Minął już mie­siąc od kiedy wsia­dłem w samo­lot na Bali­cach. W tym cza­sie zdą­ży­łem noco­wać w dzie­siąt­kach miejsc, poznać setki osób, poko­nać tysiące kilo­me­trów i roz­wiać milion wąt­pli­wo­ści doty­czą­cych wyjazdu.

Zdą­ży­łem też prze­żyć mnó­stwo cie­ka­wych rze­czy, z czego więk­szo­ścią podzie­li­łem się czy to na blogu, fanpage’u, insta­gra­mie, czy też na snap­cha­cie. Oczy­wi­ście nie­moż­li­wo­ścią jest wspo­mnieć o wszyst­kim, nie­które infor­ma­cje były zbyt błahe, żeby je gdzie­kol­wiek umiesz­czać, a o nie­któ­rych zwy­czaj­nie zapo­mnia­łem. Dla­tego pozwolę sobie teraz na sen­ty­men­talną podróż od czasu kiedy przy­le­cia­łem na Punta Cana do Domi­ni­kany, aż do dzi­siej­szego popo­łu­dnia, czyli dnia prze­kro­cze­nia gra­nicy Nikaragua-Honduras w miej­sco­wo­ści Las Maos.

Jeżeli ktoś śle­dzi mnie na róż­nych plat­for­mach, to znaczną część poniż­szych opo­wie­ści już sły­szał, jed­nak znaj­duję się też parę nie­pu­bli­ko­wa­nych zdjęć i nie­opo­wie­dzia­nych histo­rii. Wszystko w porządku chronologicznym.

Pol­ska, Kraków

Ostat­nie zdję­cie zro­bione w kraju, a przede mną pora na przy­godę. Tak samo nazywa się moja ulu­biona kre­skówka, któ­rej wypcha­nego głów­nego boha­tera może­cie tu zoba­czyć. Wraz z nim odkry­jemy odle­gły ląd, a przy­gody pełne będą chwile. Tak sobie powta­rza­łem w myślach, bo byłem przerażony.

Naj­trud­niej­szy pierw­szy krok, ale skoro już się zde­cy­do­wa­łem, a do tego zade­kla­ro­wa­łem na blogu, że wyjadę, no to ina­czej nie można było postą­pić. Po wylą­do­wa­niu i pierw­szych dniach mi prze­szło, ale w samo­lo­cie to naj­chęt­niej cho­dził­bym po ścia­nach, tak mnie stres zja­dał. Szcze­gól­nie, że nie mia­łem biletu powrot­nego, a teo­re­tycz­nie trzeba go uka­zać przy wjeź­dzie do kraju. Żeby banda imi­gran­tów z euro­pej­skich kra­jów 3 świata nie zalała ich eks­klu­zyw­nych miej­sco­wo­ści, zabie­ra­jąc miej­sca pracy dla mieszkańców.

Jedze­nie w samo­lo­cie sma­kuje tak, jak wygląda.

Domi­ni­kana, Punta Cana

W miej­scu gdzie wylą­do­wa­łem zatrzy­ma­łem się na parę nocy. Nie było tam atrak­cji tury­stycz­nych poza miej­sco­wymi pró­bu­ją­cymi nas pod­wieźć na moto­rze, więc wolny czas wypeł­nia­łem pla­żo­wa­niem i wędrów­kami wzdłuż brzegu. Spa­cery uroz­ma­ica­łem sobie robie­niem zdjęć pasu­ją­cych na roz­kła­dówkę maga­zynu z podró­żami i to by się nadawało.

Z tego zdję­cia jestem wyjąt­kowo zado­wo­lony. Poziom jest tak ogromny, że posta­no­wi­łem po ponad 5 latach zmie­nić swoje pro­fi­lowe, usta­wia­jąc poniż­szy obra­zek. Skoro już wyje­cha­łem na waka­cje w egzo­tyczne miej­sce, to muszę mieć wypa­sione sel­fie, prawda?

