Kroniki Diuny — Frank Herbert

Recen­zje są zazwy­czaj nudne, ale nie mogłem odmó­wić sobie całego wpisu na temat Diuny. Sta­ram się nie pisać o książ­kach, ani nie robić recen­zji, więc wiedz, że coś się dzieje. Zdaję sobie sprawę, że mało kto czyta, a jesz­cze mniej osób podziela mój fetysz czy­tel­ni­czy i hob­by­styczne czy­ta­nie pereł lite­ra­tury świa­to­wej. I choć czy­tam cał­kiem sporo, ale o kon­kret­nych książ­kach wypo­wia­dam się nie­czę­sto - prócz bie­żą­cego refe­ro­wa­nia na fan­page. Bo pod­czas mojej podróży posta­no­wi­łem sobie zro­bić 52 książki cze­lendż i tak mi naj­ła­twiej śle­dzić postęp. Zaraz po tym jak wzią­łem się za Diunę, z roz­pędu prze­czy­ta­łem wszyst­kie 6 tomów, a zazwy­czaj nie mam ochoty czy­tać kon­ty­nu­acji. Nie mogę więc o niej nie napi­sać, bo jak coś jest wyjąt­kowo dobre, to wręcz czuję się zobo­wią­zany to polecić.

Shai-Hulud i Bóg Impe­ra­tor Diuny — fanart by Erik Sho­ema­ker

W skró­cie — jest bar­dzo dobra, wręcz genialna. Skoń­czy­łem ją już tydzień temu i cią­gle obija mi się po gło­wie mnó­stwo wąt­ków, no i stan­dar­dowo nie mam poję­cia co o niej napi­sać, żeby was zachę­cić do czy­ta­nia. Nie będę opo­wia­dał o czym jest, cała seria, bo wyda­rze­nia są dość nie­spo­dzie­wane i zepsuł­bym więk­szość zabawy. Napi­szę jed­nak gdzie toczy się akcja książki i jak wygląda świat, bo sam przed czy­ta­niem mia­łem tylko infor­ma­cje, że jest to sci-fi i że są tam duże robale na pustyni.

Więk­szość akcji dzieje się na pla­ne­cie Arra­kis, zwa­nej Diuną. Tak ją nazy­wają, bo tam są pra­wie tylko pusty­nie. Jak to się jed­nak dzieje, że warunki są zbli­żone do ziem­skich i może tam ist­nieć życie? Pia­skowe czer­wie. Ogromne robaki, które pro­du­kują tlen jako efekt uboczny swo­jego meta­bo­li­zmu, a ich cykl życiowy wiąże się rów­nież z pro­duk­cją uni­ka­to­wej i nie­sa­mo­wi­cie potęż­nej sub­stan­cji — melanżu. Naprawdę, to coś nazywa się melanż. I ta sub­stan­cja pozwala prze­wi­dy­wać przy­szłość, np. pilo­tom stat­ków mię­dzy­gwiezd­nych w zakre­sie doty­czą­cym bez­piecz­nego prze­pro­wa­dze­nia lotu. I dzięki niej człon­ki­nie orga­ni­za­cji Bene Ghes­se­rit są w sta­nie doko­nać rytu­ału, który pozwala ich umy­słom połą­czyć się w jeden.

Cała reszta gra­fik autor­stwa Marka Mol­nara

Bene Ghes­se­rit jest eli­tarną żeń­ską orga­ni­za­cją, która posiada ogromne wpływy. Ich człon­ki­nie, nazy­wa­jące sie­bie Mat­kami Wie­leb­nymi, nie­jed­no­krot­nie wże­niają się w wyso­kie rody, aby rekru­to­wać nowe człon­ki­nie wśród swo­ich córek, reali­zu­jąc przy tym plan hodow­lany swo­jego zakonu. Plan mający na celu łącze­nie naj­lep­szych genów, aby mógł uro­dzić się męż­czy­zna, który prze­żyje pro­ces ini­cja­cji na Matkę Wie­lebną. Pro­ces ten trwa już od wielu poko­leń i akcja książki zaczyna się jedno poko­le­nie przed osią­gnię­ciem upra­gnio­nego potomka, który ma być w sta­nie prze­wi­dy­wać przy­szłość. Lady Jes­sika, Bene Ges­se­rit będąca żoną głowy Atry­dów postą­piła wbrew zako­nowi z powodu miło­ści i uro­dziła syna zamiast córki, którą mieli spa­ro­wać z rów­no­le­głym pro­duk­tem ich idei księ­ciem Har­kon­ne­nem. A dwóch męż­czyzn raczej nie sparują.

