Ósmy miesiąc podróży — podsumowanie fotograficzne

Zwie­dzi­łem jedno z państw, które naj­bar­dziej mi przy­pa­dło do gustu — Ekwa­dor, oraz spę­dzi­łem miło czas pra­cu­jąc na wolon­ta­ria­cie w Peru.

Quito, Ekwa­dor

Wjeż­dża­jąc do Ekwa­doru moż­liwe że popeł­ni­łem dość spory błąd. Zresztą pod­czas całej podróży to tyle róż­nych błę­dów czło­wiek popeł­nia, ale nie spo­sób się przed wszyst­kimi ustrzec i zawsze mieć szczę­ście. Przede wszyst­kim tyczy się to dwóch sytu­acji — w któ­rej prze­pła­camy, bądź w któ­rej omi­jamy miej­sca warto zoba­cze­nia. Tak też sprawa miała się w tym przy­padku. Samo wjeż­dża­nie tutaj nie było błę­dem, bo Ekwa­dor jest w ści­słej czo­łówce kra­jów które odwie­dzi­łem pod­czas tej podróży, jed­nak po dro­dze omi­ną­łem jedno miejsce.

Jedyną dobrą cechą dużych miast w Ame­ryce Połu­dnio­wej jest duża ilość street artu.

Tar­go­wi­sko w Ota­valo. Było sporo prze­sła­nek, żeby je omi­nąć — przede wszyst­kim naj­wię­cej się tam dzieje w sobotę, w który to dzień rów­nież przy­jeż­dża­li­śmy, jed­nak zbyt późno. Do tego moje poprzed­nie doświad­cze­nia z zachwa­la­nymi i super popu­lar­nymi tar­go­wi­skami były, deli­kat­nie mówiąc, kiep­ski. Po trze­cie jecha­li­śmy w auto­bu­sie z gościem, który jechał do Quito.

Argu­ment za zna­la­złem tylko jeden i jakieś dwa tygo­dnie po fak­cie. Tar­go­wi­sko w Ota­valo jest na trze­ciej pozy­cji na liście miejsc war­tych do zoba­cze­nia w Ame­ryce Połu­dnio­wej wg Lonely Pla­net. Czy tak jest fak­tycz­nie zapewne nigdy się nie dowiem.

Zaje­cha­łem jed­nak do Quito. Jest to sto­lica Ekwa­doru, ogromne mia­sto o popu­la­cji ponad 7 milio­nów (wię­cej niż Węgry!) cią­gnące się ponad 30 km w doli­nie gór­skiej na wyso­ko­ści około 2700 m. W takich przy­pad­kach jak zwy­kle więk­szość mia­sta jest obrzy­dliwa, prócz sta­rego mia­sta. Ono też nie jest zbyt impo­nu­jące, ani ładne prócz ogrom­nych kościo­łów. Do tego wszyst­kiego poza dziel­ni­cami tury­stycz­nymi może być nie­bez­piecz­nie, więc gene­ral­nie śred­nio warte pole­ce­nia miejsce.

Kate­dro w Quito

Pomnik papieża Polaka przed nią.

Widok z kate­dry na miasto

Bar­dzo ładny witraż, szkoda że te dwie szyby draż­nią mój zmysł estetyczny.

No i ostat­nie zdję­cie ze środka.

Takim naj­bar­dziej tury­stycz­nym miej­scem jest Plaza Foch. Jest to plac pełen klu­bów na wzór euro­pej­ski, tak jakby kto­kol­wiek jadąc na drugi koniec świata chciał mieć się tak samo jak w domu. W oko­li­cach placu znaj­duje się ogromna liczba hosteli, z któ­rych pra­wie każdy posiada pry­watną ochronę, rów­nież na zewnątrz. Dzięki temu można się bez­piecz­nie prze­miesz­czać w oko­licy, nie­za­leż­nie od godziny. Bar­dzo cie­kawy ewe­ne­ment. Choć nie­zbyt fotogeniczny.

Opis nie­zbyt zachę­ca­jący, acz­kol­wiek zna­la­zło się tam też parę inte­re­su­ją­cych rze­czy do zrobienia.

ŚRODEK ŚWIATA

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś dla­czego Ekwa­dor nazywa się Ekwa­dor? Po angiel­sku to zna­czy dokład­nie rów­nik, bo ten kraj leży na rów­niku. A nawet wię­cej, w Ekwa­do­rze został umow­nie obrany punkt 0,0,0. Śro­dek świata. Jest umowny punkt odnie­sie­nia, więc tak naprawdę nic nie zna­czy, ale z dru­giej strony jest to umowny punkt odnie­sie­nia i miesz­kańcy posta­rali się, aby coś zna­czył. Dla­tego też warto go zoba­czyć i dla­tego też tam pojechałem.

Wjeż­dża­jąc do Quito prze­kro­czy­łem rów­nik i zna­la­złem się po raz pierw­szy w życiu na połu­dnio­wej pół­kuli, do punktu zero musia­łem się tro­szeczkę wró­cić. Na szczę­ście jest to dość popu­larna desty­na­cja, a prócz tego doga­duję się po hisz­pań­sku, więc mogłem sko­rzy­stać z trans­portu miej­skiego, aby oszczę­dzić kilka dola­rów (walutą Ekwa­doru są dolce). Co prawda musia­łem się prze­mę­czyć ponad godzinę w zatło­czo­nym do gra­nic moż­li­wo­ści auto­bu­sie, ale po wyj­ściu moim oczom uka­zał się taki widok.

Czuję chorą satys­fak­cję robiąc zdję­cia od nie­fo­to­ge­nicz­nych stron.

Choć ładne zdję­cia też lubię robić.

Nie wiem co to był za budy­nek, do tego zro­bi­łem mu zdję­cie z naj­brzyd­szej i nie­do­koń­czo­nej strony. W ogóle jeżeli cho­dzi o budynki w Ame­ryce połu­dnio­wej, czy cen­tral­nej to można zaob­ser­wo­wać pewien trend. Otóż wszyst­kie szcze­rzą się wysta­ją­cymi prę­tami nie­do­koń­czo­nych pię­ter i uśmie­chają suro­wymi fasa­dami. Podobno dla­tego, że poda­tek od budynku płaci się po jego ukoń­cze­niu, więc zgła­sza­jąc do urzędu dodają jedno pię­tro wię­cej w pla­nie, zosta­wia­jąc moż­li­wość roz­bu­dowy. I płat­ność podatku odro­czona na czas nie­okre­ślony, choć zbio­ro­wi­sko takich budyn­ków wygląda obrzydliwie.

Wróćmy jed­nak do środka świata. Za 7 dola­rów można wejść na teren środka świata, który prócz iko­nicz­nego budynku posiada też całą infra­struk­turę tury­styczną — sklepy z pamiąt­kami, restau­ra­cja, kawiar­nie, wszystko czego potrzeba, prócz ludzi. Bo to jed­nak tro­chę na ubo­czu i sta­nowi tro­chę smutny widok.