Także wzią­łem wodo­od­porną kamerę, nasa­dzi­łem na kija, włą­czy­łem nagry­wa­nie, wsze­dłem po kolana do morza i zaczą­łem napier­dzie­lać kijem w górę i dół jak­bym ubi­jał masło. Przy gwał­tow­nym zanu­rze­niu wokół kamery na chwilę robi się bąbel z powie­trzem, woda jesz­cze nie zdąży się zaskle­pić i zamknąć, a jej brzeg widoczny jest na zdję­ciu jako okrąg. Potem wystar­czyło prze­gląd­nąć fil­mik i wybrać naj­lep­szą klatkę.

Domi­ni­kana, Santo Domingo

Duże mia­sta, a szcze­gól­no­ści sto­lice w tej czę­ści świata są obrzy­dliwe. Rynsz­to­kami prze­le­wają się rzeki odpad­ków, w któ­rych grze­bią bez­domni ludzie, wokół unosi się zapach zepsu­cia i roz­kładu, wszel­kiego rodzaju tury­styczne miej­sca są żenu­jąco niskiej jako­ści i zaska­ku­jąco wyso­kiej ceny, a do tego jest tam nie­bez­piecz­nie. Nie spo­tkała mnie co prawda żadna przy­kra przy­goda, ale zupeł­nie ina­czej się czło­wiek czuje wycho­dząc po zmroku w takim miejscu.

Mają też na głów­nym placu pomnik JP2, a także Krzysz­tofa Kolumba. Jesz­cze tego pierw­szego jestem w sta­nie zro­zu­mieć, ale Krzy­sia Kolumba? Czło­wieka który przy­je­chał z ogniem i żela­zem, aby znie­wo­lić tutej­sze ludy i ode­brać im wszyst­kie kosz­tow­no­ści? To tak jakby w War­sza­wie był pomnik Hitlera. Odrażające.

Nie wiem co tam robił faraon mumia.

Domi­ni­kana, Limon

Od kiedy powstał inter­net wszy­scy zdą­żyli się już zdzi­wić w jaki spo­sób rosną ana­nasy, jed­nak skoro sam zro­bi­łem to zdję­cie to wrzucę. A nuż kogoś to zasko­czy. To było w dro­dze na wodo­spady. Więk­szość zdjęć wodo­spa­dów poszło na snapa i mam tylko takie śred­nie, więc nie pokażę.

Domi­ni­kana, Semana

Tutaj parada, na którą tra­fi­łem przy­pad­kowo podró­żu­jąc z chło­pa­kami, któ­rzy zabrali mnie na stopa. Chwilę po dotar­ciu do tego mia­sta przy­cze­pił się do nas miej­scowy gość, który twier­dził że wszystko nam zała­twi naj­lep­sze i że nazywa się Menelo. Imię nam przy­pa­dło do gustu, miej­sce z jedze­niem, które pole­cił rów­nież, więc poje­cha­li­śmy zoba­czyć jaki to hotel może nam zapro­po­no­wać. Też było nie­źle. Wła­śnie przed tym hote­lem zro­bi­łem powyż­sze zdję­cie, a Menelo tylko roz­krę­cał się z tym co może nam zała­twić. Mary­chu­anina, koka­ina, dobrze jest wcią­gnąć, żeby mieć siłę na lokalne kobiety. Bo one są silne i gorące. A dziew­czyny też mogę zała­twić. Jedną, dwie, trzy naraz, ładne albo tanie.

