Nieznani znajomi

Każdy ma takich ludzi. Wiemy o nich wystar­cza­jąco, by byli naszymi zna­jo­mymi, ale o wiele za mało przez co są nie­znani. Nie utrzy­mu­jemy kon­taktu, bo niby o czym mie­li­by­śmy rozmawiać?

Ogra­ni­cze­nia

Czło­wiek jest w sta­nie pora­dzić sobie z obsługą ogra­ni­czo­nej liczby zna­jo­mych. Utrzy­my­wa­nie regu­lar­nych kon­tak­tów z ponad 100 oso­bami nie jest pro­stą rze­czą. Przy­ja­ciół nie da się mieć wię­cej niż kil­ku­na­stu, a i to jest trudno osią­gnąć. Stała kosmiczna, ogra­ni­cze­nia spo­łeczne, fizyczne i naszego mózgu.

Nie prze­sko­czysz tego. Nie ma moż­li­wo­ści poświę­ca­nia wystar­cza­ją­cej ilo­ści czasu i uwagi, gdy wokół toczy się życie. Jed­nak jest dużo osób które znamy, choć słowo znamy jest tutaj swego rodzaju nad­uży­ciem. Koja­rzymy ich przy­do­mek, cza­sem wiemy jak mają nazwi­sko, gdzie miesz­kali, z kim się spo­ty­kali, bądź czym się interesują.

Kole­żanka byłej, sio­stra zna­jo­mego kum­pla z podwórka, towa­rzy­sze nie­doli z pod­sta­wówki, ran­do­mowe osoby poznane na impre­zach, syn przy­ja­ciółki rodzi­ców. Zna­jome nazwi­ska oku­pują listę zna­jo­mych, sie­dzą od lat zagnież­dżone w gło­wie, mimo że nie prócz zna­jo­mo­ści pod­sta­wo­wych infor­ma­cji na swój temat nic nas nie łączy.

Nie roz­ma­wiamy, nigdy tego nie robiliśmy.

Nie­znani zna­jomi. Znani nieznajomi.

Deja vu

Główny boha­ter: Ja
Opis akcji: Podróż lot­ni­cza War­szawa — Kraków.

Zaczęło się nie­po­zor­nie. Naj­pierw był lot Budapeszt-Warszawa, przy­dzie­lono mi miej­sce koło dwóch szcze­bio­cą­cych idio­tek. Nie wzięły pod uwagę, że mogę rozu­mieć pol­ską mowę, więc nie krę­po­wały się poru­szać róż­nych tema­tów. Jed­nak zamiast egzystencjonalno-filozoficznych były to raczej melanżowo-fizjologiczne. Czu­łem się jak w dniu świra.


Zaczą­łem wspo­mi­nać roz­mowę jaką udało mi się prze­pro­wa­dzić pod­czas ostat­niej podróży pocią­giem. Czemu nie mogłoby tak być częściej?

Lądo­wa­nie w sto­licy, pół­to­rej godziny do kolej­nego lotu, sia­dam na ławeczce i pochła­niam kolejną książkę Prat­chetta. Późny wie­czór, na zewnątrz zimno, wietrz­nie, desz­czowo. Tłum ludzi kotłu­ją­cych się w auto­bu­sie lot­ni­sko­wym nie wia­domo dla­czego tak chęt­nie usta­wia się w kolejce do samo­lotu. Naj­bar­dziej się pchają ci, któ­rzy mają miej­sca na początku samo­lotu — chyba spe­cjal­nie po to, żeby tamo­wać przej­ście dla innych.

Sie­dzę sobie dalej spo­koj­nie w auto­bu­sie, chro­niony od wia­tru i desz­czu, wycho­dzę dopiero gdy kie­rowca mnie wypra­sza. Już bez kolejki wcho­dzę do środka, by prze­ko­nać się że całe przej­ście pełne jest krzą­ta­ją­cych się ludzi. Rzut oka na bilet, miej­sce na samym końcu, wia­domo. Co to to nie, sia­dam na naj­bliż­szym wol­nym, fuck the sys­tem i te sprawy.

