Ludzie, którzy nie mówią po angielsku

Smutny żywot ludzi, któ­rzy angiel­skiego uczą się co naj­mniej piąty rok, w szkole i na kur­sach i wszystko to jak krew w piach!

Spo­sób na bezdomnych

W Buda­pesz­cie jest sporo bez­dom­nych ludzi. Ist­nieje przy­zwo­le­nie na ich koczo­wa­nie w par­kach, w bra­mach czy innych wygod­nych miej­scach. Ogól­nie nie stwa­rzają więk­szych pro­ble­mów, prócz wypeł­nia­nia mia­sta wszech­obec­nym zapa­chem moczu i obni­ża­nia jako­ści wize­runku sto­licy Węgier. Mają nawet swoją gazetę, którą sprze­dają cer­ty­fi­ko­wani, bez­domni sprzedawcy.

Jak to bywa z takimi oso­bami, cza­sem popro­szą żeby się do winka dorzu­cić. Sto­suję wtedy mój uni­wer­salny spo­sób znie­chę­ca­jący obcych ludzi do pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji — odpo­wia­dam po Pol­sku. Kilka razy odpo­wie­dzia­łem po angiel­sku i wda­wali się ze mną w dys­ku­sję, na którą wcale nie mia­łem ochoty.

Mło­dzież vs język angielski

A teraz z dru­giej strony. Zacze­pia mnie grupa roz­ba­wio­nych dziew­czyn, wie­czór panień­ski w pełni. Pew­nie chcą mnie wkrę­cić w jakąś swoją grę, czy cukierka dać, nie wiem za bar­dzo jak wygląda ety­kieta takiego wyda­rze­nia. W każ­dym razie pod­cho­dzą i jedna zaczyna traj­ko­tać po ich­niemu. Jed­nak na dźwięk zwrotu „english ple­ase” sze­roko otwiera oczy, jej głos zamiera w pół słowa, wyko­nuje kilka szyb­kich wde­chów i wyde­chów i ucieka bąka­jąc „sorry” pod nosem.

Zresztą nie ona jedyna. Nie­jed­no­krot­nie zda­rzały mi się podobne sytu­acje, a za każ­dym razem czu­łem się jak­bym był trę­do­waty. Rów­nie dobrze mógł­bym pro­sić o dia­log w Suahili, efekt byłby ten sam. Szok, nie­do­wie­rza­nie, miliony pytań bez odpowiedzi.

Zna­jo­mość angiel­skiego staje się powoli takim stan­dar­dem jak zdana matura czy posia­da­nie kom­pu­tera. Ja rozu­miem, że nie każdy musi mieć go per­fek­cyj­nie opa­no­wany, ale po tylu latach nauki nie umieć popro­wa­dzić pro­stej kon­wer­sa­cji tudzież wymiany infor­ma­cji, w jed­nym z naj­prost­szych języ­ków jaki ist­nieje? Nie wspo­mi­nam nawet o korzy­ściach jakie płyną z czy­ta­nia zagra­nicz­nych źró­deł bądź artykułów.

Przy­kład z naszego podwórka.

Miesz­ka­jąc w aka­de­miku odwie­dzi­łem zna­jo­mych w ich pokoju. Byli to ludzie zawsze przy­go­to­wani na zaję­cia, obecni na wykła­dach, z notat­kami per­fek­cyj­nej pani domu, poukła­dani, zabie­ra­jący się za pro­jekty wcze­śniej niż wie­czór przed, a magi­sterkę piszący w waka­cje. Ba, nawet śred­nią mieli pra­wie taką jak ja, czyli wysoko posta­wiona poprzeczka.

W tym cza­sie szu­ka­łem już pracy w zawo­dzie, doro­słość mot­zno, te sprawy. Pierw­szy etap roz­mowa tele­fo­niczna, pra­wie godzina po angiel­sku, popro­sili mnie żebym opo­wie­dział jak to wyglą­dało. Po raz kolejny szok, nie­do­wie­rza­nie, miliony pytań bez odpowiedzi.