Stam­tąd można jesz­cze było wziąć jeden dzie­się­cio­mi­nu­towy auto­bus, aby następ­nie po krót­kiej wspi­naczce zoba­czyć punkt wido­kowy. I to nie byle jaki, bo znaj­du­jący się na skraju kra­teru dawno wyga­słego wul­kanu, pod­czas gdy w środku znaj­duje się miasteczko.

Super i eks­tra, wszystko zamglone i nic nie widać :<

dsc_5085

Ale na szczę­ście dość szybko chmury prze­go­nił wiatr.

PICINCHA

Pichin­cha to nazwa góry, która znaj­duję się nie­da­leko Quito. Wspo­mnia­łem już, że Quito jest poło­żone na wyso­ko­ści 2700 m? No to teraz wspo­mi­nam, żeby­ście zda­wali sobie sprawę że to dość wysoko i w takim miej­scu powie­trze jest dość roz­rze­dzone, przez co kiep­sko się oddy­cha. Codzien­nie rano wycho­dząc z objęć Mor­fe­usza mia­łem przed oczami scenę, gdzie Neo po raz pierw­szy wynu­rza się ze zbior­nika. Dla­czego by w takim razie nie spró­bo­wać wejść jesz­cze wyżej?

Żeby to zro­bić naj­pierw trzeba było udać się do pobli­skiego parku roz­rywki, który był bar­dziej opusz­czony niż try­buna na meczu Legii z Realem. Jedyną rze­czą dla któ­rej ludzie się tam zja­wiali była kolejka linowa wjeż­dża­jąca na wyso­kość 4000 metrów. I to wcale nie jest szczyt, trzeba się jesz­cze wspiąć jakieś 750 metrów w tym roz­rze­dzo­nym powie­trzu, z czego przed­ostat­nie 100 metrów po żwi­rze w któ­rym idzie się trzy kroki do przodu, a dwa się zjeż­dża, a ostat­nie 100 po ska­łach gdy już od wysiłku i braku tlenu robi się ciemno przed oczami. Do tego oczy­wi­ście zimno i wietrz­nie, jak to w wyso­kich górach.

Tutaj jesz­cze nie wygląda tak strasz­nie, ale momen­tami wjeż­dżało się pod kątem ponad 60 stopni.

Kilka widocz­ków po dro­dze na szczyt.

Kolejka zazwy­czaj jest czynna do 18, ale aku­rat tam­tego dnia była kon­ser­wa­cja, więc nale­żało się wyro­bić do godziny 15, ina­czej zosta­jemy na górze. Tro­chę kiep­sko bio­rąc pod uwagę, że byli­śmy tam przed 11, a czas potrzebny żeby wejść na szczyt i wró­cić, to około 5 godzin. W związku z tym, jako osoby nie­zbyt wpra­wione we wspi­naczce, nie­przy­zwy­cza­jone do tak małego stę­że­nia tlenu i bez spe­cjal­nego przy­go­to­wa­nia posta­no­wi­li­śmy obró­cić to w 4 godziny. I nawet udało nam się to zro­bić i nagrać fil­mik uro­dzi­nowy dla zna­jo­mego na szczycie.

Nie będę zbyt długo narze­kał o tym, że zimno, że wiało, że pośpiech, że zady­sza­łem się jak stara cha­beta, bo nie chcę się powta­rzać przy każ­dej wędrówce po górach. Po pro­stu wrzucę tro­chę zdjęć.

Tu już zaczy­nało być ciężko.

Nie wzią­łem ze sobą nic, żeby napi­sać adres bloga na skale :<

Widzia­łem orła cień, czy spi­rit of a hawk?

Te ptaki wyglą­dają jakby wła­śnie wydały naj­go­ręt­szy mixtape 2016.

A tu inny ptak, już nie tak ziomalski.

Banos, Ekwa­dor

Banos to bar­dzo fajna miej­sco­wość. Malut­kie malow­ni­cze mia­steczko poło­żone w doli­nie gór­skiej, skąd można wybrać się na kilka pie­szych wycie­czek, a w mię­dzy­cza­sie wychil­lo­wać sobie na hamaku w hostelu. Były tam też gorące źró­dła, jak na początku usły­sza­łem że tem­pe­ra­tura wody to 55 stopni Cel­sju­sza, to myśla­łem że ktoś się pomy­lił. Pamię­tam dobrze jak w Buda­pesz­cie był basen na łaź­niach z 44 i to było dość bli­sko gra­nicy bólu.

Oka­zało się, że 55 stopni to prawda, a gra­nica bólu może być dość płynna. Po pro­stu trzeba było wcho­dzić do wody deli­kat­nie i ostroż­nie. Parę minut zajęło mi zanim zanu­rzy­łem się po szyję, a nawet wtedy naj­mniej­szy ruch i naj­lżej­sze zawi­ro­wa­nie wody czu­łem jak sma­gnię­cia ogniem. Na raz lepiej było nie zosta­wać wię­cej niż 15 minut, a następ­nie pod lodo­waty prysz­nic w wodzie z pobli­skiego wodo­spadu i powta­rzać aż do wyczerpania.

Nie mam nie­stety zdjęć z łaźni, ale było tam tak obskur­nie że może i dobrze. Za to widok na wodo­spad doskonały.

Widok na Banos.

Można było spró­bo­wać świnki mor­skiej, ale się nie skusiłem.

huś­ta­łem się na KRAŃCU ŚWIATA

Podró­żo­wa­nie ze zna­jo­mymi nie­sie ze sobą plusy i minusy. Prak­tycz­nie o każ­dej rze­czy w życiu, można tak powie­dzieć, ale ja powiem aku­rat o tej. no ale ja teraz mam doświad­czone na wła­snej skó­rze jej skutki. Po tylu mie­sią­cach samot­nej podróży, odizo­lo­wany od wła­snego języka, kul­tury i więk­szo­ści zna­jo­mych róż­nicą cza­sową i odle­gło­ściową stę­sk­ni­łem się za bar­dziej anga­żu­ją­cym towa­rzy­stwem niż losowi, kil­ku­dniowi towa­rzy­sze podróży.

Korzy­ści jest z tego cał­kiem sporo. Prócz tych stan­dar­do­wych, że razem lepiej jest, że się można pil­no­wać, że bez­piecz­niej, że odwie­dzić atrak­cje co to samemu śred­nio jechać, że wysko­czyć na jakiś melanż. Bo to to wia­domo. Jest jed­nak parę plu­sów, o któ­rych czło­wiek na pierw­szy rzut oka by nie pomyślał.

Po pierw­sze nie dość, że możemy roz­ma­wiać w języku ojczy­stym, to do tego zawsze mamy cał­ko­witą pry­wat­ność. Nie­za­leż­nie czy jeste­śmy sami, na ławce w parku, w hoste­lo­wym pokoju wspól­nym, na gór­skim szlaku, w auto­bu­sie peł­nym ludzi, w skle­pie czy restau­ra­cji. Zawsze, a więk­szość osób które podró­żują to albo z Nie­miec, albo z kraju anglo­ję­zycz­nego, albo roz­ma­wiają po hisz­pań­sku. W takim przy­padku przy­padku zawsze muszą się liczyć z tym, że postronne osoby zro­zu­mieją. A kto niby cokol­wiek z języka pol­skiego zrozumie?

