Liczby w popkulturze

Chciał­bym wam opo­wie­dzieć histo­rie, o tym jak zawsze liczby wyzwa­lały w mojej gło­wie kata­to­nie barw i emo­cji. O tym jak poszcze­gólne liczb maja przy­pi­sane cechy wyglądu i cha­rak­teru, a nawet zapa­chy, a ich oso­bo­wość jest bar­dziej zło­żona niż łabędź z ori­gami. Ze wyko­ny­wa­nie na nich dzia­łań jest fuzja ich cech i wła­sno­ści, a odpo­wie­dzi roz­bły­skają w mojej gło­wie wła­sno­ściami, które od razu jestem w sta­nie przy­po­rząd­ko­wać do wyniku.

Bar­dzo bym chciał, nie­stety nie mogę tego opo­wie­dzieć, bo nie jestem syne­stetą, a tym bar­dziej Sawan­tem. Gdyby ktoś chciał poczy­tać rela­cje z pierw­szej ręki, pole­cam książkę „uro­dzi­łem się pew­nego błę­kit­nego dnia”. Jed­nak jako czło­wiek sil­nie zwią­zany z mate­ma­tyką darzę dość dużym sen­ty­men­tem liczby. Trzy­ma­łem i obra­ca­łem je w gło­wie tysiące razy, więc patrze na nie w troszkę inny spo­sób niż więk­szość ludzi.

Babi­loń­ska tabliczka YBC7289. 1800 lat przed naszą erą poda­wali war­tość pier­wiastka z dwóch, z przy­bli­że­niem do 5 miejsc po prze­cinku. Wię­cej infor­ma­cji tutaj.

W ogóle to liczby są bar­dzo inte­re­su­ją­cym zagad­nie­niem. Droga z licze­nia na pal­cach, do zasto­so­wa­nia sys­temu jaki znamy dziś zajęła ludz­ko­ści kil­ka­na­ście wie­ków i odwie­dziła nie­je­den ślepy zaułek. Samo wpro­wa­dze­nie idei zera, jako znaku który ozna­cza nic było wielką rewo­lu­cją i mimo, ze sta­ro­żytni Sum­me­ro­wie je znali, to w Euro­pie poja­wiła się dopiero około XVII wieku. Czy cho­ciażby sys­tem licz­bowy, któ­rym się posłu­gu­jemy. Mamy 10 cyfr, a dla­czego w takim razie doba ma 24 godziny, a godzina 60 minut?

Zresztą każdy ma jakieś pre­fe­ren­cje doty­czące liczb. Naj­ła­twiej to zaob­ser­wo­wać, pro­sząc kogoś o zmianę gło­śno­ści na urzą­dze­niu cyfro­wym. Nie­któ­rzy musza mieć liczbę parzy­stą. Inni pre­fe­rują liczy podzielne przez 5. Osoby, która usta­wia tylko liczby pierw­sze jesz­cze nie spo­tka­łem, więc dla­tego sam tak cza­sem robię. Choć kwa­draty tez mogą być.

Ist­nieje jed­nak kilka liczb, które bar­dzo lubię, a nie ma do tego mate­ma­tycz­nych pod­staw. Ani nie maja cie­ka­wych wła­sno­ści, ani nie są okrą­głymi licz­bami, w któ­rymś z naj­po­pu­lar­niej­szych sys­te­mów licz­bo­wych. Lubie je, z powodu roli jaką im nadano w popkul­tu­rze. W kolej­no­ści rosnącej.

8

Nie jestem w sta­nie zro­zu­mieć feno­menu szczę­śli­wej sió­demki. Znam mnó­stwo odnie­sień do kul­tury, jed­nak nigdy mi ta kon­kretna cyfra nie paso­wała. Prze­cież 6 jest o wiele dosko­nal­sza. Nawet z defi­ni­cji nazywa się dosko­nała, bo tak okre­śla się liczby, któ­rych suma dziel­ni­ków jest równa tej licz­bie. Jeżeli kie­dyś napi­sze książkę fan­ta­styczna, to szóstka będzie naj­waż­niej­sza z liczb, a czary będą przy­po­mi­nały pro­gra­mo­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści. Ten sam efekt będziemy w sta­nie wywo­łać na setki roż­nych spo­so­bów, bar­dziej i mniej efektywnych.

