Kolejny mie­siąc podróży i kolejne zdję­cie niczym z okładki ulotki agen­cji tury­stycz­nej. Nie żeby było ich jakoś strasz­nie dużo, bo to nawet pół roku nie minęło, a zdję­cie takie udało mi się już po raz drugi. No i tro­chę pojeź­dzi­łem.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc wcze­śniej — czwarty mie­siąc podróży

Coban, Gwa­te­mala

Cały dzień zajęła podróż do tego mia­steczka. Naj­pierw znad jeziora Ati­tlan do sto­licy kilka godzin w wytrzę­sarce, by wyjść na nagrzany beton w poszu­ki­wa­niu cze­goś dalej. W pierw­szym miej­scu gość chciał żebym zapła­cił za ple­cak, jako za kolejną osobę, no to rezy­gnuję, wia­domo. Pocho­dzi­łem jesz­cze tro­chę kon­tem­plu­jąc spły­wa­jący po ple­cach i twa­rzy pot, aż w końcu zna­la­złem coś w miarę cywi­li­zo­wa­nego. Cywi­li­zo­wa­nego także nie w jakimś podej­rza­nym i śmier­dzą­cym garażu, gdzie gość nawo­łuje ludzi z ulicy. Wcho­dzę więc, a tam nor­mal­nie kasa, okienko, roz­kład, wszystko. Zamie­ni­łem kilka słów z jaki­miś Niem­cami, kupi­łem bilet za 150% ceny podej­rza­nego (i tak lepiej niż pła­cić za ple­cak) no i poje­cha­łem. Kolejne dłu­gie godziny w upale, ducho­cie z wibracją.

Praw­do­po­dob­nie każ­demu by wyszło tutaj takie zdję­cie tutaj.

W ogóle to noc wcze­śniej ogra­ni­czy­łem sobie sen, żeby być zmę­czo­nym i pod­czas podróży łatwo zasnąć. Jed­nak nie wzią­łem poprawki na to, że auto­busy w Gwa­te­mali bar­dziej zasłu­gują na miano rol­le­co­astera niż środka trans­portu. Całą drogę musia­łem trzy­mać się rurek i być w cią­głym sku­pie­niu, aby nie zsu­nąć się z sie­dze­nia, nie ude­rzyć głową o szybę, rurkę i w ogóle prze­żyć. Także zmę­czony zafun­do­wa­łem sobie jesz­cze dzień pełen atrak­cji i jak doje­cha­łem do Coban, to chcia­łem jedy­nie coś zjeść i iść spać. Nawet deszcz mnie przed tym nie powstrzymał.

Bo jedze­nie to głów­nie takie kupo­wane na ulicy. Nie ma sensu cho­dzić do restau­ra­cji, tak samo jak nie ma sensu się zatrzy­my­wać w więk­szych miej­sco­wo­ściach, ale o tym kiedy indziej napi­szę. Posze­dłem przejść po mie­ście zoba­czyć co tam w tra­wie pisz­czy i zna­la­złem sto­iska z mek­sy­kań­skimi taco. No, no, no, w takim razie spró­buję, żeby mieć porów­na­nie. Choć jak się zbli­ży­łem, to moja skor­pio­nie zmy­sły się włą­czyły. Patrzę na ceny i myślę sobie, hola, hola. Coś tu jest nie w porządku. Trzy sztuki za 10 quet­zali, a cztery sztuki za 15. Prze­cież jak się kupuje wię­cej powinno być taniej, a tutaj wręcz prze­ciw­nie. Musia­łem więc wziąć dwie por­cje po 3 sztuki. A potem jesz­cze jedną.

Ład­nie, ładnie.