Jed­nak była też atrak­cja od Menelo, z któ­rej sko­rzy­sta­li­śmy — oglą­da­nie tarła wie­lo­ry­bów. Było co prawda droż­sze niż tania dziew­czyna od niego, no ale wie­lo­ry­bów zbyt czę­sto się nie widuje. Choć nawet pod­czas tego oglą­da­nia nie widuje się ich zbyt czę­sto. Tury­ści stło­czeni w maleń­kiej łódce i miej­scowy goniący nią frag­menty płetw deli­kat­nie wysta­ją­cych ponad powierzch­nie. Tylko raz widzia­łem jak zro­bił tak spek­ta­ku­lar­nie jak w fil­mach, że widać było tylną płe­twą i ude­rzył nią o powierzch­nię. Jed­nak parę­set metrów dalej. Jed­nak pomimo tego, że nie mam dobrych zdjęć wie­lo­ry­bów, to wyspa na którą nas zawieźli póź­niej w ramach tej wycieczki była prze­piękna i tam zro­bi­łem parę ujęć.

Domi­ni­kana, Las Galeras

To jest auto­bus komu­ni­ka­cji miej­skiej. Wię­cej szpa­chli niż przy remon­cie, a i stan tech­niczny pozo­sta­łych ele­men­tów zapewne pozo­sta­wia wiele do życze­nia. A jeżeli cho­dzi o Las Gale­ras, jest to naj­pięk­niej­sza miej­sco­wość (a raczej naj­pięk­niej­szy kom­pleks plaż) jakie widzia­łem. Ten zbiór kil­ku­dzie­się­ciu budyn­ków na północno-wschodnim kraju wyspy jest wspa­nia­łym wybo­rem, jeżeli w waka­cje zamier­za­cie leżeć, pły­wać w oce­anie, leżeć, wypo­czy­wać i może jesz­cze leżeć. Ew. sur­fo­wać. Albo leżeć.

Łódki tak bar­dzo fotogeniczne.

Domi­ni­kana, Cabarete

Chyba naj­ład­niej­sza miej­sco­wość w jakiej byłem. Malow­ni­czy hostel wyglą­da­jący jak zamek, nie­wiele ludzi, tro­chę wię­cej tury­stów. Głów­nym powo­dem przy­jazdu tutaj jest sur­fo­wa­nie, więc nie mogłem sobie odpu­ścić. Byłem więc na tym całym sur­fo­wa­niu, ale wcale go nie poko­cha­łem od pierw­szego wej­rze­nia. Nawet wyna­ją­łem instruk­tora, żeby mnie pod­uczył i gene­ral­nie jest to cał­kiem spoko sprawa, ale mam kilka ale.

Po pierw­sze woda. Nie za bar­dzo umiem pły­wać i jak mia­łem wio­sło­wać rękoma to wyglą­dało to podob­nie jak przy pły­wa­niu krau­lem. Wywi­jam łopa­tami jak ruski wen­ty­la­tor, w ramio­nach pali mnie od wysiłku, a mimo to stoję w miej­scu. No i do tego spa­da­jąc z deski i przyj­mu­jąc na sie­bie fale słona woda wcho­dzi do ust, nosa, oczu i wszę­dzie gdzie może.

Po dru­gie tak naprawdę bar­dzo mało czasu spę­dza się na desce. Więk­szość to trzeba dopły­nąć wraz z nią dalej od brzegu, dobrze się usta­wić wzglę­dem fali, zła­pać odpo­wied­nią i spró­bo­wać wsko­czyć na nią. Max kil­ka­na­ście razy w ciągu godziny.

Po trze­cie leżąc na desce jej poli­pro­py­le­nowa powłoka trze cią­gle o uda. Może nie jest to papier ścierny, ale po jakimś cza­sie skóra zaczyna się ście­rać, odsła­niać bar­dziej deli­katne tkanki, które w kon­tak­cie ze słoną wodą bolą. O tym nikt mi wcze­śniej nie mówił.

No i po ostat­nie, musiał­bym być o wiele lep­szy, żeby zro­bić sobie dobre zdję­cie na desce na insta :<

Śmiesz­ko­wa­nie na sna­pie. O owa­dach tutaj będę musiał zro­bić osobny wpis.

