zaan­ga­żo­wane żeby się wysrać.

Myśli­cie, że to koniec przy­gód w podróży? Nic bar­dziej myl­nego. Na drugą część podróży nie było już miejsc w tań­szej kla­sie, bo całość była zajęta przez szkolną wycieczkę. Dzieci wyje­chały z Puno i zabrały się za gra­nicę do Boli­wii. Całe szczę­ście, że prze­nie­śli nas do wyż­szej klasy, czyli w kon­se­kwen­cji sie­dzie­li­śmy na dole auto­busu, bo podróż wśród tych dzieci byłaby gor­sza niż w wago­nach cyr­ko­wych. Pomimo dwóch par zamknię­tych drzwi sły­sza­łem te zwie­rzęce ryki, no ale dzie­ciń­stwo musi się wysza­leć, a co waż­niej­sze ja byłem od tego daleko.

Dojeż­dżamy do gra­nicy i tam oczy­wi­ście dzieci też muszą mieć jakieś pro­blemy. Bo dla urzędu emi­gra­cyj­nego trzeba dodat­kowo wypeł­nić kar­teczkę swo­imi danymi, także wie­cie, poważna sprawa. No i fak­tycz­nie był pro­blem na gra­nicy z tymi dziećmi, a do tego w ogóle z gra­ni­cami. Zgod­nie ze wszyst­kimi pra­wi­dłami życia na tym świe­cie, jeśli przej­ście gra­niczne jest nie­wiel­kie, to kilka auto­bu­sów zjeż­dża się naraz. Jed­nak jakoś to poszło zno­śnie, póź­niej musie­li­śmy cze­kać chyba z pół godziny aż nas wpusz­czą z powro­tem do środka.

Oka­zało się, że wpu­ścili nas tylko po to, żeby auto­bus mógł odje­chać kil­ka­set metrów. Bo jedno z dzieci nie wpa­dło na pomysł (jego rodzice rów­nież, a nauczy­cielce nie przy­szło do głowy, żeby to spraw­dzić), aby wziąć ze sobą pasz­port, jak się pla­nuje prze­kro­czyć gra­nicę. Więc zamiast prze­kra­czać gra­nicę jakieś 45 minut sta­li­śmy tam pra­wie 3 godziny.

Sta­li­śmy 3 godziny na gra­nicy, a miej­sce doce­lowe było tuż za gra­nicą, 5 km dalej.

Miej­sco­wość nazy­wała się Copa­ca­bana, a jej jedyną atrak­cją było jezioro i moż­li­wość wybra­nia się na wycieczkę na wyspę nie­opo­dal. Po krót­kim spraw­dze­niu na inter­ne­cie oka­zało się, że jest tam nie­zbyt atrak­cyj­nie i przede wszyst­kim chcą wycią­gnąć jak naj­wię­cej tury­stów z pie­nię­dzy. Albo pie­nię­dzy z tury­stów. Omi­ną­łem więc i szyb­ciutko ude­rzy­łem do sto­licy Boli­wii, bo chcia­łem tam zro­bić jedną rzecz.

Jezioro ma pra­wie 9 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, zoba­czyć dru­giego brzegu się nie da.

Jakaś kaplica na oko­licz­nym wzgó­rzu była.

Bar­dzo cie­ka­wie wyglą­dało pod­czas zachodu słońca — już dawno słońce było zasło­nięte górami, jed­nak cią­gle roz­świe­tlało chmury.

Kolejna fotka.

Lecimy tutaj

La Paz, Bolivia

Naj­obrzy­dliw­sze mia­sto w jakim byłem, jedy­nie sto­lica Hon­du­rasu — Tegu­ci­galpa mogłaby kon­ku­ro­wać w tej kate­go­rii. W sumie to nie wiem już sam, z każ­dego sta­ra­łem się jak naj­szyb­ciej uciec. W każ­dym razie obrzy­dliwe. Naj­pierw trzeba było tam zaje­chać, co też nie było pro­stą sprawą. Tzn. zna­le­zie­nie trans­portu tak, prze­ży­cie go już tro­chę mniej.