Co samo z sie­bie pro­wa­dzi do dość zabaw­nej sytu­acji. Ponie­waż nikt nie rozu­mie ani słowa, nie musimy się ogra­ni­czać co do kwe­stii wyszu­ka­nia słow­nic­twa, wybred­no­ści naszych żar­tów, czy ogól­nej przy­zwo­ito­ści wypo­wie­dzi. Natu­ralną kon­se­kwen­cją takiej sytu­acji jest dege­ne­ra­cja naszych kon­wer­sa­cji, a w szcze­gól­no­ści żar­tów. I tak prze­rzu­camy się swo­istymi epi­te­tami, czy uży­wamy słów powszech­nie uzna­wa­nych za wul­garne, ale nigdy nie twier­dzi­łem, że tylko wyra­fi­no­wany humor jest śmieszny. Zresztą po spę­dze­niu odpo­wied­niej ilo­ści czasu z kimś, wyra­bia się swój wła­sny język i żarty, więc nie ma co tu opi­sy­wać ich, ani całej etymologii.

Kolej­nym plu­sem jest to, że wresz­cie jest ktoś, kto może mi zro­bić zdję­cia. Mimo, że nie prze­pa­dam za pozo­wa­niem do zdjęć, to jed­nak wypa­da­łoby mieć jakieś kilka dobrych ujęć z wyjazdu. Wcze­śniej to męczy­łem się z sel­fie stic­kiem i kamerą, albo co gor­sza samo­wy­zwa­la­czem. Poszli­śmy więc na oko­liczną huś­tawkę na krańcu świata w Banos, Ekwa­dor żeby zro­bić jakieś dobry uję­cia. Takiej na górze góry. Na skraju, przy grani z wido­kiem na jesz­cze wię­cej gór.

W górach jakby ktoś jesz­cze się nie zorien­to­wał. Że trzeba było wejść ponad 800 metrów na wyso­kość, a wie­cie jak ja lubię wspi­na­nie się. Zabra­li­śmy się z pozna­nymi ludźmi i jeden z nich był tak bar­dzo przy­go­to­wany dość mar­nie, bo w japon­kach i jedy­nie w naj­lżej­szym ubra­niu. Nie mogłem więc zbyt­nio narze­kać, będąc o niebo lepiej przygotowany.

Udało się dojść na samą górę i co się oka­zało? Że pomimo pochwa­le­nia się cza­sem jakimś w miarę przy­zwo­itym zdję­ciem, to nie udało mi się zro­bić ani jed­nego przy­zwo­itego, przed­sta­wia­ją­cego Sokoła. W zupeł­nym prze­ci­wień­stwie do niego. A potem jesz­cze jak chcia­łem popra­wić, robiąc kolejne, to apa­rat był za długo włą­czony i tuż przed kolejną fotką moduł oszczę­dza­nia ener­gii posta­no­wił wyłą­czyć urzą­dze­nie. I teraz jest mi wstyd, bo wcale nie zro­bi­łem tego spe­cjal­nie, no i wcze­śniej też mi nie wyszło no i ogól­nie słabo.

Takiego nega­tywu podró­żo­wa­nia razem się nie spodziewałem.

Warto było wyje­chać cho­ciażby dla tych kilku zdjęć co je mogłem zrobić.

Z innej perspektywy.

Mnó­stwo malow­ni­czych wido­ków w drodze.

Widok pra­wie nie­ska­żony ludzką ręką.

Pie­sek wysokogórski.

Sło­wiań­ski przy­kuc musi być.

Jecha­łem na ROWERZE

Nic impo­nu­ją­cego, prawda? Ale fajna przy­goda, bo można sobie było wypo­ży­czyć rower na cały dzień, a następ­nie zje­chać trasą wodo­spa­dów która pro­wa­dzi cały czas z górki — https://www.endomondo.com/users/22929885/workouts/816047740. Zebra­li­śmy się z grupą ludzi z hostelu i to był błąd. Bo jak się jedzie na rowe­rze z górki, to wypa­da­łoby jechać szybko, jed­nak nie wszy­scy mają takie prze­świad­cze­nie. I trzeba było na nich cze­kać, co można zoba­czyć na wykre­sie prędkości.

Następ­nie za jakieś gro­sze można było wrzu­cić rower na cię­ża­rówkę i wró­cić na pace do Banos. Skoro już mie­li­śmy wypo­ży­czone rowery i nie­zre­ali­zo­wane marze­nie o pręd­ko­ści posta­no­wi­li­śmy zro­bić sobie tę trasę jesz­cze raz. Stały się jed­nak dwie strasz­nie smutne rze­czy — roz­ła­do­wał mi się tele­fon i nie mam dru­giej trasy na endo­mondo, oraz zepsuła się pogoda, deszcz sie­kał nas w twarz, a wiatr prze­ciwny do kie­runku jazdy spo­wal­niał. Ehhhhhhhhhhhhhhhhh.

Bar­dzo fajna trasa.

Koń­cowy wodo­spad spa­dał z taka mocą, że można było wyjść mokrym z tego punktu widokowego.

A tutaj co było u góry.

SKOCZYŁEM Z MOSTU

Cały nagłó­wek dużymi lite­rami, wiel­kie rze­czy. W Ekwa­do­rze tyle się dzieje, tyle cie­ka­wych aktyw­no­ści, tyle inte­re­su­ją­cych miejsc, tyle przy­gód i tak mało ich opi­sa­łem. Zale­gam nawet z pod­su­mo­wa­niem poprzed­niego mie­siąca, ale nie mam zbyt dużo czasu ani siły, żeby się roz­krę­cić, a do tego takie coś się zda­rzyło, że powi­nie­nem opisać.

Nigdy nie okre­ślił­bym się jako osoby sza­lo­nej. Napi­sa­łem kie­dyś nawet o tym cały wpis — http://zdzislaw.in/wzglednosc-szalenstwa/ W skró­cie cho­dzi o to, że rze­czy nie są wcale takie sza­lone na jakie się wydają. W tam­tym wpi­sie sku­pi­łem się na róż­ni­cach pomię­dzy odbio­rem róż­nych rze­czy gdy ich nigdy nie zro­bi­li­śmy, a pomię­dzy tym w któ­rym mamy to doświad­cze­nie za sobą. Ist­nieje jed­nak jesz­cze jedna różnica.