W sku­tek poli­tycz­nych dzia­łań, lud Atry­dów zostaje przy­dzie­lony do spra­wo­wa­nia kon­troli len­nej nad Diuną. Musi przez to opu­ścić bez­pieczną pla­netę i udać się na nie­przy­stępną Diunę. Są oni tylko pion­kiem w grze, jed­nak zamie­rzają pro­wa­dzić dwoją par­tię. Szcze­gól­nie, że zarzą­dzają wydo­by­ciem naj­bar­dziej war­to­ścio­wej sub­stan­cji we wszechświecie.

Czyli w skró­cie — science fic­tion i poli­tyka. Nie jestem fanem żad­nego z nich, a jed­nak autor przed­sta­wił je w bar­dzo odpo­wia­da­jący mi spo­sób. Jeśli cho­dzi o ele­menty fan­ta­styki nauko­wej, sta­no­wią one bar­dzo odle­głe tło wyda­rzeń, bo trudno przed­sta­wić akcję na kilku pla­ne­tach bez lotów kosmicz­nych. Jed­nak zło­żo­ność samych pod­ze­spo­łów jest bar­dzo ogra­ni­czona zaka­zem budo­wa­nia maszyn myślą­cych, wpro­wa­dzo­nym po bun­cie maszyn prze­ciwko ludziom, po któ­rym zresztą powstał zakon Bene Ges­se­rit. Także więk­szość tech­no­lo­gii jest tam wręcz pry­mi­tywna, szcze­gól­nie że Diuna nie należy do przy­ja­znych miejsc.

Ist­nieją jed­nak osoby mogące zastą­pić kom­pu­ter — men­taci. Dzięki spe­cjal­nemu tre­nin­gowi są w sta­nie przy­swa­jać ogromne ilo­ści danych i na ich pod­sta­wie wnio­sko­wać. Ist­nieją rów­nież dwa oddzielne gatunki — Ixa­nie i The­li­xa­nie, które mimo ogra­ni­czeń były w sta­nie roz­wi­nąć tech­no­lo­gię tak, że zakrawa o magię — statki poza­prze­strzenne, stwo­rzyć mar­twą osobę na pod­sta­wie jej komó­rek, czy wycią­gnąć infor­ma­cję z mózgu denata. Jest to rów­nież jeden z waż­niej­szych wąt­ków prze­wi­ja­ją­cych się przez całe kro­niki, ale nie będę wszyst­kiego opisywał.

W skró­cie autor bar­dzo ład­nie i inte­re­su­jąco sobie pora­dził z koniecz­no­ścią przed­sta­wia­nia dale­kiej przy­szło­ści, przy oka­zji two­rząc kopal­nie wąt­ków pobocznych.

Jeżeli cho­dzi o poli­tykę, to bar­dziej jeste­śmy świad­kami pro­wa­dze­nia dłu­go­dy­stan­so­wych poli­tyk i ich skut­ków na poszcze­gól­nych ludzi, jak i całe cywi­li­za­cje. Tutaj trudno powie­dzieć coś wię­cej, żeby nie zdra­dzić fabuły, bo to opi­sa­łem na razie tyczy się głów­nie pierw­szej czę­ści. A jest ich sześć i każda z nich trzyma nie­sa­mo­wi­cie dobry poziom. Moja ulu­biona to czwarta część — Bóg Impe­ra­tor Diuny, co do któ­rej sam pomysł tro­chę wzbu­dził moje obiek­cje, ale patrząc na roz­wój akcji i kon­se­kwen­cje, jestem w sta­nie to prze­łknąć. Poli­tyka tam jest, nawet cał­kiem sporo, ale w tak przy­stęp­nej i inte­re­su­ją­cej for­mie, że jest to zaletą, a nie wadą.

