Kostaryka — Co mnie tam zaskoczyło

Przede wszyst­kim to, gdzie ten kraj się znaj­duje. No, ale nie będziemy fol­go­wać tutaj moim ewi­dent­nym bra­kom z geo­gra­fii, bo wiki­pe­dię czy mapę może sobie otwo­rzyć każdy, kto ma taką chęć czy potrzebę. A że ja wcze­śniej nie mia­łem to nie jest powód, żeby kopio­wać ogól­no­do­stępne informacje.

Atrak­cje turystyczne

Od samego początku mi się spodo­bało, bo w porów­na­niu z Domi­ni­kaną, nikt mnie nie chciał tutaj oszu­kać. Oczy­wi­ście na lot­ni­sku były tak­sówki, ale od razu dowie­dzia­łem się gdzie przy­sta­nek auto­bu­sowy i jak doje­chać dalej. W cen­trum mia­sta poli­cjant zain­te­re­so­wał się moim losem tak bar­dzo, że połą­czył się z inter­ne­tem, spraw­dził gdzie jest mój hostel i podał mi wszyst­kie instruk­cje jak tam dojechać.

Była wspa­niała pogoda i pra­wie nie padało, więc wul­kan Are­nal było widać dosko­nale. Podobno przez więk­szość ledwo go widać, a dla mnie chmury odsło­niły szczyt.

Sta­wiają tutaj na wysoki poziom usług, które sobie cenią, ale zde­cy­do­wa­nie warto. Wyda­łem tu cał­kiem sporo pie­nię­dzy, ale byłem na wycieczce po plan­ta­cji kawy (i przy oka­zji wyde­gu­sto­wa­łem jej tyle, że można by tym obu­dzić Fran­ken­ste­ina bez pio­ru­nów), spę­dzi­łem cały dzień na spły­wie kaja­ko­wym, gdzie kamera mi się roz­ła­do­wała zanim wpły­nę­li­śmy do lasu tro­pi­kal­nego, a kolejny dzień wspi­na­łem się przez park naro­dowy na szczyt wyga­słego wulkanu.

Tutaj na szczy­cie wyga­słego wul­kanu Cerro Chato. Z powodu skał wul­ka­nicz­nych jest w nim natu­ral­nie zie­lona woda, co dobrze pasuje mi pod kolor oczu.

Następ­nie w ramach odprę­że­nia się z grupą poje­cha­li­śmy na źró­dła ter­malne, które oka­zały się być rzeką. Taką z tem­pe­ra­turą wody powy­żej 30 stopni. W dodatku dość dziką, bo jedy­nie schodki i nie­da­leki mosty były inge­ren­cją czło­wieka w to cudo natury. Także wie­czór spę­dzi­łem leżąc w cie­płej rzece i patrząc na gwiazdy.

Z tego zdję­cia jestem wyjąt­kowo zado­wo­lony. Ostro­nos w peł­nej krasie.

Dzięki temu jest to bogaty kraj, więc i drogi. Dla­tego spę­dzi­łem tu jedy­nie 6 dni i wyru­szy­łem na pół­noc, do kraju zwa­nego Nika­ra­gua. W momen­cie jak publi­kuję te słowa to już tutaj jestem i zasta­na­wiam się co dalej robić.

Zwie­rzątka i roślinki

Dowie­dzia­łem się, że ist­nieje coś takiego jak strefy życia Holdrige’a. Czyli skla­sy­fi­ko­wa­nie za pomocą tem­pe­ra­tury, wil­got­no­ści i wyso­ko­ści nad pozio­mem morza stref, które róż­nią się fauną i florą. Łącz­nie jest ich 38, a Kosta­ryka może się pochwa­lić posia­da­niem aż 12 z nich. Dzięki temu znaj­duje się tu ogromna róż­no­rod­ność żywych orga­ni­zmów, a sporą część kraju sta­no­wią parki naro­dowe. I można spo­tkać na wol­no­ści takie okazy, jakich się nie zoba­czy nawet w cho­rzow­skim zoo.

Czer­wo­no­oka żaba, nie­stety uję­cie nie­naj­lep­sze, także nie poszło na insta­grama. Choć przy­naj­mniej udało się zro­bić jej zdję­cie, bo mał­pom nie :<

Bar­dzo ładne banknoty

Bar­dzo mi się podo­bają Pol­skie bank­noty, a sam fakt, że przed­sta­wiają one wład­ców z przed pra­wie tysiąca lat napawa mnie naro­dową dumą (w prze­ci­wień­stwie do tego co czuję w sto­sunku do histo­rii naj­now­szej naszego kraju). Przez długi czas życia wygląd pie­nię­dzy był dla mnie czymś oczy­wi­stym i nie przy­wią­zy­wa­łem do niego więk­szej uwagi, ale teraz nie­zmier­nie mnie inte­re­suje, bo bar­dzo dużo mówi o danym kraju. I jeśli miał­bym wybrać naj­lep­sze bank­noty ever, to posta­wił­bym na stare dolary, ale Kosta­ryka ma za to naj­ład­niej­sze jakie widzia­łem. Ze zwie­rząt­kami na rewersie.