Kosta­ryka, San Jose

Tutaj po raz pierw­szy zamó­wi­łem danie, które ledwo udało mi się zjeść. Nie jestem jakimś gigan­tem jedze­nia wiel­kich ilo­ści, ale ich duże por­cje czę­ściej wywo­łują śmiech niż respekt. Restau­ra­cję Coma Verde zna­la­złem oczy­wi­ście dzięki tri­pa­dvi­so­rowi.

W ramach wpisu Co mnie zdzi­wiło na Kosta­ryce pisa­łem o tym:

Na Kosta­ryce bar­dzo czę­sto można usły­szeć zwrot Pura Vida. Jako osoba, która aktyw­nie uczy się hisz­pań­skiego, posta­no­wi­łem zapy­tać o co cho­dzi, jaka jest geneza i co to dokład­nie zna­czy. Dowie­dzia­łem się, że to jest taka filo­zo­fia kraju zawarta w jed­nym zwro­cie, dwa słowa, któ­rymi można odpo­wie­dzieć na więk­szość pytań:
Co sły­chać?
W domu wszy­scy zdrowi?
Jak sobie radzisz w pracy?
Napi­jemy się browara?

Pomy­śla­łem, że my też mamy w Pol­sce taki zwrot. Filo­zo­fia egzy­sten­cji zawarta w dwóch sło­wach, odpo­wiedź na pra­wie każde pyta­nie — no kurwa.Tylko, że są to dwa zupeł­nie prze­ciwne kie­runki, nie­stety dla nas. Bo pura vida, to zna­czy czy­ste życie. Bez zmar­twień, stre­sów i przej­mo­wa­nia się. Co obja­wia się w każ­dej dzie­dzi­nie ich życia.

Bar­dzo lubię foto­gra­fo­wać stre­etart, nie­stety tutaj nie mam pra­wie wcale możliwości.

Jed­nak jest jesz­cze jedna histo­ria, któ­rej nie opo­wia­da­łem. Pierw­szy dzień w hostelu, sie­dzę sobie spo­koj­nie w ogródku/palarni, nogi wyło­żone na sto­lik i bawię się zdję­ciami. Przy­cho­dzi jakiś miej­scowy gość, przy­siada się do mnie i niczym Woj­ski wyj­muje swój długi, bawoli, cęt­ko­wany, kręty, jak wąż boa do ust go przy­ci­ska, wydyma usta, w oczach krwią zabły­ska. Tylko że nie róg, a fajkę. I może przy­miot­niki inne powinny tam być, ale na pewno była dość spora i impo­nu­jąca. Sie­dzi sobie koło mnie i pyka, więc pró­buję zaga­dać. Że w ogóle o co kaman, że fajka, prze­cież to taki old­school, że mój dzia­dek taką palił.

A gość wydyma policzki, bły­ska łzą w oku, wydmu­chuje dym fajką wyrzu­ca­jąc w powie­trze resztki żaru i zaczyna się krztu­sić. Po chwili docho­dzi do sie­bie i pyta — to Twój dzia­dek jarał zielsko?

Na wycieczce po plan­ta­cji kawo­wej dowie­dzia­łem się sporo inte­re­su­ją­cych rze­czy, nie tylko to, że kawa jest z Etiopi. Britt to palar­nia kawy, w któ­rej można zamó­wić naj­lep­sze Kosta­ry­kań­skie odmiany i zmielą je tuż przed wysłaniem.

