Level up

Na blogu wid­niał już kie­dyś wpis o takim tytule. Miało to miej­sce dwa lata temu i napi­sa­łem go z powodu swo­ich uro­dzin, a wcho­dze­nie na kolejny poziom miało ozna­czać zwięk­sze­nie cyferki w naszym wieku. Pisa­łem tam rów­nież o tym, że nie prze­pa­dam za otrzy­my­wa­niem życzeń, ani ich skła­da­niem. Było tam też o tym, że to szcze­gólny dzień, z powo­dów fizyczno-kosmologicznych. Wiek jest tylko opi­sem tego, ile razy Zie­mia okrą­żyła słońce od czasu naszych uro­dzin. I choć prze­my­śle­nia te pozo­stają aktu­alne, to napi­szę o czym innym.

Ten wpis rów­nież piszę z oka­zji swo­ich uro­dzin, lecz o tym za chwilkę.

Życie jak gra

Porów­na­nie życia do gier kom­pu­te­ro­wych jest zadzi­wia­jąco trafne i ma ogromny poten­cjał. Mówię o grach RPG, takich w któ­rych mamy otwarty świat, dowol­ność w jego eks­plo­ra­cji, moż­li­wość roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści i zdo­by­wa­nia coraz wyż­szych pozio­mów. Róż­nica jest taka, że w grach jeste­śmy ogra­ni­czeni tym, co prze­wi­dzieli twórcy gry, a w życiu sami sta­wiamy sobie ograniczenia.

Ist­nieje nawet coś takiego jak gry­wa­li­za­cja — wyko­rzy­sta­nie mecha­niki zna­nej np. z gier fabu­lar­nych i kom­pu­te­ro­wych, do mody­fi­ko­wa­nia zacho­wań ludzi w sytu­acjach nie­bę­dą­cych grami, w celu zwięk­sze­nia zaan­ga­żo­wa­nia ludzi. Książkę o tym napi­sał Paweł Tka­czyk, a pisze on rów­nież bloga.

Wcze­śniej napi­sa­łem już wpis o wybo­rze stop­nia trud­no­ści, teraz będzie o zdo­by­wa­nych pozio­mach. Star­tu­jemy z naj­niż­szego, wia­domo. Dzie­ciń­stwo jest peł­nym bez­tro­ski okre­sem, w któ­rym o świe­cie nie wiemy pra­wie nic, chcemy go lepiej poznać, a jedy­nym co w tym prze­szka­dza są wyzna­czane gra­nice. Poko­na­nie każ­dej z nich, to osią­gnię­cie kolej­nego poziomu w życiu. Koły­ska, łóżeczko, pokój, miesz­ka­nie, zasięg wzroku, podwórko, szkoła, mia­sto, póź­niej już trud­niej zde­fi­nio­wać kolejne gra­nice. Każdy skok wyżej wymaga więk­szego wysiłku, ale począt­kowe są wymu­szane obo­wiąz­kiem edu­ka­cji i nie­złomną wolą odkry­wa­nia świata. Która po tym eta­pie czę­sto zanika.

Doro­słość?

Zdo­by­wa­nie pozio­mów, o któ­rym tutaj mówię nie ma nic wspól­nego z doro­sło­ścią. Doro­słość okre­ślił­bym jako umie­jęt­ność zaopie­ko­wa­nia się sobą i wzię­cia peł­nej odpo­wie­dzial­no­ści za sie­bie i swoje czyny. Z doro­sło­ścią jest tro­chę jak z dora­sta­niem. Nie­któ­rym zda­rza się szyb­ciej, innym wol­niej, po nie­któ­rych w ogóle jej nie widać, a gdy nas dopad­nie to zda­rzy się to nagle i będzie dość nie­zręcz­nie. Roz­glą­da­jąc się za kimś „doro­słym” zdamy sobie sprawę, że już sami nimi jeste­śmy. Więc roz­glą­damy się za kimś, kto może nam pomóc. Jakimś „star­szym” doro­słym. Bar­dziej doro­słym doro­słym. Kimś lep­szym, w byciu doro­słym niż my.

Doro­słość ocze­ki­wa­nia vs rze­czy­wi­stość. Via SMBC

Nie­któ­rzy mogą osią­gnąć doro­słość w wieku kil­ku­na­stu lat, a inni cią­gle mają z nią pro­blem w wieku kil­ku­dzie­się­ciu. Zresztą nie jest to temat tego tekstu.