Róż­nica w tym jak ja postrze­gam rze­czy, a jak inni na to patrzą. Robie­nie rze­czy, które wiele innych osób zro­biło, za co ludzie biorą pie­nią­dze nie może być nie­bez­pieczna, przez co zazwy­czaj nie może być sza­lona. Mówię to z uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji mło­dego, wyspor­to­wa­nego (i przy­stoj­nego xD) męż­czy­zny, więc mam tę prze­wagę, że moja forma fizyczna i moż­li­wo­ści prze­kra­czają śred­nią. Zatem jeśli uśred­niony Kowal­ski wszedł na pra­wie 5000 tys. metrów zoba­czyć wul­kan, to ja też dam radę. A jeżeli nie do końca jest to prawdą, wtedy działa jak dobry moty­wa­tor. Zazwy­czaj jed­nak rze­czy postrze­gane jako sza­lone, nie są wyma­ga­jące fizycznie.

Na przy­kład takie nur­ko­wa­nie. Wydaje mi się, że ludzie mogą to postrze­gać jako coś sza­lo­nego i eks­tre­mal­nego. Dla mnie nigdy się takie nie wyda­wało, ale nie poświę­ca­łem temu naj­mniej­szych myśli, dopóki nie tra­fiła się oka­zja spró­bo­wać. Nie dość że tyle ludzi nur­kuje, to jesz­cze jak pozna­łem zasady bez­pie­czeń­stwa i moż­li­wo­ści udzie­la­nia pomocy, to już bylem cał­ko­wi­cie prze­ko­nany. Oczy­wi­ście na początku czu­łem się z tym nie­swoje, ale prze­cież umysł naj­po­tęż­niej­szym mię­śniem i im szyb­ciej uspo­ko­imy się z myślą, że to robimy, tym łatwiej będzie.

Z tym ska­ka­niem z mostu to też liczba zabez­pie­czeń była impo­nu­jąca. Musiała być, w takim miej­scu jeden wypa­dek mógłby prze­kre­ślić ich biz­nes na dłu­gie lata. Dwie solidne uprzęże, mnó­stwo lin, no i w sumie tyle wystar­czy. Widok z 90 metro­wego mostu wprost na wzbu­rzoną rzekę fak­tycz­nie może być straszny, więc z jed­nej strony rozu­miem ludzi, że mogą zwąt­pić, ale z dru­giej strony nie wyobra­żam sobie, żeby taki dro­biazg powstrzy­mał mnie. Jeśli byłoby to jakieś nie­bez­pie­czeń­stwo, raczej bym się nie zde­cy­do­wał, bo nie jestem ryzykantem.

No i teraz sko­czy­łem z mostu. Choć tak nie od razu, bo naj­pierw wybra­li­śmy się zro­bić ostat­niego dnia w Banos małą wycieczkę, szlak led­wie 8 km. Poszło kilka osób z hostelu, mię­dzy innymi gość z Hisz­pa­nii i dzie­wu­cha z wysp, mię­dzy któ­rymi wyraź­nie iskrzyło. Z powodu tego dopa­so­wa­nia rze­czy, które sobie opo­wia­dali były dla mnie ist­nym kaba­re­tem. Gość, że on to jest sza­lony, taki z niego krej­zol, a ta laska jest adven­tu­rous. Nie ma kon­kret­nego tłu­ma­cze­nia, ale cho­dzi o to, że lubi przy­gody. Choć na rowery to nie dla niej, skok z mostu cał­ko­wi­cie odpada, spływ rzeką nie­przy­jemny, a wspi­na­nie to katorga. Nie zostało więc wiele rze­czy, w któ­rych mogłaby oka­zać swoją prze­bo­jo­wość i chęć przygód.

Choć o wiele bar­dziej iry­to­wał mnie ten gość. O co to w ogóle cho­dzi, że ktoś o sobie mówi, że jest sza­lony? Bez żół­tych papie­rów, bazu­jąc na swo­jej wła­snej opi­nii? Jak on to będzie robił, chwa­ląc się swo­imi „sza­lo­nymi” przy­go­dami? Jako spo­sób na przed­sta­wie­nie sie­bie w dobrym świe­tle? Kiep­sko strasz­nie, to nie jest przy­miot­nik, któ­rym można obda­rzyć sie­bie. Bycie sza­lo­nym, odważ­nym, faj­nym, zasłu­gi­wa­nie na sza­cu­nek, czy bycie dobrym w łóżku to raczej są kwe­stie, które mogą oce­nić inni na pod­sta­wie Two­ich czynów.

Dla­tego nie będę się już dłu­żej roz­pi­sy­wał. Posze­dłem, sko­czy­łem i nic szalonego.

To zna­czy cał­kiem spoko było, choć to dosłow­nie chwilka i jak­bym się ktoś chciał posrać ze stra­chu, to nawet nie zdąży. Także po prze­ła­ma­niu stra­chu, kró­ciut­kim locie pohuś­tamy się jesz­cze chwilkę, opusz­czą nas na zie­mię i trzeba się wspiąć z powro­tem na most. Cał­kiem spoko, że zro­bi­łem, choć nie zapła­cił­bym po raz drugi 20 dola­rów, aby mieć lep­sze zdjęcie.

W ogóle to gość żar­tow­niś, jak zapy­ta­łem o cenę odpo­wie­dział, że z liną 20 dola­rów, a bez liny pięć. Na moją jakże bły­ska­wiczną, celną i zabawną ripo­stę, że skok bez liny jest dar­mowy, więc powi­nien od 20 odjąć te 5 dola­rów oka­zał się niewzruszony.

Nie mam dobrego zdję­cia jak ska­czę, bo to gość musiał mnie wypchnąć. A zda­wało mi się, że zro­bi­łem tak jak w mis­sion imposible.

Sło­wiań­ski przy­kuc ze znajomymi.

Kwiat.

Przed mostem zro­bi­li­śmy sobie jesz­cze kilku kilo­me­trowy spa­cer wokół Banos.

A w hostelu mieli sta­rego mer­ce­desa, który słu­żył za psią budę. Nie mniej jed­nak udało mi się zro­bić nie­złe zdję­cie, szyb­kie samo­chody, piękne kobiety, kwit­nące krzewy.

Jecha­łem na LINIE

Kolejną z atrak­cji były wyciągi linowe. Bo tam było sporo gór, dolin, więc łatwo zro­bić takie zjazdy no i sporo miejsc tam było ofe­ru­ją­cych takie atrak­cje. Także za 20 dola­rów pod­pięli mnie do spe­cjal­nych noszy, następ­nie je do liny i z pręd­ko­ścią 80 km/h. To było o wiele mniej eks­tre­malne niż skok z mostu, a mimo to zda­rzały się osoby, które się tego bały. Choć muszę przy­znać że przez chwilę też mia­łem stra­cha, jak pod koniec zjazdu gość zaczął machać rękami tak, jak­bym cze­goś nie zro­bił co powi­nie­nem. Jed­nak po chwili zaha­mo­wa­łem i wszystko było w porządku.

Kolej­nym kro­kiem było przej­ście po lino­wym moście i to było dla mnie naj­trud­niej­szą czę­ścią. Przy­pięci do liny cią­gną­cej się wzdłuż skały trzeba było kro­czyć po małych meta­lo­wych płyt­kach przy­mo­co­wa­nych do nie­zbyt mocno naprę­żo­nej liny. Nie­bez­pie­czeń­stwa śmierci raczej tam nie było, jed­nak jakby spaść i zawi­snąć na linie zabez­pie­cza­ją­cej, to można by się solid­nie poobijać.