Kosta­ryka, rzeka Pacuare

1. Dotrzyj na Kosta­rykę
2. Zapisz się na spływ pon­to­nem
4. Zacznij nagry­wać od samego początku
5. Bate­ria w kame­rze się wyczer­puje na naj­nud­niej­szym odcinku
6. Nie było punktu 3
7. Brak pro­fitu
Po chwili jed­nak zre­flek­tuj się, że teraz nie musisz się przej­mo­wać jak coś będzie wyglą­dało w kadrze, więc można się w pełni sku­pić na chło­nię­ciu atmos­fery, przy­gody, świe­żego powie­trza całą obję­to­ścią płuc i orzeź­wia­ją­cej wody całą powierzch­nią ciała. Więc jed­nak tro­chę był pro­fit.
Ale tego, że nie mam lep­szych ujęć, to cią­gle żal. Jedy­nie krótki fil­mik wrzu­ci­łem na face­bo­oka, dokład­niej tutaj.

Kosta­ryka, La Fortuna

Tutaj wyku­pi­łem sobie cało­dniową wycieczkę na szczyt nie­ak­tyw­nego wul­kanu. Oczy­wi­ście zro­bi­łem to na ostat­nią chwilę i udało mi się utar­go­wać 50$ zamiast 65. Był on nie­ak­tywny tyle czasu, że zdą­żył wokół zaro­snąć tro­pi­kal­nym lasem desz­czo­wym, który teraz jest par­kiem naro­do­wym. Sama wyprawa była długa i dość wyma­ga­jąca. Sporo trzeba było przejść kilka kilo­me­trów, po naprawdę trud­nym tere­nie — musia­łem się wspi­nać, scho­dzić po stro­mych zej­ściach i ubru­dzić całemu bło­tem. Ogól­nie bar­dzo mi się podo­bało to, bo w Euro­pie jeżeli idziesz na jakąś „wyma­ga­jącą” wycieczkę, to te wyma­ga­nia są tylko w nazwie trasy, a i tak każdy przej­dzie ją bez problemów.

Wszystko bar­dzo ład­nie, a po wycieczce zabrali nas jesz­cze na źró­dła ter­malne. Otóż w Kosta­ryce jest podajże jedyna na świe­cie rzeka z cie­płą wodą. Pod koniec wycieczki byli­śmy w jakimś hotelu przy wul­ka­nie, gdzie prze­wod­nik pole­cił nam się prze­brać w stroje kąpie­lowe i wsko­czy­li­śmy do samo­chodu. Byli­śmy po całym dniu cho­dze­nia i wszy­scy wycze­ki­wali z nie­cier­pli­wo­ścią tej rzeki zasta­na­wia­jąc się jak to może wyglą­dać. Po dro­dze prze­wod­nik oznaj­mił nam, że żeby zaosz­czę­dzić czas, powin­ni­śmy w busie się przy­go­to­wać jak do wej­ścia do wody. Czyli zostać jedy­nie w stroju i zabrać ze sobą co naj­wy­żej ręcznik.

Cała ta sytu­acja była dla mnie nie­co­dzienna i zabawna, pra­wie jak począ­tek jakie­goś dziw­nego porno. Kil­ka­na­ście pra­wie nagich osób jedzie auto­bu­sem przez ciemną dżun­glę. Zabaw­nie, a same źró­dło ter­malne bar­dzo przy­jemne. Zresztą jak dowie­dzie­li­śmy się od prze­wod­nika sta­nowi dość popu­larne miej­sce róż­nego rodzaju ran­dek. I w sumie się nie dziwię.

Zanim poszli­śmy do nagiego busa byli­śmy jesz­cze zoba­czyć żabki. Tam była spe­cjalna sadzawka, gdzie sie­działo ich bar­dzo dużo i trzeba było włą­czyć lampę, żeby coś zoba­czyć. Jed­nak nie można robić zdjęć z fla­shem, bo je stresuje.

Nika­ra­gua, Leon

No, naresz­cie jakieś tanie miej­sce! Cał­kiem spoko obia­dek kosz­to­wał około 6 zł, a ana­nas to koszt 1,2 zł, a do tego lokalne przy­smaki, jakieś suszone owoce, orze­chy też w niskich cenach. Trzeba było tylko kupo­wać je od ulicz­nych sprze­daw­ców, a nie w super­mar­ke­cie, gdzie wszystko było kilka razy droż­sze. Zresztą w tym mar­ke­cie pra­wie nie widy­wało się lokal­nych ludzi, a już szcze­gól­nie lokal­nych ludzi kupu­ją­cych pod­sta­wowe produkty.