Na razie jed­nak z tego oto­cze­nia naj­bar­dziej godną sym­pa­tii jest ósemka. Terry Prat­chett posta­no­wił zakpić sobie idąc w prze­ciwną stronę osi liczb i czy­niąc cyfrę 8 ide­alną w jego Świe­cie Dysku. Ósmym kolo­rem tęczy jest oka­ryna — kolor magii, a magiczne runy zapi­suje się w nie w pen­ta­gra­mie, a w oktagramie.

A czarna bila też jest spoko.

23

Jeżeli koja­rzy­cie Jima Car­reya głow­nie z roli w debil­nych kome­diach z cyklu Ace Ven­tura i może jesz­cze Tru­man Show, to naj­wyż­szy czas nad­ro­bić zale­gło­ści. On był w sta­nie zagrać takie coś, bo jest genial­nym akto­rem, a jego fil­mo­gra­fia jest o wiele bogat­sza i zawiera sporo war­tych uwagi fil­mów. Jed­nym z nich jest 23. W fil­mie Jim Car­rey otrzy­muje od żony pre­zent uro­dzi­nowy — książkę o tytule 23. Autor opi­suje histo­rie sie­bie — detek­tywa z obse­sją na temat liczby 23. Poja­wia się wszę­dzie w jego życiu, dosłow­nie wszę­dzie. W adre­sie, w nume­rze ubez­pie­cze­nia, tele­fonu, dacie uro­dze­nia, po zsu­mo­wa­niu liter, w każ­dym miej­scu gdzie można doszu­kać się liczb.

Bar­dzo kli­ma­tyczny pla­kat. Zresztą sam film też taki jest i miej­scami przy­po­mina Sin City. Co ewi­dent­nie działa na jego korzyść.

Boha­ter grany przez Jima Car­reya wpada w obse­sje, bo od czasu roz­po­czę­cia lek­tury, liczba 23 zaczyna go prze­śla­do­wać. Poja­wia się w każ­dym miej­scu, a do tego opis dzie­ciń­stwa autora książki wyjąt­kowo pokrywa się z prze­ży­ciami boha­tera filmu. Napię­cie stop­niowo nara­sta, by osią­gnąć punkt kul­mi­na­cyjny pod koniec ostat­niego, 22 roz­działu książki. A to dopiero począ­tek historii.

Po tym fil­mie już nigdy nie spoj­rzę na liczbę 23 tak jak wcześniej.

42

Czter­dzie­ści dwa. Jest to odpo­wiedz na pyta­nie o życie, wszech­świat i całą resztę. Naj­bar­dziej popu­larny i wcale nie naj­bar­dziej absur­dalny pomysł autora serii „Auto­sto­pem przez galak­tykę”. Ta pię­cio­to­mowa try­lo­gia buduje napię­cie lepiej niż Hitch­cocka. Na początku jest koniec świata, a potem akcja się dopiero rozkręca.

Nie pani­kuj i chwyć swój ręcznik.

Całą serię można opi­sać za pomocą jed­nego słowa — absurd. Będzie to trafne i poprawne, ale rów­nie odda­jące jego ogrom, jak twier­dze­nie, że kosmos jest duży. Nie do końca oddamy wtedy skalę zja­wi­ska z jakim mamy do czy­nie­nia. Jeżeli chcesz się dowie­dzieć, dla­czego każdy auto­sto­po­wicz musi mieć ze sobą ręcz­nik, na jakiej zasa­dzie działa napęd nie­praw­do­po­do­bień­stwa, dla­czego kry­kiet jest tak waż­nym spor­tem, co ludzie mają wspól­nego z del­fi­nami, czy jaki jest widok z restau­ra­cji na końcu świata.

Nie będzie to miało żad­nego sensu, ale zabawa jest przednia.

300

Cho­dzi oczy­wi­ście o 300 Spar­tan bro­nią­cych prze­smyku Ter­mo­pile. Spar­ta­nie są jedną z naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cych nacji w histo­rii świata, no i naj­więk­szymi wojow­ni­kami, a tu cho­dzi o walkę. Super film, jeśli cho­dzi o wyko­na­nie i efekty, komik­sowo przed­sta­wia­jący nie­które rze­czy, ale nie staje się przy tym kome­dią. Zresztą to taka kate­go­ria kina, gdzie cho­dzi o wra­że­nia audio/video, a nie o filo­zo­ficzne dys­puty. Bar­dzo dobrze się przy nim bawi­łem, a i paro­dia „poznaj moich spar­tan” jest godna uwagi.

spartan

Mnie śmie­szy.

I tyle osób mnie lubi na face­bo­oku. To pra­wie jakby mieć taką armię.