Następ­nie trzeba się było wspiąć po meta­lo­wych prę­tach wbi­tych w skałę jakieś 100 metrów, oczy­wi­ście rów­nież z liną zabez­pie­cza­jącą, którą trzeba było co rusz prze­pi­nać w wyż­sze miej­sce. Gene­ral­nie bar­dzo faj­nie się bawi­łem, tylko nie bar­dzo dało się tam zabrać apa­rat. Na szczę­ście naj­bar­dziej inte­re­su­jąca rzecz znaj­do­wała się w maszy­nowni tego wyciągu.

Bo cały mecha­nizm był zro­biony ze sta­rej Toyoty. I mówiąc że był zro­biony z samo­chodu nie mam na myśli, że na pod­sta­wie czę­ści zbu­do­wano nowe urzą­dze­nie, tylko wymon­to­wano więk­szość maszy­ne­rii. Zresztą popa­trz­cie na zdjęcie.

Były nawet pedały.

Cuenca, Ekwa­dor

AUTOSTOP po raz trzeci

Na zdję­ciu jest lokalna koza, co ją udało mi się nawet dotknąć, naj­bar­dziej chcia­łem pona­rze­kać we wpi­sie, że zmo­kłem wtedy, a do tego wszyst­kiego jecha­łem auto­sto­pem. Po raz kolejny.

Ale to nie jest tak, że ja sobie te auto­stopy pla­nuję. Raz tylko zapla­no­wa­łem, to sta­łem przy dro­dze ponad 6 godzin, a póź­niej pod­je­chał bus i prze­po­dró­żo­wa­łem trasę stan­dar­dowo, doda­jąc do tego zmę­cze­nie, oraz omamy wzro­kowe i słu­chowe jakich można się naba­wić w Mek­sy­kań­skim słońcu. Te co nie pla­no­wa­łem, to też jeden był w Mek­syku. Za późno przy­je­cha­łem na gra­nicę, nie było już busi­ków, a pewna miła Pani zgo­dziła się pod­rzu­cić mnie kawa­łek. W przy­cze­pie razem z chyba 6 osób, o czym już kie­dyś pisałem.

Drugi auto­stop (a pierw­szy chro­no­lo­gicz­nie) miał miej­sce w Hon­du­ra­sie i byłem zmu­szony, bo w środku trasy poli­cja wypro­siła wszyst­kich ludzi z busa, dosta­li­śmy zwrot pie­nię­dzy i ulti­ma­tum — albo jedziemy w busie z powro­tem do Tegu­si­galpy (naj­brzyd­sze mia­sto jakie widzia­łem), albo zosta­jemy tutaj. Aku­rat jeden czło­wiek śpie­szył się wtedy na lot­ni­sko i zarze­kał się, że damy radę, posta­no­wi­łem więc podró­żo­wać wraz z nim. Do sko­rzy­sta­nia z tej nie­zbyt pew­nej formy trans­portu po raz trzeci zmu­sił mnie los, zacznijmy jed­nak od początku.

Przy­je­cha­łem z Soko­łem do miej­sco­wo­ści Cuenca w Ekwa­do­rze i jestem dumny z tego jak spraw­nie i efek­tyw­nie udało nam się tam spę­dzić czas. Zaczęło się nie­cie­ka­wie. Przy­by­li­śmy noc­nym busem, choć jechał on jedy­nie 6 godzin, a ostatni odjeż­dżał o 22. Liczy­li­śmy tro­chę na to, że się spóźni, ale prze­li­czy­li­śmy się. Zresztą jeżeli na cokol­wiek można tu liczyć w kwe­stii trans­portu, to jest to fakt, że kie­rowca będzie się śpie­szyć. I nie do końca powa­żać prze­pisy. Zaje­cha­li­śmy więc cało około 4 rano i co w takim wypadku robić?

Mia­sto nie jest wtedy naj­cie­kaw­szym miej­scem. Na pewno też nie tak bez­piecz­nym jak dwo­rzec auto­bu­sowy. Trzeba więc zostać. Zapewne zda­je­cie sobie sprawę, że w nocy jest dość chłod­niej. Ale czy zda­je­cie sobie sprawę jak bar­dzo chłod­niej? Nawet latem może być dość zimno w nocy. W ruch poszły więc śpi­wory. Do wyboru pla­sti­kowe krze­sełka z bla­tem, na któ­rym można oprzeć głowę, albo meta­lowe ławki żeby się poło­żyć. Lepiej leżeć, mimo że w poprzed­nim hostelu stra­ci­łem poduszkę. Sprząt­nęli mi z łóżka w poprzed­nim hostelu, także kolejna rzecz na dłu­giej liście rze­czy stra­co­nych w podróży, ale na szczę­ście nie­zbyt dotkliwa to strata.

Wybra­li­śmy oczy­wi­ście pierw­szą klasę, opcję leżącą. I mimo wpi­ja­ją­cych się w ciało cien­kich i zim­nych meta­lo­wych żebro­wań i naj­waż­niej­szych rze­czy wci­śnię­tych w śpi­wór udało mi się w końcu umo­ścić wygodne posłanko. Zajęło mi to aku­rat tyle czasu ile potrze­bo­wał ochro­niarz aby nas wyczaić (wbrew pozo­rom dość sporo) i zwró­cić uwagę, że tu nie można leżeć. I teraz kolejny dyle­mat, czy wycho­dzić ze śpi­wora, ubie­rać buty, prze­no­sić rze­czy i spró­bo­wać usnąć przy sto­liku na pla­sti­ko­wym krze­sełku, czy liczyć że uda się zasnąć sie­dząc na tych nie­wy­god­nych ławach. Wygrało leni­stwo i nie ruszy­li­śmy się z miej­sca, jed­nak nie można powie­dzieć, że pospaliśmy.

Z ranna poszli­śmy do hostelu, gdzie zgi­nęła moja poduszka, prze­szli­śmy się po mie­ście, do jakie­goś kościoła (mam już czwarte zdję­cie pomnika papieża polaka z podróży), gdzie nie wsze­dłem na dzwon­nicę za dwa dolary, bo nie zwy­kłem wspie­rać tej orga­ni­za­cji, a następ­nie wyku­pi­li­śmy zwie­dza­nie mia­sta auto­bu­sem. Pierw­szy raz w życiu się na coś takiego porwa­łem i zapewne ostatni. Nie tylko samo z sie­bie było szyb­kim objaz­dem wokół mia­sta, rzu­tem oka na naj­waż­niej­sze punkty z pędzą­cego auto­busu, to jesz­cze pogoda była paskudna, nie dość że zmar­z­łem, to jesz­cze nie można było wyjść na dach, bo padało.

Pomnik JP2 z Cuenca.