Byłem się obciąć. U bar­bera. Wie­cie jak to wygląda, lśniące nowo­ścią chro­mo­wane narzę­dzia, duże i prze­stronne blaty, oświe­tle­nie ledowe bijące po oczach z mocą tysiąca słońc, desi­gner­skie sto­liki i kanapy dla ocze­ku­ją­cych, a w koszy­kach obok zbiór hip­ster­skich cza­so­pism, od couchingu po porad­niki zdro­wego żywie­nia. Pan uprzej­mie pyta, czy może kawkę zbo­żową, z bez­glu­te­no­wym wegań­skim mle­kiem, poda­jąc przy tym kata­log fry­zur męskich i cmo­ka­jąc nad Twoim zaro­stem, zasta­na­wia­jąc się jak co można z niego zro­bić.
Nie wiem w sumie, czy tak to wygląda. Nie prze­pa­dam za fry­zje­rami, u bar­bera nigdy nie byłem, aż do dziś. Ale wie­cie, to było w Ame­ryce Połu­dnio­wej, w Nika­ra­gui.
Na początku myśla­łem, że to zwy­czajny fry­zjer. Tzn. tak bar­dzo zwy­czajny, jak może być on w tej czę­ści świata. Musztardowo-sraczkowata farba olejna odcho­dząca gru­bymi pła­tami od ściany, na któ­rej został nama­lo­wany emble­mat męż­czy­zny w cylin­drze i z mono­klem. Kilka pla­sty­ko­wych krze­seł ogro­do­wych, na ścia­nie kilka luster, każde z innej para­fii. Zupeł­nie jak­bym przez przy­pa­dek tra­fił do kom­pleksu ubikacyjno-prysznicowego pod­czas kolo­nii w Cie­cho­cinku. Z moim łama­nym hisz­pań­skim zdo­ła­łem powie­dzieć, że chcę się obciąć i poda­łem pasz­port. Mniej wię­cej tak chce wyglądać.

I wszystko byłoby spoko. Gość z ogromną wprawą owi­nął mnie w ręcz­niki i inne far­tu­chy, wycią­gnął maszynkę, nożyczki i nakur­wia mnie po wło­sach jak mały, ręczny kom­bajn. Wen­ty­la­tor wieje na mnie z tyłu wymia­ta­jąc włosy wprost na ulicę, a maestro dalej nakur­wia. Myślę sobie, nie jest tak źle. Nawet nie spró­bo­wał zaga­dy­wać, a jak wia­domo fry­zjer który zaga­duję jest jedną z bar­dzo nie­przy­jem­nych rze­czy. Gor­szy jest chyba tylko den­ty­sta. W każ­dym razie strzyże mnie, strzyże, nic się nie odzywa, zaczy­nam powoli się roz­luź­niać mimo mojej nie­chęci do fry­zje­rów i stresu przed byciem źle zro­zu­mia­nym, wtem…

Gość wyciąga brzy­twę. Jest to jeden z głów­nych powo­dów, dla któ­rych w życiu nie poszedł­bym do bar­bera. Przy­sta­wia mi ją do twa­rzy, a ja się zaczy­nam zasta­na­wiać, czy przez przy­pa­dek nie popro­si­łem go o mor­der­stwo zamiast obcię­cia. Albo cho­ciaż o obcię­cie ucha, a nie wło­sów, lecz z rękoma pod płasz­czem nie mam jak odpa­lić słow­nika w tele­fo­nie. Następ­nie przy­po­mi­nam sobie demo­nicz­nego goli­brodę z J. Dep­pem i boję się, że skoń­czę jako cia­sto, na jed­nym z ulicz­nych stra­ga­nów. W przy­pły­wie wisiel­czego humoru cie­szę się, że nie zde­cy­do­wa­łem się nigdy spró­bo­wać tako­wego. Skro­bał mnie tym ostrzem po karku i za uszami przez całą wieczność.