Takie zwy­czajne busiki dla miej­sco­wych odjeż­dżały co kil­ka­na­ście minut i upy­chali ludzi aż po gra­nice moż­li­wo­ści. Tym gorzej, że jako euro­pej­czycy nasz wzrost to było co naj­mniej 10 cm wię­cej od ich śred­niej, więc i miej­sca o wiele mniej. Do tego jesz­cze na takim krze­sełku z opar­ciem się­ga­ją­cym 20 cm powy­żej krze­sełka. Po pew­nym cza­sie musie­li­śmy prze­kro­czyć jezioro — kazali wysiąść wszyst­kim, prze­nieść się na łódkę, a w mię­dzy­cza­sie auto­bus pły­nął barką na drugi brzeg. Następ­nie kolejne kilka godzin podróży, z czego ostat­nie dwie po obrze­żach sto­licy, które wyglą­dały okropnie.

Udało się jed­nak doje­chać, udało się tra­fić do hostelu zna­le­zio­nego na tri­pa­dvi­sor, oraz udało się zor­ga­ni­zo­wać atrak­cję, którą bar­dzo chcia­łem przeżyć.

Prze­ży­łem DEATH ROAD

W sumie nie ma w tym nic zadzi­wia­ją­cego, ale bawił mnie fakt posia­da­nia przez ludzi koszulki z takim napi­sem. Ale po kolei — death road to trasa rowe­rowa nie­da­leko sto­licy Boli­wii — La Paz. W wol­nym tłu­ma­cze­niu ścieżka śmierci i podobno jest jedną z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych na świe­cie. Około 60 km zjazdu, pierw­sza połowa po beto­nie wzdłuż drogi, druga po żwi­rze, rów­nież wzdłuż drogi, a pod­czas cało­ści zjeż­dża się łącz­nie o jakieś 3500 metrów w dół.

Jeżeli się nie sza­leje za bar­dzo i prze­strzega pod­sta­wo­wych zasad bez­pie­czeń­stwa, to trasa wcale nie była taka straszna. Choć fak­tem jest, że z jed­nej strony przez więk­szość czasu jest kil­ku­set­me­trowa skarpa jedzie się po żwi­rze z dużą ilo­ścią więk­szych kamieni. Także jeżeli nie sza­leje się za bar­dzo pod­czas jazdy dając wyraz ułań­skiej fan­ta­zji, to nic nie powinno się stać. Chyba że nawali sprzęt, bo jak pęk­nie opona przed zakrę­tem to już nic nie zrobisz.

Dla­tego też wybra­łem firmę, która szła na jakość, a nie ilość. Oczy­wi­ście trzeba było za to wię­cej zapła­cić (łączny koszt po utar­go­wa­niu 8% zniżki to było około 100$), ale byli­śmy w 6 oso­bo­wej gru­pie, z pro­fe­sjo­nal­nym prze­wod­ni­kiem, który naprawdę umiał mówić po angiel­sku, no i mie­li­śmy naprawdę dobre rowery. Ja to nie jestem spe­cjal­nym fanem, ani nigdy nie mia­łem nawet dobrego roweru, ale dało się wyczuć że jest to kon­kretny sprzęt, kon­ser­wo­wany i zadbany. Wspo­mi­nali że każdy rower kosz­tuje około 3000$ i tak mogło fak­tycz­nie być.

Zresztą wszystko było zaska­ku­jąco bar­dzo pro­fe­sjo­nalne. Jechało z nami dwóch przewodników-mechaników, a za nami busik gdzie można było zosta­wić rze­czy, a także mieli zestaw do naprawy rowe­rów, jak rów­nież zapa­sowe. Oczy­wi­ście naj­pierw musie­li­śmy kilka godzin z La Paz prze­je­chać tym busi­kiem, ale to już się nawet nie chce iry­to­wać. Po prze­je­cha­niu cało­ści mie­li­śmy jesz­cze zor­ga­ni­zo­wany obia­dek (cał­kiem ujdzie) w miej­scu gdzie można wziąć prysz­nic. A jak sam zjazd?