Semuc Cham­pey, Gwatemala

Byłem dziś w parku naro­do­wym w Semuc Cham­pey. Tam jest taka bar­dzo ładna rzeka, z deli­kat­nymi wodo­spa­dami, jaski­niami, mnó­stwem roślin­no­ści no i wodą o wyjąt­kowo inten­syw­nym kolo­rze. Jest to takie miej­sce w któ­rym robi się zdję­cia do kata­lo­gów tury­stycz­nych. I takie też zdję­cie zro­bi­łem, ale nie wrzucę go tutaj, o nie. Tutaj muszę wrzucę nie aż tak atrak­cyjne zdję­cie ze swoją japą i napi­sać coś, żeby wyszło że jestem sym­pa­tyczny, to wtedy może wię­cej ludzi będzie laj­ko­wać mojego bloga.

Wyką­pać się trzeba w każ­dym akwe­nie wod­nym, zawsze.

Ta miej­scówka znaj­duje się zale­d­wie 40 km od miej­sco­wo­ści Coban. Miej­sco­wo­ści do któ­rej się przy­jeż­dża, aby zoba­czyć ten park naro­dowy. Ktoś naiwny mógłby pomy­śleć, że w takim razie dojazd nie będzie naj­mniej­szym pro­ble­mem, ale wcale tak nie jest. I mówię to z per­spek­tywy osoby, która pod­czas stu­diów czę­sto, gęsto wra­cała do domu pocią­giem, zanim jesz­cze pen­do­lino komu­kol­wiek sko­ja­rzy­łoby się z pocią­giem. Także dłu­gie godziny tele­pa­nia się, sta­nia na polu, eks­tre­malne tem­pe­ra­tury, opa­da­jąca deska, śmier­dzący współ­pa­sa­że­ro­wie, nie­da­jące się otwo­rzyć okna to dla mnie chleb powszedni.

Oczy­wi­ście wszystko zała­twiam sobie sam i korzy­stam tylko z trans­portu publicz­nego. W moim hostelu jest moż­li­wość wyku­pie­nia cało­dnio­wej wycieczki do tego miej­sca, co kosz­tuje pra­wie 200 zł. Nie wiem co oni musie­liby tam zaofe­ro­wać za 200 zł w miej­scu, gdzie dobry obiad można zjeść za mnie niż dychę.

W ogóle to jestem taki mono­te­ma­tyczny. Cią­gle piszę o tym, że trans­port tutaj jest kiep­ski, ale on naprawdę jest bez­na­dziejny. Jesz­cze do tego dałem się dziś zła­pać na naga­nia­cza do auto­busu i zapła­ci­łem jemu, a nie kie­rowcy. Co prawda oszu­kał mnie tylko na 5 zł, ale że dałem się nabrać na taki tani numer, to nie umiem sobie wybaczyć.

A sama jazda bar­dziej przy­po­mi­nała bar­dziej prze­jażdżkę rol­ler­co­aste­rem, niż szyb­kie i wygodne prze­miesz­cza­nie się z miej­sca na miej­sce. Drogi są w tak bez­na­dziej­nym sta­nie (o ile te kle­pi­ska można nazwać dro­gami), że pod­czas jazdy trzeba nie­prze­rwa­nie trzy­mać się barie­rek czy sie­dzeń i czło­wiek tylko myśli, kiedy to się skoń­czy. A co gor­sza w takich warun­kach nie za bar­dzo da się czytać.

W każ­dym razie 40 km, 4 godziny jazy, 25 zło­tych. Wjazd na teren parku naro­do­wego kolejne 25. Tak to już nawet się nie kryli z tym, że przy­jezd­nych kasują wię­cej. Na ścia­nie wisiał cen­nik i można było zoba­czyć, że lokalni płacą pół ceny. Nie uwie­rzyli mi, że jestem lokalny.

Na punkt wido­kowy po scho­dach, ale jestem zapra­wiony na wulkanach.