Muszę się nauczyć sam obci­nać. Albo wyły­sieć ze stresu, to chyba będzie prost­sze, bo wystar­czy mi jesz­cze tylko kilka wizyt u tutej­szych fryzjerów.

Nika­ra­gua, Cerro Negro

Byłem też zjeż­dżać na san­kach z wul­kanu. Albo na desce, bo rekla­mują to jako vol­cano boar­ding. Coś podob­nego do tego jak w dzie­ciń­stwie zjeż­dża­li­śmy z kole­gami z hałd kole­jo­wych, tylko tro­chę dłuż­sze. I że niby jedyne miej­sce na świe­cie, gdzie można coś takiego zro­bić, widocz­nie nigdy nie sły­szeli o Byto­miu. W każ­dym razie czło­wiek, deska, nachy­le­nie 45 stopni i jazda po żwi­rze. Tylko trasa dłuż­sza, no i hałdy przy Pie­ka­rach Ślą­skich się tak ład­nie nie nazy­wają — Cerro Negro.

W Nika­ra­gui, kraju gdzie za 1,5$ można kupić dobry obiad albo 3 ana­nasy, zde­cy­do­wa­łem się zapła­cić 30$ za tę przy­jem­ność. Na dwo­rze 40 stopni, auto­bus wie­zie całą grupę po wer­te­pach, następ­nie kawał dechy do ręki i wspi­naczka. Tysiąc metrów pod górę, z kom­bi­ne­zo­nem w ple­caku i deską w ręce po drob­nym żwi­rze, który z każ­dym kro­kiem się unosi i wci­ska do ust, nosa, oczu. Za jedyne 30 dola­rów, cał­kiem roz­sądna cena, za atrak­cje w stylu hard­ko­rowy Bytom.

No, ale po coś kupi­łem kamerę spor­tową, teraz muszę ją wyko­rzy­stać robiąc coś eks­tre­mal­nego. Także idę pod górę, wraz ze mną w gru­pie 7 let­nie dziecko i star­sza Pani, będzie grubo. Na górze prze­bie­ramy się w strój Wal­tera White’a, kto nie lubi jeść gruzu owija twarz chu­stą (tylko ja z całej grupy wzią­łem) i jedziemy.

W gło­wie mi się obi­jają ostrze­że­nia prze­wod­nika, żeby obie stopy cią­gle na ziemi, żeby się nie roz­pę­dzać dopóki się nie poczu­jemy pew­nie, że to wcale nie jest takie trudne. Co mi będzie pier­do­lił, ja mu pokażę jak się zjeżdża.

Wie­cie czemu zdję­cie, a nie fil­mik? Bo się prze­wró­ci­łem. Mimo Bytom­skiej zaprawy na hał­dach i doświad­czeń z desko­rolką obró­ciło mnie i zali­czy­łem spek­ta­ku­larną glebę. Naj­bar­dziej z tego powodu ucier­piała moja duma. Wszyst­kie stłu­cze­nia, obi­cia, zadra­pa­nia i żwir w każ­dym ele­men­cie gar­de­roby są w porów­na­niu z tym jedy­nie drob­nymi nieprzyjemnościami.

Nie mniej jed­nak warto było wydać te 30$, bo wyszło naprawdę piękne zdję­cie, a i z fil­miku wytnie się spek­ta­ku­larne kil­ka­na­ście sekund jazdy. Cie­szę się, że tam byłem, ale drugi raz bym się nie zde­cy­do­wał.
Naj­pierw będę musiał potre­no­wać na hałdach.