ONA

Każą wyłą­czyć wszel­kie urzą­dze­nia elek­tro­niczne, ste­war­dessa roz­po­czyna swój rytuał. Mecha­nicz­nie powta­rzane ruchy, które znam na pamięć rów­nie dobrze jak tekst Dra­go­stea Din Tei. Nagle zauwa­żam, że na sie­dze­nie przede mną sie­dzi Ona. Naj­praw­do­po­dob­niej Ona, kole­żanka z pod­sta­wówki, z którą pra­wie w ogóle nie mia­łem kon­taktu. Nigdy.

Jedy­nie wspo­mnie­nie to jak prze­gra­łem siło­wa­nie się na rękę w 3 kla­sie. Przy­glą­dam się, to musi być ona. Cha­rak­te­ry­styczne krę­cone włosy, oku­lary, syl­wetka i styl ubie­ra­nia zga­dza się z tym co widzia­łem na face­bo­oku. Jed­nak zawsze pozo­staje mar­gi­nes błędu, nie zacze­piam żeby nie wyjść na zde­spe­ro­wa­nego podrywacza.

Koniec Lotu

Nad­cho­dzi odpo­wied­nia chwila, żeby się prze­ko­nać czy się znamy, wstaję i czas wokół zamiera. Gru­bas dwa rzędy dalej jest w trak­cie wycią­ga­nia teczki ze schowka, ste­war­dessa wła­śnie otwiera drzwi, atmos­fera jak tuż po wystrzale sędziego w biegu na 100 metrów. Nasze spoj­rze­nia się odnaj­dują i słyszę:

–My się chyba znamy.
–Chyba tak.

Dalej już poszło łatwo. Roz­mowa o wszyst­kim i o niczym, pytam czym dokład­nie się zaj­muje w branży arty­stycz­nej, gdyż takie infor­ma­cje koja­rzę. Dowia­duje się o jakimś śpie­wa­niu, miesz­ka­niu w Afryce, mon­to­wa­niu fil­mi­ków, gadka się klei.

Jak wygląda u Cie­bie sytu­acja z trans­por­tem z lot­ni­ska? — pytam — I tak jadę taksą, to mogę Cię pod­rzu­cić gdzie chcesz.

Tak się zło­żyło, że aku­rat była potrze­bu­jąca. Mkniemy sobie szosą oma­wia­jąc aktu­alne tematy, opo­wia­da­jąc o swoim życiu i przy­go­dach. Nowe tematy spły­wają kaskadą, żad­nego nie udaje nam się ukoń­czyć, gdyż poja­wiają się coraz to now­sze, coraz to bar­dziej inte­re­su­jące. Mamy sobie tak dużo do powie­dze­nia, mimo że nigdy nie roz­ma­wia­li­śmy. Nagle moja kole­żanka zwraca się do mnie Adrian. No chyba nie. Zapo­mnia­łaś jak się nazywam?

Nie­znani zna­jomi, znani nieznajomi

Nie, nie zapo­mniała. Oka­zało się, że się wcale nie znamy. Ona mi przy­po­mi­nała dawno nie­wi­dzianą kole­żankę z pod­sta­wówki, ja jej przy­po­mi­na­łem jakie­goś zna­jo­mego. Czy miało to jakieś zna­cze­nie? Żad­nego, w końcu o życiu żad­nej z nich nic nie wie­dzia­łem. Czy było to nie­co­dzienne? Tak, pra­wie jak histo­ria fil­mowa. Tylko na koniec nie było fajer­wer­ków, muzyki, ani poca­łun­ków. Ale za to mam nową kole­żankę. Pozdro Ola!

Warto roz­ma­wiać z nie­zna­jo­mymi. Rów­nież z tymi zna­nymi, mogą oka­zać się kimś zupeł­nie innym.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • Miro­slawa

    świetny tekst, świetna histo­ria , świetna puenta 🙂 bylby z tego nie­zły sce­na­riusz filmowy:)))