Damn, są nie po kolei. Ale zorien­to­wa­łem się za późno.

Choć monety to mają straszne. Zbyt duże, z lek­kiego stopu podob­nego do sta­rych pol­skich monet. Wystar­czy, że raz wyda­dzą nam resztę w mone­tach i już nie można zamknąć port­fela. Zresztą wiele kra­jów ma taki pro­blem, na szczę­ście nie nasz. Mamy naj­lep­sze i jedne z naj­ład­niej­szych monet. Są malut­kie, zgrabne, cien­kie i uroz­ma­icone, a przy tym posia­dają odpo­wied­nią wagę.

Nie da się jeź­dzić na gapę

Nie żebym chciał, bo już dawno z tego wyro­słem. Mniej wię­cej w tym cza­sie, gdy skoń­czy­łem 15 lat i mogły mi już gro­zić kon­se­kwen­cje, a co dokład­nie może gro­zić w egzo­tycz­nych kra­jach, to nie chcę spraw­dzać na wła­snej skó­rze. Po pro­stu lubię się przy­glą­dać jak komu­ni­ka­cja miej­ska wygląda w róż­nych kra­jach i myśleć sobie jak nasz kraj wypa­dałby w ran­kingu. Z Kosta­ryką wygrałby bez problemu.

Nie­któ­rzy zamiast tych pla­sti­ko­wych koszycz­ków mają puszki po pringelsach.

W auto­bu­sach płaci się za prze­jazd kie­rowcy przy wsia­da­niu i to jest jedyna róż­nica w któ­rej Kosta­ryka wypada lepiej. Kie­rowca ma taką gąbeczkę z prze­gród­kami na monety, dzięki czemu bły­ska­wicz­nie wydaje resztę, ale strasz­nie się iry­tuje jak wcho­dzisz do auto­busu bez gotówki w ręce. Nie ma tam bile­tów, a ceny róż­nią się w zależ­no­ści od linii, którą wybie­rzesz. Przy­stanki ist­nieją, ale kie­rowcy wpusz­czają i wypusz­czają ludzi w dowol­nych miej­scach na tra­sie. No i same pojazdy są straszne. Nie dość, że trzę­sie się to jak osika na wie­trze, to jesz­cze hałas dobie­ga­jący z sil­nika zagłu­szał muzykę w usta­wio­nych na maksa słu­chaw­kach. Kie­rowca powi­nien tam otrzy­my­wać jakiś doda­tek za pracę w trud­nych warun­kach. Albo cho­ciaż nosić wygłu­sza­jące słuchawki.

Pura Vida

Na Kosta­ryce bar­dzo czę­sto można usły­szeć zwrot Pura Vida. Jako osoba, która aktyw­nie uczy się hisz­pań­skiego, posta­no­wi­łem zapy­tać o co cho­dzi, jaka jest geneza i co to dokład­nie zna­czy. Dowie­dzia­łem się, że to jest taka filo­zo­fia kraju zawarta w jed­nym zwro­cie, dwa słowa, któ­rymi można odpo­wie­dzieć na więk­szość pytań:
Co sły­chać?
W domu wszy­scy zdrowi?
Jak sobie radzisz w pracy?
Napi­jemy się browara?

To aku­rat turyści.

Pomy­śla­łem, że my też mamy w Pol­sce taki zwrot. Filo­zo­fia egzy­sten­cji zawarta w dwóch sło­wach, odpo­wiedź na pra­wie każde pyta­nie — no kurwa.

Tylko, że są to dwa zupeł­nie prze­ciwne kie­runki, nie­stety dla nas. Bo pura vida, to zna­czy czy­ste życie. Bez zmar­twień, stre­sów i przej­mo­wa­nia się. Co obja­wia się w każ­dej dzie­dzi­nie ich życia.

Nie ist­nieje armia

Nie­ro­ze­rwal­nie wiąże się to z poprzed­nim punk­tem. Po pro­stu z takim podej­ściem do życia jakie tu mają, nikt by nie chciał być żoł­nie­rzem, a tym bar­dziej wal­czyć na fron­cie i zabi­jać. Z dru­giej strony nie muszą się oba­wiać ataku, bo nie tylko mają sojusz z Ame­ryką (my też mie­li­śmy pod­czas dru­giej wojny), ale także mają ropę naftową.

Cze­ko­lada jest święta

Tu rozu­miemy się dosko­nale. Choć ja bym sobie daro­wał cele­bro­wa­nie śmierci za pomocą czekolady.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • http://www.lieveg.pl Gabriela

    Bank­noty! <3 Prze­cu­downe! A cze­ko­ladę też bym zjadła… 😀