Nie bez powodu nazywa się to drogą śmierci, bo fak­tycz­nie parę osób rocz­nie tam ginie. No ale prze­cież nie będzie to powód do zamknię­cia takiej atrak­cji, prze­cież to kura zno­sząca złote jaja. A takie infor­ma­cje wręcz przy­cią­gają ludzi do tego miej­sca. No i prze­cież wia­domo, że mi się to nie przy­trafi, szcze­gól­nie że jecha­łem na przy­zwo­itym rowerku.

No i się nie zda­rzyło, choć wypie­przy­łem się dość konkretnie.

Bo wie­cie nie wszyst­kie odcinki były tam nie­bez­pieczne, a prze­cież nie po to tam posze­dłem, żeby jechać wolno. Albo żeby mnie ktoś wyprze­dzał. Jak był brzeg bez barie­rek, wąski prze­jazd, jechał samo­chód z naprze­ciwka, czy po dro­dze błą­kały się kury, to wybie­ra­łem opcję bez­pieczną. Zresztą nie ma się co tłu­ma­czyć z chęci zacho­wa­nia życia. W innych przy­pad­kach pra­co­wa­łem na rekord pręd­ko­ści na endo­mondo.

Napi­sa­nie, że kon­kret­nie się prze­wró­ci­łem to za dużo powie­dziane, bo ani nie mia­łem jakiejś ogrom­nej pręd­ko­ści, ani nie obtar­łem się jakoś szcze­gól­nie, część impetu przy­jęły ochra­nia­cze, ale za to nabi­łem sobie siniaka na pół uda, pro­ściutko w mię­sień. Na początku byłem w szoku i tak bar­dzo nie bolało, ale następ­nego dnia pół uda sine i cho­dze­nie to nie jest taka pro­sta sprawa. Tzn. da się, tylko boli.

Popeł­ni­łem błąd, bo nie dość że nawierzch­nia była mokra od nie­wiel­kiego wodo­spadu, to jesz­cze chcia­łem wejść w zakręt dri­ftem tyl­nego koła, no i prze­li­czy­łem się tro­chę. Teraz już wiem żeby tak nie robić, choć zapewne nigdy nie zostanę zapa­lo­nym cykli­stą. W każdy razie nie ostu­dziło to mojego entu­zja­zmu i udało mi się osią­gnąć 55 km/h. Bawi­łem się tam naprawdę nie­źle i ser­decz­nie pole­cam się prze­je­chać i spró­bo­wać przetrwać.

Pogań­skie rytu­ały mające zacho­wać nas przy życiu i zdrowiu.

Bar­dzo miło się zjeżdżało.

Jak widać droga była uży­wana nie tylko przez rowerzystów.

Ale są spe­cjalne znaki, żeby kie­rowcy baczyli na rowerzystów.

Po dro­dze asfal­to­wej przy­szła pora na praw­dziwy Death Rode

Każdy musiał przy­po­zo­wać do takiego stan­dar­do­wego zdjęcia.

Tutaj można zoba­czyć stro­mość skarpy.

Wygląda pra­wie jak­bym jechał szybko.

Co dalej?

Podróż zaczęła się zbli­żać ku koń­cowi, zostało kil­ka­na­ście dni aby wró­cić 1500 km do Limy na samo­lot. A w Boli­wii znaj­dują się dwie rze­czy, które warto byłoby zoba­czyć — ślady dino­zau­rów, oraz pusty­nia solna. Pro­ble­ma­tyczny był za to trans­port, jego godziny i ceny, więc nie­stety musie­li­śmy zre­zy­gno­wać z tych atrak­cji. Pozo­staje mieć nadzieję, że jesz­cze kie­dyś wrócę zoba­czyć omi­nięte rzeczy.

Na dworcu kole­jo­wym zapro­jek­to­wa­nym przez Eif­fela (tego samego co od wieży w Paryżu) mia­łem przy­jem­ność prze­ko­nać się jak wyglą­dają prze­jazdy i w jakich godzi­nach się odby­wają. Raz udało mi się nawet wytar­go­wać prze­jazd za połowę ceny, ale to tylko dla­tego, że wcale nie chcia­łem tam jechać, a Pani naga­bu­jąca bar­dzo chciała żebym tam poje­chał. Osta­tecz­nie udało się zaku­pić bilet na nocny auto­bus do Are­qu­ipy, który wyjeż­dżał w połu­dnie. Coś koło 17 godzin jechał, a dokład­niej to były 3 auto­busy, bo 2 razy trzeba było się prze­siąść — za pierw­szym razem w Copa­ca­ba­nie, a drugi raz w Puno, czyli po dwóch stro­nach gra­nicy nad jezio­rem Titicaca.