No i pocho­dzi­łem sobie tam pooglą­dać. Wsze­dłem na punkt wido­kowy zro­bić kilka zdjęć. Spo­ci­łem się nie­mi­ło­sier­nie. Miną­łem kil­ka­na­ście osób chcą­cych sprze­dać mi wodę. Wsze­dłem do wody i zro­bi­łem sobie w niej sel­fie. Wycią­ga­jąc apa­rat z ple­caka na brzegu nie­chcący prze­su­ną­łem go do kałuży. Wyją­łem wszystko z ple­caka i go wykrę­ci­łem. Wło­ży­łem stopy do wody i po chwili je wycią­gną­łem prze­ra­żony. Zorien­to­wa­łem się, że nie ma się co bać małych rybek sku­bią­cych mar­twy naskó­rek. Poczu­łem się jak wielka dama na pedi­cu­rze rybami. Zorien­to­wa­łem się, że jeśli powrót ma trwać kolejne 4 godzin­nym to muszę wracać.

Tak teraz sobie myślę, że skoro już wsta­wi­łem swoją fotę, to i w opi­sie powi­nie­nem być bar­dziej sym­pa­tyczny. Spró­bujmy więc.

Prze­jazd był pełen wer­te­pów i emocji.

Hej ludzi­ska! Dziś był taki wspa­niały dzień i tak świet­nie się bawi­łem! Zoba­czy­łem prze­piękny park naro­dowy, kąpa­łem się w wodo­spa­dach i zro­bi­łem mnó­stwo sel­fie z moją uśmiech­niętą twa­rzą, żeby zaak­cen­to­wać jaki jestem fajny i szczę­śliwy. A jestem bar­dzo szczę­śliwy, bo ta przy­goda wypeł­niła mnie pozy­tywną ener­gią na kolejne pod­boje. Pozdra­wiam wszyst­kich, lajk4lajk, obs4obs.

Flo­res, Gwatemala

Ostat­nia notka cie­szyła się ogrom­nym zain­te­re­so­wa­niem i teraz nie wiem czy dla­tego, że była wyjąt­kowo dobra, że miała cie­kawy opis, że napi­sa­łęm lajk4lajk, czy że umie­ści­łem tam zdję­cie swo­jej uśmiech­nię­tej twa­rzy. W celach rese­ar­chu wrzucę kolejną fotę mojej uśmiech­nię­tej japy, tym razem ze sła­bym jako­ściowo zdję­ciem i napi­szę histo­ryjkę dobrą jak zawsze.

Ład­nie tam było.

Ale naj­pierw jeden aka­pit o podró­żo­wa­niu. Albo trzy. W końcu tu też trzeba było tu doje­chać. Ponie­waż gar­dzę trans­por­tem dla tury­stów (a raczej w obec­nej sytu­acji gar­dzę kil­ku­krot­nym prze­pła­ca­niem za nie), zabie­ram się jak zawsze publicz­nym. A to jest sza­leń­stwo i mimo że teraz już znam język, to wcale wszystko co tam się dzieje nie jest dla mnie oczy­wi­ste. W ogóle naj­pierw to w hotelu recep­cjo­nistka mnie prze­ko­ny­wała do kupie­nia ich prze­jazdu, że bez­po­średni i że ceny są porów­ny­walne jak­bym jechał publicz­nym, a to jesz­cze będę miał zamie­sza­nia z prze­siad­kami. No i nie myliła się, zamie­sza­nia było tam mnó­stwo, ale z całą resztą kłamała.

Na szczę­ście mój wskaź­nik do wykry­wa­nia bul­l­shitu zro­bił się wyjąt­kowo czuły i przej­rza­łem jej grę. Kupi­łem w pobli­skiej sto­łówce śnia­da­nie za 12 qtz (jakieś 5zł) i posze­dłem na dwo­rzec. Tutaj aku­rat dwo­rzec był dwor­cem bar­dziej z nazwy niż z wyglądu, bo to jedy­nie kle­pi­sko z miej­scem na auto­busy. Jako że wolna ame­ry­kanka, to busy mają swo­ich zaga­nia­czy, no i tak też mnie zwa­bili. Mówił, że do Flo­res nie ma bez­po­śred­niej drogi, ale zała­twimy to. No to ok, zary­zy­kujmy. Pie­niądz jesz­cze jakiś w miarę akcep­to­walny chciał za ten swój prze­jazd, także nie tar­go­wa­łem się. Jak się póź­niej oka­zało, przy pierw­szej prze­siadce zaga­niacz dał część pie­nię­dzy temu z dru­giego auto­busu, z instruk­cjami gdzie chcę jechać. W sen­sie te pie­nią­dze, które dałem pierw­szemu to były za całość. On odli­czał sobie za prze­jazd, a kolej­nemu dawał resztę na wszyst­kie kolejne trans­porty, jak w szta­fe­cie. A prze­sia­da­łem się 3 razy.