To jest skró­towy zarys naj­głów­niej­szych wąt­ków pierw­szej czę­ści. Do tego docho­dzi jesz­cze naprawdę sporo dodat­ko­wych, istot­nych ele­men­tów całej histo­rii. Całość uka­zuje nam długo i krótko falowy pro­ces budo­wa­nia histo­rii — jest tu dużo o impe­rium opar­tym na reli­gii, dyle­ma­tach moral­nych zwią­za­nych z roz­wo­jem tech­no­lo­gii, m.in. z klo­no­wa­niem, co zostało posu­nięte wręcz do per­wer­sji w czwar­tym tomie, hodowlą gene­tyczną, do tego roz­wa­ża­nia o mesja­ni­zmie, o tym jak różne powódki kie­rują ludźmi i co są w sta­nie zro­bić z tego powodu, tro­chę o eko­no­mii, a do tego wszyst­kiego akcja i klimat!

Pustynna Diuna jest jedną z naj­bar­dziej ocie­ka­ją­cych kli­ma­tem loka­cji stwo­rzo­nych na potrzeby książki. Nie­liczne oazy, w któ­rych sie­dziby znaj­dują przy­sto­so­wani do cięż­kich warun­ków miesz­kańcy, oraz władcy pla­nety, a wokół nich nie­zmie­rzone pustynne prze­strze­nie na któ­rych gra­sują ogromne czer­wie pustyni i w ukry­ciu żyje lód — Fre­meni, który przez wieki życia w eks­tre­mal­nych warun­kach Diuny stali się naj­tward­szym ludem we wszech­świe­cie. Tak wygląda Diuna, a przy­naj­mniej na początku pierw­szego tomu, bo wła­śnie jest jesz­cze akcja.

Z nią jest jak u Hitch­cocka — naj­pierw dosta­jemy obu­chem w twarz, a potem jest coraz moc­niej. Prak­tycz­nie od pierw­szych stron trzyma w napię­ciu, autor z lek­ko­ścią wpro­wa­dza nas w wyda­rze­nia zmie­nia­jące nie tylko osobę spra­wu­jącą wła­dzę, ale także takie co zmie­niają całe pla­nety, a nawet postać całego obser­wo­wal­nego wszech­świata. Całość wie­lo­krot­nie zaska­kuje i czło­wiek chciałby jak naj­szyb­ciej poznać ciąg dal­szy, a z dru­giej strony delek­to­wać się lekturą.

Wie­cie, cza­sem życie jest cięż­kie. Zwie­rzak któ­rego mie­li­ście od dzie­ciń­stwa umiera, dowia­du­jemy się, że Miko­łaj nie ist­nieje, a świat jest tak naprawdę nie­zbyt przy­ja­znym miej­scem, przy­ja­ciel wysta­wia nas do wia­tru, osoba któ­rej ofia­ro­wa­li­śmy serce nie tylko je odrzuca, ale przed tym dźga je roz­grza­nym pogrze­ba­czem, repre­zen­ta­cja prze­grywa eli­mi­na­cje do pół­fi­nału, czy dzieje się cokol­wiek innego, co zosta­wia zie­jącą pustkę w miej­scu, gdzie dusza powinna spla­tać się z sercem.

Zro­bili też film. Podobno jest kiep­ski, choć pier­wotne plany były epic­kie — muzykę mieli robić Pink Floy­dzi, efekty spe­cjalne czło­wiek od obcego, a w jedną z ról miał wcie­lić się Salva­dor Dali.

Potem koń­czysz Diunę i oka­zuje się, że jest jesz­cze gor­sze. Do tego wszyst­kiego tom 6 nie zamyka akcji, a wręcz otwiera kilka inte­re­su­ją­cych wąt­ków. Nie­stety autor zmarł zosta­wiw­szy dzieło w takim sta­nie. Smutne. Bar­dzo smutne.

Jed­nak jest to natu­ralne następ­stwo czy­ta­nia dobrej książki. A Diuna była tak dobra, że nie wiem czy kie­dy­kol­wiek pogo­dzę się z tym, co spo­tkało Atry­dów. Jeżeli to was nie zachęca do zer­k­nię­cia choć na pierw­szą część, to nie wiem co by mogło.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.