Park Naro­dowy Las Cajas

Dru­giego dnia w nocy posta­no­wi­li­śmy wyje­chać, a do tego czasu przejść się do parku naro­do­wego Cajas. Znaj­du­ją­cego się rów­nież na około 4 tysią­cach metrów nad pozio­mem morza, więc zadyszka gwa­ran­to­wana. Trasę może­cie zoba­czyć na endo­mondo, bo zadzi­wia­jąco pamię­ta­łem o włą­cze­niu od samego początku, jak i GPS dzia­łał spraw­nie — https://www.endomondo.com/users/22929885/workouts/latest

A jak to wyglą­dało? Zosta­wi­li­śmy rze­czy w hostelu, następ­nie drobne zakupy, żeby co prze­gryźć po dro­dze. Pomi­dory, awo­kado i kilka bułek, w sam raz na drobną prze­ką­skę. Następ­nie spa­cer na dwo­rzec auto­bu­sowy i jesz­cze tylko 20 km w linii pro­stej, czyli z godzinka jazdy. W ogóle bar­dzo cie­kawe roz­wią­za­nie jest na dwor­cach auto­bu­so­wych. Żeby dostać się na płytę musisz przejść przez bramkę i zapła­cić 10 cen­tów. Dzięki temu budy­nek pobiera równą opłatę bez­po­śred­nio od każ­dego podró­żu­ją­cego, a do tego sta­nowi filtr przed nie­pod­ró­żu­ją­cymi oso­bami uda­ją­cymi się na dworzec.

Po cza­sie wysia­damy w parku naro­do­wym, szyb­kie zdję­cie w sło­wac­kim przy­kucu i można lecieć w trasę. Part był naprawdę spory, z moż­li­wo­ścią kil­ku­dnio­wych tras z miej­scami na noc­leg w namio­cie. Tylko żeby spać na 4000 metrów to trzeba mieć kon­kretny sprzęt. A myśmy mieli nie­zbyt kon­kretny, o czym dość szybko się prze­ko­na­li­śmy — zaczęło padać. Prze­szli­śmy już wtedy ponad kilo­metr, posta­no­wi­li­śmy więc kon­ty­nu­ować marsz.

Naj­gor­sze chwile w desz­czu to jak czu­jesz pierw­sze kro­ple za koł­nie­rzem. Ten szok, gdy zimna woda spływa po krę­go­słu­pie. Jak już się jest całym mokrym, to dodat­kowa woda nie robi to zbyt wiel­kiej róż­nicy. Tak na szczę­ście nie mia­łem. Zabra­łem ze sobą tre­kin­gową kur­teczkę i spodnie, więc nie straszne były mi opady. Gorzej ze sto­pami, bo jeżeli cho­dzi o buty, to mam tylko takie na desko­rolkę i wła­śnie jak one mi mokły to czu­łem się tak jak opi­sa­łem na początku aka­pitu. Z tą róż­nicą, że cho­dząc woda się tro­chę ogrzewa i nie jest tak źle.

Poła­zi­li­śmy jed­nak po górach, poczy­ta­li­śmy ogło­sze­nia, żeby nie wycho­dzić bez mapy i kom­pasu, podzi­wia­li­śmy puste pieńki tablic infor­ma­cyj­nych zasta­na­wia­jąc się czy idziemy w dobrą stronę, albo czy wyro­bimy się na powrót. Bar­dzo było ład­nie, naro­bi­łem nawet tro­chę zdjęć, a pod sam koniec trasy jesz­cze pousta­wiały się lamy. Dotkną­łem jed­nej, zro­bi­łem kilka kolej­nych zdjęć i trzeba było zawi­jać na auto­bus. Tylko, że on nie miał sta­cji, po pro­stu prze­jeż­dżał przez frag­ment parku i tam trzeba było go zatrzymać.

I się nie zatrzy­mał. Już abs­tra­huję od faktu, że był ponad 20 minut po cza­sie, o wiele gor­sze jest to, że mimo naszego macha­nia i widocz­nego wysiłku aby zostać zauwa­żo­nym z szo­ferki, kie­rowca posta­no­wił nas jaw­nie zigno­ro­wać i zosta­wić na pastwie lam. Te lamy to nic strasz­nego w porów­na­niu z desz­czem, który znów się roz­pa­dał i z powoli zapa­da­jącą nocą. Pozo­stało więc autostopować.

I udało się, zadzi­wia­jąco szybko. Byli­śmy ze zna­jo­mymi, to trzeba było roz­ło­żyć na dwie pary, ale i tak oboje zła­pa­li­śmy trans­port w prze­ciągu 15 minut. Także Cuenca zwie­dzona szybko, inten­syw­nie i efek­tyw­nie, widzia­łem lamę, jecha­łem po raz kolejny auto­sto­pem i się prze­zię­bi­łem. Mia­łem napi­sać coś krót­szego i mieć jakieś coś cie­ka­wego na zakoń­cze­nie, ale wygląda na to, że mi się nie udało.

Trudno, naj­wy­żej nie dostanę zbyt dużo laj­ków, ale przy­naj­mniej doty­ka­łem lamę.

Niech się zacznie pokaz zdjęć.

Tutaj widać jak padało. Zresztą zdję­cie też dobre.

Uhm, kilka godzin treku w mokrych butach mi się przy­po­mina jak na to patrzę.

Ale było tam też przepięknie.

Góry, jeziorka.

Mnie śmie­szy

Wodo­spa­dziki.

Kolejne kra­jo­brazy.

I Lama.

A nawet dwie.

Trzy.

Man­cora, Peru

Krótka aneg­dota o podró­żo­wa­niu z kimś

Ostat­nia wrzutka na blogu — jak oszczę­dzać w podróży — koń­czyła się infor­ma­cją, że zatrzy­ma­łem się na wolon­ta­ria­cie. Za to że 25 godzin tygo­dniowo postoję na barze relak­su­jąc się z rana, albo roz­krę­ca­jąc melanże z wie­czora, za zakwa­te­ro­wa­nie i wyży­wie­nie to nie jest praca, tylko spo­sób na oszczę­dze­nie ponad stu dola­rów na tydzień pobytu nad morzem. Jed­nym sło­wem chillujemy.

Jestem pozy­tyw­nie zasko­czony sym­biozą wolon­ta­riatu. Obie strony tutaj korzy­stają, choć wła­ści­ciele o wiele bar­dziej. Mając kilka osób na wolon­ta­ria­cie, cały czas ktoś jest na barze, gene­ruje się ruch, ale przede wszyst­kim zachę­dza to ludzi. O wiele milej zatrzy­mać się w miej­scu gdzie widać dobrze bawią­cych się ludzi. To że miej­sce jest żywe w dużej mie­rze zawdzię­cza wolon­ta­riu­szom. Jest to dobry, samo­na­pę­dza­jący się mecha­nizm, w któ­rego try­bach mam przy­jem­ność się znaj­do­wać. Do tego jesz­cze jedna kole­żanka jest tutaj z Pol­ski, to już w ogóle przej­mu­jemy to miejsce.