Moja histo­ria

Wymy­śle­nie sobie nowego imie­nia nie jest jedy­nym, co łączy mnie z Vol­de­mor­tem. Tak jak we wspo­mnie­niu Dum­ble­dora, ja też nie prze­pa­dam za byciem od kogokolwiek/czegokolwiek zależ­nym, dla­tego jak naj­szyb­ciej chcia­łem się usa­mo­dziel­nić. Cho­dząc do szkoły śred­niej, trudno to było zro­bić, więc przy­naj­mniej w wieku 16 lat wyrwa­łem się na kilka dni na Wood­stock, jed­nak to była led­wie kro­pla w akwe­nie potrzeb.

Jak skoń­czy­łem szkołę, to ucie­kłem do Kra­kowa na stu­dia. Zupeł­nie nowe mia­sto, nikt ze zna­jo­mych się tam nie wybie­rał, więc zamiesz­ka­łem w aka­de­miku. Sam wła­sno­ręcz­nie musia­łem uże­rać się z por­tier­kami, kie­row­niczką aka­de­mika, no i paniami z dzie­ka­natu. Czuję, że ode­bra­łem solidne doświad­cze­nie, pozwa­la­jące zmie­rzyć się z pozio­mem biu­ro­kra­cji i absurdu w Pol­skich urzędach.

Jak skoń­czy­łem stu­dia, to prze­nio­słem się do Buda­pesztu. Zupeł­nie nowe mia­sto, nikogo tam nie zna­łem, a tym bar­dziej języka. I myśla­łem, że już jestem w uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji życio­wej, że wyko­na­łem swój plan mini­mum — zdo­być wykształ­ce­nie i dobrze płatną pracę. Myśla­łem sobie, że teraz zacznę żyć, gdy w per­spek­ty­wie pię­trzy się przede mną kil­ka­dzie­siąt lat kle­pa­nia kodu, spła­ca­nia kre­dytu miesz­ka­nio­wego i nauki węgier­skiego. Oka­zało się jed­nak, że wszystko co prze­ży­łem po dro­dze było życiem o wiele bardziej.

Na rodzinę i dzieci jestem jesz­cze za mało doro­sły. W ramach uroz­ma­ice­nia życia zaczą­łem zapra­szać ludzi z couch­sur­fingu i to oka­zał się strzał w dzie­siątkę. Mia­łem dzięki temu oka­zję zada­wać się z inte­re­su­ją­cymi ludźmi, któ­rzy natchnęli mnie do podró­żo­wa­nia. Bo zupeł­nie co innego jest wie­dzieć, że ktoś z inter­netu, czy brat kolegi zna­jo­mych od kogoś podró­żo­wał po świe­cie, a co innego spę­dzić z taką osobą kilka dni.

I choć począt­kowo myśla­łem, że osoby przy­jeż­dża­jące do mnie to będą nie­dzielni podróż­nicy, odwie­dza­jący pobli­skie mia­sto na week­end, oka­zało się, że nic bar­dziej myl­nego. Więk­szość tych osób miała za sobą wie­lo­mie­sięczne podróże w prak­tycz­nie wszyst­kich miej­scach kuli ziem­skiej. Wyda­wało się to być inte­re­su­ją­cym pomy­słem, zaczą­łem więc kom­bi­no­wać. I zało­ży­łem bloga.

Spe­cjal­nie po to, żeby przy­po­mi­nał mi — odłóż pie­nią­dze, zor­ga­ni­zuj się i wyjedź, a podróż udo­ku­men­tu­jesz w inter­ne­cie. Mia­łem więc cel, choć odle­gły, to cał­kiem nama­calny. Mia­łem też na czym sku­pić uwagę, pisa­łem, nagry­wa­łem na video, jeź­dzi­łem na eventy blo­ger­skie, pozna­wa­łem ludzi z branży i przy oka­zało się, że blo­go­wa­nie jest czymś wspa­nia­łym, ale ten wpis nie jest o tym.