420

Jak pisa­łem ten wpis było 300 osób, a teraz jest was 420.

Skoro jakieś kon­kretne liczby mogą się koja­rzyć z dia­błem (666), czy z sek­sem (69), to dla­czego nie mia­łaby ist­nieć taka, która ozna­cza nar­ko­tyki? I wła­śnie tak jest z liczbą 420, choć nie do końca przed­sta­wia ona nar­ko­tyki, tylko mari­chu­aninę. Czy­ta­jąc ją po angiel­sku może ozna­czać zarówno 16.20 (posłu­gują się tam 12 godzin­nym zega­rem), jak i 4 kwiet­nia (naj­pierw podają mie­siąc, a póź­niej dzień).

Powstało wiele teo­rii na temat skąd to się wzięło i w jaki spo­sób prze­nik­nęło do kul­tury. Jeżeli cho­dzi o tą drugą kwe­stię, to po pro­stu mari­hu­ana jest obecna w kul­tu­rze ame­ry­kań­skiej i nie sta­nowi wcale tak bar­dzo niszo­wej dewia­cji, a cała reszta świata kopiuje od Ame­ry­ka­nów. Za to teo­rii na to skąd się wzięła jest cał­kiem sporo. Nie jest to jed­nak kod prze­stęp­stwa w sta­nach zjed­no­czo­nych (tak jak u nas na napad z wymu­sze­niem mówi się dzie­siona, bo to dzie­siąty arty­kuł KK), nie jest to rów­nież data śmierci Mar­leya, ani jej depenalizacji.

Prawda jest jed­nak cał­kiem pro­za­iczna — wymy­śliła ją grupka przy­ja­ciół ze szkoły w Cali­for­nii, odno­sząc się do godziny w któ­rej wszy­scy byli już po zaję­ciach i mogli się spo­tkać, aby wspól­nie oddać się tej roz­rywce. Nawet poczuli się do tego, aby udo­wod­nić to mate­ria­łami histo­rycz­nymi, w któ­rych uży­wają tego slangu — https://420waldos.com/. Po jego roz­pro­pa­go­wa­niu się prze­stał być taj­nym kodem, a 20 kwiet­nia stał się nie­ofi­cjal­nie, lecz powszech­nie, dniem marihuany.

Jesz­cze cie­ka­wostka, w sta­nach z powodu tej sym­bo­liki w Colo­rado noto­rycz­nie kra­dziono słu­pek wska­zu­jący 420 milę, a domy­śla­jąc się powodu wła­dze posta­no­wiły go prze­mia­no­wać na 419,99 milę. Jestem w sta­nie w to uwie­rzyć, szcze­gól­nie że w moim rodzin­nym Byto­miu wypra­wia­jąc uro­dziny z oka­zji osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści tra­dy­cją było otrzy­ma­nie od gości tabliczki z tram­waju nr 18.

9000

Naj­więk­sza ze wszyst­kich, a dodat­kowo mająca dwa zupeł­nie nie­za­leżne źródła.

Pierw­szym z nich jest Dra­gon Ball i cho­dziło o ponad 9000 jed­no­stek mocy, jakimi dys­po­no­wał Goku. Za pomocą spe­cjal­nego urzą­dze­nia można je było zmie­rzyć i gdy Vegeta odczy­tał tak wielki wynik, wpadł w szał i zgniótł urzą­dze­nie w dłoni. Od tam­tej pory zwrot „over 9000″ funk­cjo­nuje jako komen­tarz, na zaska­ku­jąco dużą ilość/liczbę.

maxresdefault

Dru­gim nawią­za­niem jest kla­syka lite­ra­tury sci-fi — ody­seja kosmiczna. Nie tylko w książce, ale rów­nież w bar­dzo dobrym fil­mie Kubricka mamy moż­li­wość obser­wo­wać walkę inte­li­gent­nego kom­pu­tera HAL-9000 wraz z załogą. Motyw złych maszyn kon­tra dobrzy ame­ry­ka­nie zawsze się ceni, a tutaj mamy prak­tycz­nie pre­kur­sora gatunku.

Wasze pomy­sły

O jakich licz­bach zapomniałem?

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • ToJa

    Jak ja uwiel­biam takie wpisy!
    Zapo­mnia­łeś o każ­dej moż­li­wej licz­bie 😉 Gdzieś widzia­łem taki cytat czło­wieka, który mówił, że każda liczba jest cie­kawa, nie ma nudnej.

  • agere

    Stan­ley Kubrick, nie Cubrick 😉

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Oh. Popra­wione.