O czym tyle czasu roz­ma­wia­łeś? Jak się doga­da­łeś? Ja bym nic nie powie­dział. — takie słowa padały z ich ust. Do tego dowie­dzia­łem się, że nie powinno się mówić „I don’t know”, jeżeli nie znamy odpo­wie­dzi na pyta­nie. Mówimy wtedy „I don’t really know”, żeby jedno słówko wię­cej było, żeby poka­zać, że mamy bogate słow­nic­two i że angiel­ski to dla nas chleb codzienny. Wcale mi się nie wydaje, żeby to był żart, bo kolejną pro­po­zy­cją wybrnię­cia było powie­dze­nie, że po pol­sku też byłoby trudno to wyjaśnić.

Zmar­no­wany czas

Takich ludzi jest mnó­stwo. Uczą się angiel­skiego od dziecka, kla­sówki, testy, matura, być może na stu­diach, przez całe lata. Od początku życia dosko­nalą sztukę poro­zu­mie­wa­nia się z innymi. Począt­kowo nie zna­jąc języka uży­wają ono­ma­to­pei, mowy ciała, gestów, into­na­cji, i wiele innych skła­do­wych. I tak dzień w dzień, cią­gle dosko­nalą swoje umie­jęt­no­ści. Wszystko po to, żeby zapy­tani o wymianę paru zdań po angiel­sku wydu­kali „sorry” i uciekli.

Ludzie, któ­rzy nie mówią po angiel­sku, po pro­stu nie chcą tego robić.

Bo jaki mógłby być inny powód?

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • Bie­dro­neczka

    przy­kład z mojego podwórka — pra­cuję w dro­ge­rii. Czę­sto prze­wi­jają się tam obco­kra­jowcy. Parę moich kole­ża­nek potrafi mnie ścią­gnąć z prze­rwy, bo wpa­dają w panikę, kiedy sły­szą: do you speak english?
    ostat­nia taka sytu­acja. Idę do tej osoby: can I help you?
    i usły­sza­łam: do you have amo­niak? (amo­niak spo­lsz­czony).
    Ech. Myślę, że to po pro­stu strach przed ośmie­sze­niem się. Nic więcej.

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Hej, dzięki za komentarz.

      Ośmie­sza­nie się? Prze­cież bar­dziej się ośmie­szają nic nie mówiąc…

  • katja

    ci ludzie potra­fią, tylko sami o tym nie wie­dzą, bo cała ich edu­ka­cja pole­gała na roz­ma­wia­niu po angiel­sku z innymi pola­kami, a zawsze ‘w razie czego’ mogli sko­rzy­stać z mowy ojczy­stej. bez tego koła ratun­ko­wego dosłow­nie zapo­mi­nają języka w gębie.

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Możesz w takim razie zro­bić eks­pe­ry­ment i popro­sić kogoś o roz­mowę po angiel­sku. A ile nie jest przed maturą/egzaminem/czymśtam to raczej nie zamieni słowa.

      • katja

        no wła­śnie zda­rzało mi się już robić takie eks­pe­ry­menty i potwier­dzała się powyż­sza teza –przy­naj­mniej na moich znajomych ;).

  • Miro­slawa

    a może zamiast się dzi­wić, zawsty­dzać czy oce­niać tych ludzi , pod­po­wie­dzieć im o jako­wyś stra­te­giach jak prze­ła­mać opór, blo­kadę przed mówie­niem, bo ona z powie­trza się nie bie­rze:) pozwolę sobie pole­cić (dla zain­te­re­so­wa­nych o stra­te­giach) link, może komuś się nada:) http://www.linguatrek.com/blog/2012/05/trzy-super-proste-strategie-m%C3%B3wienia
    ser­decz­no­ści posyłam:)