Pozo­stało zaopa­trzyć się w suchy pro­wiant i wyjeż­dżać z Boliwii.

Are­qu­ipa, Peru

Powrót do Peru parę dni wcze­śniej zamiast sza­leń­czych noc­nych jazd busami był bar­dzo roz­sąd­nym pomy­słem. Już nawet abs­tra­hu­jąc od tych zaosz­czę­dzo­nych pie­nię­dzy i od ostat­nich dni wyjazdu spę­dzo­nych na odda­wa­niu się leni­stwu i chło­nię­ciu słońca, zamiast na peł­nych obro­tach był jesz­cze jeden ważny argu­ment. Jeżeli w ści­śle opra­co­wa­nym łań­cu­chu przyjazdów-odjazdów zna­la­złoby się felerne ogniwo, nie wyro­bił­bym na samo­lot, a on raczej by na mnie nie czekał.

Na szczę­ście została jesz­cze nie­odwie­dzona miej­sco­wość po dro­dze, a do tego mieli tam atrak­cję tury­styczną — naj­głęb­szy kanał na świe­cie Kanał Colca. Naj­pierw jed­nak parę słów o Are­qu­ipie. Cał­kiem spore mia­steczko i zadzi­wia­jąco ładne, a przy­naj­mniej jego cen­tralna część. Aku­rat zbli­żały się już święta, więc mogłem podzi­wiać szopkę bożo­na­ro­dze­niową w krót­kich spoden­kach. Posze­dłem też na free wal­king tour — w ogóle kilka razy byłem na takich i w więk­szo­ści są one godne pole­ce­nia. Tak też było i tutaj, wyjąt­kowo atrak­cyjna Pani prze­wod­nik pro­wa­dziła nas po naj­słyn­niej­szych i naj­bar­dziej war­tych pozna­nia miejscach.

Are­qu­ipa jest miej­scem mie­sza­nia się kul­tur, w któ­rych można zoba­czyć koeg­zy­stu­jące motywy Inków i chrze­ści­jań­skie. Tak przy­naj­mniej mówiła Pani prze­wod­nik poka­zu­jąc nam frag­menty rzeź­bień, które miały być tra­dy­cyj­nymi sym­bo­lami Inków na fasa­dach kościo­łów. Do tego posta­no­wili sobie zro­bić swoj­ską wer­sję Ostat­niej Wie­cze­rzy i zro­bili. Tzn. zga­dza się tam tylko to, że Jezus z apo­sto­łami spo­żywa wie­cze­rzę, bo kom­po­zy­cja, kolo­ry­styka, sym­bo­lika i w ogóle wszystko jest inne. A takim naj­bar­dziej swoj­skim akcen­tem cało­ści jest Jezus jedzący tra­dy­cyjne lokalne danie — pie­czoną świnkę morską.

Are­qu­ipa bar­dzo pozy­tyw­nie — ładny ryne­czek, boczne uliczki, nad wszyst­kim ogromny wul­kan. W ramach zwie­dza­nia mia­sta dowie­dzia­łem się rów­nież gdzie jest naj­więk­sze tar­go­wi­sko w mie­ście i o tym, że Dona Rosa sprze­daje tam od 40 lat ręcz­nie robione lody o smaku koko­so­wym. Nazy­wają je lodami sero­wymi, bo wyglą­dem tro­chę przy­po­mi­nają ser, ale są koko­sowe i sma­kują obłęd­nie. W takiej wiel­kiej meta­lo­wej misce jest masa na lody, a ta miska jest w jesz­cze więk­szej, kamion­ko­wej i wypeł­nio­nej lodem. Pani kręci mniej­szą miską i szpa­chelką nakłada na jed­no­ra­zowe tacki.

Cho­inka w środku lata.