Ame­ryka Południowa

Ten wpis jest o tym, że dziś nad­szedł ten spe­cjalny dzień, dzień do któ­rego przy­go­to­wy­wa­łem się od czasu zało­że­nia bloga. Sam spraw­dzę jak jest poziom wyżej i z tego powodu kupi­łem sobie na uro­dziny pre­zent — bilet na samo­lot. A dokład­niej bilet na samo­lot w jedną stronę. Do Ame­ryki Południowej.

Teraz ktoś mógłby ocze­ki­wać jakie­goś aka­pitu moty­wa­cyj­nego. Że jesteś zwy­cięzcą i też tak możesz wraz z prze­pięk­nym zdję­ciem mojej japy i napi­sem Helve­ticą. Ale nie zro­bię tego, bo to nie jest wpis moty­wu­jący, zresztą chyba nie jestem spe­cja­li­stą od takich. To wpis o tym, że nie­długo zmieni się cał­ko­wi­cie moja rutyna i będzie to widać na blogu.

Co prawda nie mam poję­cia jak to się zmieni. Oczy­wi­ście w pla­nach mam zamiar pisać czę­ściej, wrzu­cać dużo zdjęć, nagry­wać na youtube, aktyw­nie uży­wać snap­chata. Poży­jemy, zoba­czymy. W razie czego linki to tych wszyst­kich rze­czy są w stopce.

Gdy­bym zro­bił zdję­cie, to wyglą­da­łoby mniej wię­cej tak.

Nie napi­szę tek­stu moty­wa­cyj­nego z jed­nego bar­dzo pro­stego powodu. To jest nie­sa­mo­wi­cie trudna decy­zja i prócz odpo­wied­nich warun­ków i spo­rej ilo­ści czasu, trzeba jesz­cze samemu być prze­ko­na­nym, że chce się to zro­bić. Prze­ko­na­nym na sto pro­cent, pew­nym jak amen w pacie­rzu, zde­cy­do­wa­nym jak Hitler pla­nu­jący Blitzkrieg.

Jest mi strasz­nie smutno, że nie zoba­czę przez długi czas bli­skich mi osób. Jest mi strasz­nie smutno, że nie będzie dane mi poznać bli­żej osób, które nie­dawno poja­wiły się w moim życiu. No i nie­sa­mo­wi­cie się boję. Nie wiem jak tam będzie, nie wiem czy nie spo­tkają mnie jakieś nie­bez­pie­czeń­stwa, nie wiem jak mi się będzie podo­bało, ja nawet nie bar­dzo wiem jak się tak podró­żuje, bo mia­łem oka­zję prze­pro­wa­dzić tylko jeden mie­sięczny test w miarę zna­jo­mym tere­nie — po Wło­szech. Boję się tego, co zastanę jak wrócę, a raczej czego mogę już wię­cej nie zastać.

W więk­szo­ści przy­pad­ków moja pew­ność sie­bie i prze­świad­cze­nie, że sobie pora­dzę są sil­niej­sze niż strach, więc go po sobie nie okazuję.

Jest jed­nak jedna rzecz, któ­rej się boję. Coś przed czym stra­chu nie mógł­bym poko­nać w żaden spo­sób. Naj­bar­dziej boję się, że jak nie pojadę, to będę tego żało­wać do końca życia. Że każde spoj­rze­nie w lustro będzie roz­cza­ro­wa­niem, a w bez­senne noce roz­go­ry­czony będę wspo­mi­nał chwilę w któ­rej zre­zy­gno­wa­łem i bez­sil­nie wył ze wście­kło­ści na sie­bie. Że wykoń­czy mnie to bar­dziej sku­tecz­nie niż mie­szanka strych­niny z arszenikiem.

Dla­tego to robię, nie­za­leż­nie od tego jak bar­dzo jest to trudne. Bo taki jestem, że jak widzę kolejny poziom, to chcę zoba­czyć co tam jest. Dowie­dzieć się, co jest za rogiem. Prze­kro­czyć kolejną gra­nicę. Minąć kolejny zakręt. Mam nadzieję, że już ostat­nią i potem będę mógł sobie spo­koj­nie żyć.

Może powie­dze­nie, że po dru­giej stro­nie płotu trawa jest bar­dziej zie­lona jest prze­no­śnią, ale jestem pra­wie pewien, że po dru­giej stro­nie globu morze jest bar­dziej nie­bie­skie. A przy­naj­mniej już nie­długo będę miał pewność.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • ToJa

    Powo­dze­nia!

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Dzięki! 🙂