No i tak leci czas strasz­nie szybko, jak to bywa na urlo­pie. Bo to jest urlop, jawny odpo­czy­nek od podró­żo­wa­nia, które męczy zarówno psy­chicz­nie jak i fizycz­nie. Także na leże­niu w hamaku, piciu drin­ków, bie­ga­niu po plaży, cho­dze­niu na slac­kline i ogól­no­po­ję­tym chil­lo­wa­niu minął już ponad tydzień cięż­kiej pracy. I tak się składa, że cią­gle jest coś do roboty i mimo osia­dłego trybu blog w dal­szym ciągu pozo­staje zaniedbany.

I tak sobie pomy­śla­łem, że skoro teraz mam tro­chę czasu, a i sytu­acja się deli­kat­nie zmie­niła i nie podró­żuję już sam, to może napi­szę wła­śnie o tym. Bo teraz mam porów­na­nie, bo jestem na bie­żąco, bo widzę jak to się zmie­niło i takie tam. Zaczą­łem od spraw­dze­nia, co też inni napi­sali na ten temat. Po tym drob­nym rese­ar­chu stwier­dzi­łem, że raczej nie napi­szę tego wpisu z dwóch powodów.

Po pierw­sze podró­żuję z ziom­kiem, a wszel­kie próby napi­sa­nia tytułu do takiego wpisu nasu­wają sko­ja­rze­nia ludzi w związku. To jesz­cze dałoby się jakoś obejść, drugi powód jed­nak nie jest już taki pro­sty do prze­sko­cze­nia. Nie mam poję­cia w jaki spo­sób mógł­bym to napi­sać, aby nie stwo­rzyć banału, który widzia­łem w innych miej­scach inter­netu. Mogę jed­nak napi­sać drobną aneg­dotkę, która by się nie wyda­rzyła gdy­bym podró­żo­wał sam.

W naszym hostelu znaj­duje się restau­ra­cja, a raczej pomiesz­cze­nie, w któ­rym kobitka gotuje. Taka drew­niana buda, lecz zaska­ku­jące jedze­nie jest bar­dzo dobre. Naprawdę wyśmie­nite, por­cje znaczne, ceny roz­sądne i naprawdę dobrze się zło­żyło, że tak jest. Prak­tycz­nie wszystko co tam jadłem było naprawdę dobre i zda­rzył się tylko jeden drobny incy­dent. Raz zamó­wi­łem szar­lotkę z lodami i fak­tycz­nie dosta­łem szar­lotkę. Jed­nak nie z lodami, a z dwoma soczy­stymi, oszro­nio­nymi i pola­nymi cze­ko­ladą gał­kami ziem­nia­ków. Puree dokład­niej. Wróćmy jed­nak do anegdoty.

Codzien­nie rano dosta­jemy od tam­tej Pani rów­nież śnia­da­nie. Dość biedne, bo tylko kawa, bułeczka, kąsek masła i kawa­łek omleta lub sadzone jajko, więc po doku­pie­niu jakie­goś pie­czywa, awo­kado i owo­ców może być naprawdę spoko. W każ­dym razie zawsze są jajka i zawsze są nie­do­so­lone. I cały pro­blem koń­czy się w miej­scu gdy poja­wia się sol­niczka, tam też rów­nież zaczyna się anegdota.

Przy­miot­nik jakim można by opi­sać Peru­wiań­czy­ków nie oscy­lo­wałby zbyt bli­sko porządni. W dużej mie­rze prze­waża tutaj pro­wi­zorka, a mnó­stwo rze­czy zro­bio­nych jest na przy­sło­wiowy odpier­dol, 30% nie wię­cej. Na przy­kład stół do bilarda (już abs­tra­hu­jąc od jego stanu, jak i stanu kijów) jest nachy­lony pod kątem widocz­nym gołym okiem. Na barze do kro­je­nia limo­nek jest nóż do chleba, gło­śnik można by prze­wie­sić w znacz­nie lep­sze miej­sce, lampy które roz­sta­wiamy co wie­czór są w takim sta­nie, że naj­chęt­niej trzy­mał­bym z dala od ener­gii elek­trycz­nej. Szafki mają zawiasy na gór­nej kra­wę­dzi, więc są skraj­nie nie­wy­godne. Wie­cie, takie małe rze­czy, które łatwo i małym nakła­dem można by popra­wić. Dro­bia­zgi które iry­tują, ale są zbyt małe żeby je popra­wiać. Na przy­kład solniczka.

Jak się zapewne może­cie domy­ślić dość byle jaka. Pusty sło­iczek z wybi­tymi dziu­rami we wieczku. W środku zwy­czajna sól kuchenna, a do tego surowy ryż. Ryż wspa­niale wyciąga wodę, jesz­cze lepiej niż sól, dla­tego też suszy się w nim wszelką zamo­czoną elek­tro­nikę, tele­fony spłu­kane w kiblu, itp. W sol­niczce też dobrze się spraw­dza, zapo­biega zbry­la­niu się soli i wszystko byłoby w naj­lep­szym porządku, gdyby nie drobna nie­do­god­ność. Otwory w sol­niczce są śred­nicy pozwa­la­ją­cej ryżowi swo­bod­nie wypa­dać pod­czas sole­nia. Czyli w prak­tyce soląc co rano śnia­da­nie posy­puję je rów­nież ryżem. Albo ryżu­jąc je, jed­no­cze­śnie solisz.

No i podró­żu­jąc samemu zapewne wes­tchnął­bym smut­nie nad jej losem, prze­szedł z tym do porządku dzien­nego, co ranek iry­tu­jąc się nie­znacz­nie, tydzień po wyjeź­dzie zapo­mniał i tyle. W przy­padku gdy jest nas dwoje i obaj znamy swoją pogardę do tego typu hochsz­ta­plerki wystar­czyło tylko że na sie­bie spoj­rze­li­śmy. Nie musia­łem tłu­ma­czyć jak wcho­dzi to w kon­flikt z moim per­fek­cjo­ni­zmem, poczu­ciem dobrego smaku i dla­czego taki dro­biazg może być aż tak bar­dzo iry­tu­jący. Nie było potrzeby, bo od razu to wie­dzie­li­śmy. Pory­żo­wa­li­śmy sobie jedze­nie spraw­dza­jąc ile soli przy oka­zji wypad­nie z pojem­nika, posta­wi­li­śmy na środku, ogląd­nę­li­śmy dokład­nie, zamie­ni­li­śmy parę ogól­nych zdań o upadku rasy ludz­kiej, pośmia­li­śmy się tro­chę i tak minęło nam śniadanie.

Tak też mijają śnia­da­nia od jakie­goś tygo­dnia i będą wyglą­dać podob­nie przez kolejny tydzień. I jestem prak­tycz­nie pewien, że pierw­szą rze­czą jaka będzie mi się koja­rzyć z wolon­ta­ria­tem w Peru będzie ta sol­niczka. Gdy­bym I wła­śnie to jest jedna z więk­szych róż­nic pomię­dzy podró­żo­wa­niem samemu, a z osobą którą się dobrze zna.

Tak były małe kotki.

Nie tylko takie malut­kie. Był też pies, ale nie mam zdjęcia.