Nie widać jej tutaj zbyt dobrze. W ogóle to w Cusco też mieli swoją wer­sję, też ze świnką, ale inną. Stam­tąd mnie nie­stety wyrzu­cili, bo to nie do oglą­da­nia przez tury­stów, tylko do modle­nia się.

Tutaj jakieś coś ładne.

To ten budy­nek, gdzie się prze­pla­tają się motywy róż­nych kultur.

Widok na plac tar­gowy z balkonu.

Dona Rosa kręci loda.

Kanion Colca

Wróćmy do naszej atrak­cji. Można było wybrać kilka warian­tów wycieczki — jedno, dwu lub trzy­dniowa. Jed­no­dniowa ozna­czała kil­ka­na­ście godzin w auto­bu­sie, trzy­dniowa ozna­cza­łoby zbyt długą wege­ta­cję z dala od namiastki cywi­li­za­cji. Łącz­nie do przej­ścia było kil­ka­na­ście kilo­me­trów, więc nie było sensu tego roz­kła­dać na trzy dni. Całe szczę­ście że dosze­dłem do takiego wnio­sku, bo nawet na dwa dni to było niewiele.

Główną atrak­cją była moż­li­wość zoba­cze­nia kon­do­rów, jeden punkt wido­kowy nazy­wał się Cruz del Con­dor. Nie ma nie­stety gwa­ran­cji na ich zoba­cze­nie, jed­nak żeby przy­cią­gnąć klien­tów każde biuro podróży powie, że to pra­wie pewne, a ich gabloty zdo­bić będą zdję­cia całych stad przy­la­tu­ją­cych tłum­nie popa­trzeć na tury­stów ze sta­rego kon­ty­nentu. Nasz prze­wod­nik zapy­tany o kon­dory popa­trzył w niebo, pośli­nił i wysta­wił palec do wia­tru, a potem orzekł, że jest około 80% szans że zoba­czymy. Rów­nie dobrze mógłby powie­dzieć, że jest 50%, albo zoba­czymy, albo nie.

W każ­dym razie nie widzia­łem kon­dora. Główna atrak­cja całej tej wyprawy nie prze­le­ciała mi przed oczami i pozo­stało moje ulu­bione — łaże­nie. No to sze­dłem, naj­pierw do mostu, a potem do jakiejś miej­sco­wo­ści na dnia kanionu, gdzie mie­li­śmy dostać obiad. I fak­tycz­nie, dosta­li­śmy coś, ale obia­dem bym tego nie nazwał. Ja rozu­miem, że chcą zaro­bić na tury­stach, oszczę­dzać na jedze­niu i jed­no­cze­śnie w fol­de­rze wpi­sać, że wycieczka zawiera pełne wyży­wie­nie, no ale tro­chę wstydu by wypa­dało mieć.

Zresztą śnia­da­nie z tego wyjazdu też wyglą­dało bar­dzo mar­nie — jedna bułka i troszkę dżemu, ale obiad prze­bił wszystko. Torebka ryżu podzie­lona na 3 osoby, łyżka sto­łowa gula­szu, a do tego pla­ste­rek pomi­dora i awo­kado. Pla­sterki chyba cięte lase­rowo, bo tak cien­kie, że aż prze­świ­ty­wały. Po tym rege­ne­ru­ją­cym posiłku pozo­stało jesz­cze 4 godziny mar­szu, aby dostać się na miej­sce noc­le­gowe. Bar­dzo ład­nie tam było, taka oaza, parę budy­necz­ków posta­wione, basen, a miesz­ka­li­śmy w chat­kach z gówna. Takie lepianki z słomy, paty­ków i ciem­nej brei.

Był jed­nak jeden wspa­niały plus tego miej­sca i ogól­nie całej wycieczki tam. Z dala od cywi­li­za­cji, zanie­czysz­cze­nia powie­trza, a także zanie­czysz­cze­nie świetl­nego można było podzi­wiać nocne niebo. I wyglą­dało tak, jak przed­sta­wiają je w baj­kach Disneya — ogromna ilość gwiazd. Nie byłem w sta­nie uwie­rzyć, że niebo w swoim natu­ral­nym sta­nie może wyglą­dać tak, jak tylko widuje się w baj­kach. Nie­stety nie udało mi się zro­bić przy­zwo­itego zdjęcia.