Nika­ra­gua, Somoto

Poje­cha­łem zoba­czyć jedną z głów­nych atrak­cji tury­stycz­nych tego pań­stwa — kanion Somoto. I nawet pró­bo­wali mnie tu oszu­kać! Na dworcu prze­wod­nik stwier­dził, że nie można samemu tam wejść, bo nie można. Oczy­wi­ście bzdura, można wejść i nawet tak tra­fi­łem, że było to za darmo. Można było przejść kilka kilo­me­trów w głąb kanionu, co też zro­bi­łem. Sama trasa była wyma­ga­jąca, trzeba było się wspi­nać po kamie­niach, iść stro­mymi zbo­czami, w jed­nym miej­scu prze­rzu­cić ple­cak i prze­pły­nąć. Bar­dzo ład­nie, jed­nak wyda­nie 30$ na to, żeby prze­wod­nik z Tobą poszedł nie jest zbyt dobrą inwestycją.

Pierw­szy mie­siąc podróży za mną, kolejny roz­po­czy­nam od Hon­du­rasu. Na naj­bliż­szy tydzień mam bar­dzo inte­re­su­jące plany, więc można się spo­dzie­wać dobrych zdjęć i inte­re­su­ją­cych histo­rii. Ale wszystko w swoim czasie.

Zobacz co mnie spo­tkało póź­niej — drugi mie­siąc podróży

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • Julia

    Super to wszystko wygląda i faj­nie to opi­sa­łeś. Lekko, zabaw­nie, przy­jem­nie się czyta 🙂
    Bar­dzo mnie inte­re­sują takie prak­tyczne, codzienne kwe­stie Two­jej podróży. Np. czy udaje Ci się zna­leźć ban­ko­maty albo ter­mi­nale płat­ni­cze czy to raczej rzad­kość; jak wyglą­dają miej­sca, w któ­rych nocu­jesz (hostele, domy pry­watne, cokol­wiek…), jedze­nie typowe dla tej czę­ści świata i wła­śnie takie „codzienne”, zwy­kłe i jed­no­cze­śnie nie­zwy­kłe histo­rie jak ta, kiedy posze­dłeś pod­ciąć włosy.
    W ogóle to sza­cun za odwagę! Cze­kam na kolejne tak świetne wpisy 😀

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Hej!
      Jeżeli cho­dzi o pie­nią­dze, to wzią­łem dość sporo dola­rów w gotówce i tylko dwa razy pła­ci­łem kartą. Dzięki temu bar­dzo łatwo kon­tro­lo­wać wydatki, bo widzisz ile Ci bra­kuje 😉 Zresztą co do wydat­ków to kon­kretne pod­su­mo­wa­nie wszyst­kich kosz­tów zro­bię po podróży. Bo tutaj można pła­cić dola­rami tak samo jak lokalną walutą, w każ­dym skle­pie przyjmą, pod warun­kiem że nomi­nał nie jest zbyt duży.
      Noco­wa­łem na razie tylko w hoste­lach. Couch­sur­fing nie jest na tyle popu­larny, abym mógł zna­leźć ludzi chęt­nych mnie przy­gar­nąć.
      A jeśli cho­dzi o jedze­nie, to w wielu przy­pad­kach jest dość podobne. Naj­tań­sze i naj­ła­twiej­sze w pro­duk­cji mięso kur­czaka wie­dzie prym, bar­dzo popu­larne są ryby, zamiast ziem­nia­ków mają spe­cjalną odmianę bana­nów, które można ugo­to­wać i zro­bić puree, albo usma­żyć jak frytki, do tego jedzą ryż z fasolą. No i owoce są tanie i popu­larne. Jesz­cze nie zda­rzyło mi się spró­bo­wać nic tak egzo­tycz­nego, że wcze­śniej tego nie jadłem.

      Będę musiał coś napi­sać o pod­sta­wo­wych potrze­bach w podróży, bo to w sumie dość obszerny temat jest.