Pozy­tywny WARIAT

W Man­co­rze pozna­łem kilka wspa­nia­łych osób, z któ­rymi spę­dzi­łem naprawdę dobry czas. Nie­stety nie będę opi­sy­wał tego z kilku powo­dów, po pierw­sze mój wize­ru­nek poważ­nego blo­gera i czło­wieka mi na to nie pozwala, po dru­gie więk­szość żar­tów i śmiesz­nych zda­rzeń jest humo­rem sytu­acyj­nym i opi­sy­wa­nie tego nie dość że nie byłoby śmieszne i inte­re­su­jące, to jesz­cze odar­łoby to z magii w moich wspo­mnie­niach. Po trze­cie nie chcę też za bar­dzo opi­sy­wać innych ludzi, ani zamiesz­czać ich zdjęć. Pozwolę sobie jed­nak wrzu­cić fil­mik z moim zna­jo­mym, który spre­pa­ro­wa­łem dla niego po jed­nej z imprez.

Widzia­łem ISS

I wcale nie cho­dzi o orga­ni­za­cję ter­ro­ry­styczną, ale o mię­dzy­na­ro­dową sta­cję kosmiczną. Jedna z naj­droż­szych ludz­kich inwe­sty­cji w histo­rii, zbu­do­wana wspól­nymi siłami wielu naro­dów (kon­struk­cja modu­łowa), krą­żąca wokół Ziemi z pierw­szą pręd­ko­ścią kosmiczną — czyli taką, która gene­ruje siłę odśrod­kową prze­ciw­dzia­ła­jącą przy­cią­ga­niu gra­wi­ta­cyj­nemu. Miesz­kają tam sobie astro­nauci i jeden z nich nawet nagrał covera Space Oddity, zresztą posłuchajcie.

W każ­dym razie kosmos, inży­nie­ria, nowo­cze­sne tech­no­lo­gie, roz­wój i takie tam, czyli inte­re­su­jąca sprawa. Szcze­rze mówiąc to Sokół się o wiele bar­dziej się tym inte­re­suje, dla mnie kosmos jest zbyt nie­osią­galny żeby poświę­cać mu uwagę i sam bym nie spraw­dzał gdzie i kiedy będzie widoczna. A skoro już tak się stało, to chęt­nie zoba­czy­łem tę jakże inte­re­su­jącą z inży­nie­ryj­nego punktu widze­nia kon­struk­cję, drobny żarzący się punkt mknący po noc­nym niebie.

Wspo­mi­na­łem już tro­chę o wolon­ta­ria­cie, na blogu wspo­mi­na­łem też tro­chę o sobie, no i jak­bym miał tak jed­nym sło­wem okre­ślić jak wyglą­dał tam­ten czas to napi­sał­bym — melanż. Dla­tego też nasz nowy zna­jomy, jak tylko dowie­dział się, że wycho­dzimy na chwilę na plażę zoba­czyć mię­dzy­na­ro­dową sta­cję kosmiczną, to stwier­dził że pój­dzie zoba­czyć z nami tę hehe sta­cję. Tro­chę się zdzi­wił, że mówi­li­śmy prawdę, ale rów­nież był pod wrażeniem.

I tak naprawdę każdy może ją zoba­czyć i być pod wra­że­niem, wystar­czy ścią­gnąć apli­ka­cję ISS Detec­tor i tele­fon powie Ci kiedy i gdzie na nie­bie sta­cja będzie widoczna. Nie żebym rekla­mo­wał to komer­cyj­nie, czy poka­zał wam jakieś zdję­cie noc­nego nieba (cią­gle pró­buję zro­bić dobre). Tak tylko wspo­mnia­łem, bo to prze­cież jest mię­dzy­na­ro­dowa sta­cja kosmiczna.

Tak było w hostelu.

A na plaży były tysiące kra­bów. No, co naj­mniej setki.

Skoń­czy­łem WOLONTARIAT

Zaczy­na­jąc „pra­co­wać” w hostelu trak­to­wa­łem to jak moż­li­wość oszczę­dze­nia pie­nię­dzy w podróży, która pozwoli mi się zatrzy­mać w jed­nym miej­scu i odpo­cząć, bez poczu­cia zmar­no­wa­nego czasu. I nie myli­łem się w tych kwe­stiach, jed­nak nie spo­dzie­wa­łem się, że sta­nie się to dla mnie czymś wię­cej, a nawet o wiele wię­cej. To była jedna z naj­lep­szych decy­zji jakie pod­ją­łem pod­czas całego wyjazdu, pozna­łem kilka osób, któ­rych nie zapo­mnę do końca życia, a i mam nadzieję że jesz­cze spo­tkam, a do tego poże­gna­nie było bar­dziej rzewne niż po Dumbledorze.

Nie spo­dzie­wa­łem się tego zupeł­nie, bo mimo że uwa­żam innych ludzi za jedną z naj­waż­niej­szych rze­czy w życiu, to wcale nie przy­wią­zuję się zbyt łatwo. Nie z każ­dym można zła­pać dobry kon­takt, ale nie będę wam tłu­ma­czył takich bana­łów. Wspo­mnę że moje wyma­ga­nia jawią mi się na dosyć wygó­ro­wane na tle sta­ty­stycz­nych oby­wa­teli. Drugą kwe­stią jest czas, zazwy­czaj trzeba go tro­chę spę­dzić wspól­nie zanim się zsynchronizujemy.

A tutaj takie coś. Sytu­acja pra­wie jak z bajki, kil­ka­na­ście osób z róż­nych czę­ści świata, spo­tkało się w dość nie­po­wta­rzal­nym okre­sie swo­jego życia, w miej­scu w któ­rym już naj­praw­do­po­dob­niej nigdy się nie poja­wią. Czasu nie było wcale aż tak dużo, ale za to każ­demu zale­żało, żeby wpro­wa­dzić jak naj­lep­szą atmosferę.

I udało im się.

Już parę dni przed wyjaz­dem czu­łem się nie­swojo, a jak doszło do żegna­nia się, to serce pode­szło mi do gar­dła. A szcze­gól­nie gdy następ­nego dnia obu­dzi­łem się i nie mia­łem wokół sie­bie zna­jo­mych twa­rzy. Jest wyjąt­kowo rzadką sytu­acja, co może zobra­zo­wać fakt, że te kilka zdań piszę już trze­cią godzinę.

I zdaję sobie sprawę, że nie wszystko co dobre może wiecz­nie trwać, a już szcze­gól­nie waka­cyjne przy­gody. Z czego jed­nak sobie nie zda­wa­łem sprawy, to jak bar­dzo mnie to dotknie. Tak bar­dzo, że nie czuję się na siłach prze­żyć coś podob­nego w naj­bliż­szym czasie.

Posta­no­wi­łem kon­ty­nu­ować podróż zwaną życiem, na jakiś czas star­czy mi wiel­kich podróży. Zostanę w Peru jesz­cze mie­siąc, zoba­czę Machu Pic­chu i wracam.

Będę tęstk­nił.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.