Cruz del Condor

Tutaj z bli­ska. Kon­do­rów brak.

Kak­tus i droga.

Mia­steczko na dnie kanionu, gdzie spę­dzi­li­śmy noc.

Base­nik, palemki, brak inter­netu, domki z gówna, totalny chill.

Widok po wspię­ciu się z powro­tem na górę kanionu.

 

Para­cas, Peru

Ostat­nia miej­sco­wość przed odlo­tem do Pol­ski. Na sam koniec miała być plaża, cie­pło, odpo­czy­nek, no i w sumie tak było. Małe nad­mor­skie mia­steczko, można obejść całe w kil­ka­na­ście minut, w każ­dym miej­scu ser­wują owoce morza i mają tuż obok park naro­dowy, z bar­dzo znaną atrak­cją — wyspy Bal­le­stas, zwane też Gala­pa­go­sem dla bie­da­ków. W sam raz dla mnie.

Oczy­wi­ście jak to bywa w takich miej­scach gdzie jest tylko jedna atrak­cja, każdy pró­bo­wał nam wci­snąć tę wycieczkę, a wszel­kie roz­mowy pomię­dzy miej­sco­wymi, a tury­stami toczyły się na jej temat. Osza­lał­bym, gdy­bym musiał być takim miej­sco­wym i każdy pytałby mnie dokład­nie o to samo. W każ­dym razie wycieczka.

Naj­pierw był pół­to­ra­go­dzinny rejs łódką naokoło wspo­mnia­nych wysp. Znaj­dują się one w nie­wiel­kim odda­le­niu od lądu, a ich ukształ­to­wa­nie, oraz warunki nie­zbyt sprzy­jają kolo­ni­za­cji. Kolo­ni­za­cji ludzi oczy­wi­ście, bo ptaki tam sobie dosko­nale radzą. Nie tylko są ich miliony, ale jesz­cze znaj­dują się tam pin­gwiny. Do tego żyje jesz­cze tro­chę fot, lwów mor­skich, a cała wyspa wygląda jak jedno wiel­kie gówno. I tak też pach­nie, w końcu te miliony pta­ków muszą się gdzieś wypróż­niać. Jest to na tyle cenny kru­szec, że raz do roku przy­pły­wają spe­cjalną łodzią ludzie z łopa­tami i pakują to łajno na kom­post, czy co tam potrzebują.

Po wyspie poje­cha­li­śmy zoba­czyć park naro­dowy, który był wysu­szoną for­ma­cją kamienną z odci­śnię­tymi amo­ni­tami, a następ­nie zatrzy­ma­li­śmy się na chwilkę na plaży. Wyspy naprawdę ładne, cała reszta już chyba tylko po to, żeby dodat­kowe pie­nią­dze wycią­gnąć od tury­stów dając im cokolwiek.

Na począ­tek zdję­cie z łódki.

Kolejny geo­gliif , tutaj na wyspie ktoś sobie nama­lo­wał kaktus.

To były kamienne wysepki pełne ptaków.

To czarne na wyspie to są ptaki.

Punkt zała­dunku gówna.

Na żywo robiło o wiele więk­sze wrażenie.

Foczki

Nie krzywo tylko artystycznie.

Tutaj wię­cej foczek.

Lima, Peru

Powrót do sto­licy, znów tylko na chwilkę. Spę­dzi­li­śmy dwa dni w hostelu ze zna­jo­mym, który pra­co­wał z nami w Man­co­rze, wie­czo­rem poje­cha­li­śmy na lot­ni­sko, by za 24h wylą­do­wać w Ham­burgu (lot miał 2 prze­siadki, a do tego jesz­cze strefa cza­sowa się zmie­nia). Wsia­da­jąc do samo­lotu na zewnątrz było troszkę poni­żej 30 stopni, jak wylą­do­wa­łem to było pra­wie 10 na minusie.

Naresz­cie, udało mi się dopi­sać wszystko zwią­zane z podróżą i wró­cić do nor­mal­nego blogowania.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.