Nie lubię jak ludzie są na zdję­ciach. Ani jak ja na nich jestem.

W sumie to 4 razy, bo jesz­cze musia­łem się prze­pra­wić przez rzekę. Dosłow­nie kilka minut na łódce, ale ta podróż (w połą­cze­niu z wczo­raj­szą) tyle trwała, że jak się prze­sia­dłem na łódkę to mia­łem wra­że­nie, jak­bym cały świat prze­je­chał i już dalej autem nie można. Dla miej­sco­wych to był zapewne jedyny spo­sób poko­na­nia rzeki o śred­nicy kil­ku­na­stu metrów, z któ­rego pew­nie dość czę­sto korzy­stali. I do tego ten lokalny folk­lor, bo byłem jedy­nym obco­kra­jow­cem w każ­dym z trans­por­tów. Że jesz­cze mam kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów wzro­stu wię­cej niż wynosi śred­nia kraju (i do czego są dosto­so­wane pojazdy), to wzbu­dza­łem nie­zdrowe zain­te­re­so­wa­nie wszyst­kich dzieci, jakie tam były. Jesz­cze jedna rzecz doty­cząca auto­bu­sów miej­skich. Zazwy­czaj można w nich kupić prak­tycz­nie wszystko. Na każ­dym przy­stanku wsia­dają miej­scowi i sprze­dają lody, łado­warki do tele­fo­nów, para­solki, oku­lary, power­banki, napoje, prze­ką­ski, a w nie­któ­rych miej­sco­wo­ściach kon­kret­niej­sze jedze­nie, czy nawet pełne obiady. Pech jed­nak chciał, że aku­rat nie na tej tra­sie, na co wtedy liczyłem.

Póź­niej już tylko musia­łem z mia­sta dostać się na pobli­ską wyspę. GPS jak zazwy­czaj gdy jest potrzebny nie chciał dzia­łać, jed­nak dowie­dzia­łem się od poli­cji. Pół­tora kilo­me­tra jedną ulicą, więk­szość ludzi bie­rze tak­sówkę. No, ale nie ja. Ja posta­no­wi­łem się przejść, bo to tyle czasu bez ruchu i bez powie­trza, a i tak jestem spo­cony jak świ­niak. Tylko dla­tego nie było 5 prze­sia­dek. W każ­dym razie doje­cha­łem, ogar­ną­łem sobie miej­scówkę i ele­gancko. Zatrzy­ma­łem się w naj­lep­szym hostelu jaki w życiu widzia­łem, klima w poko­jach, ogromny ogród z barem, sala bilar­dowa, cały wypeł­niony lokalną sztuką, no naprawdę nie­sa­mo­wity. Miał tylko jeden drobny man­ka­ment. Nie było inter­netu. Tzn był, ale nie dzia­łał. Podró­żu­jąc samot­nie z moim intro­wer­ty­zmem i pro­wa­dze­niem blo­ga­ska nie wyobra­żam sobie, żeby zatrzy­mać się gdzieś, gdzie nie ma internetu.

Mieli za to ładną tabliczkę infor­mu­jącą, żeby zużyty papier wrzu­cać do kosza. Tutaj wszę­dzie tak jest.

Następ­nego dnia rano przez godzinę pró­bo­wa­łem połą­czyć się, żeby wyszu­kać innego miej­sca. W ogóle jak włą­czy­cie stronę tri­pa­dvi­sora na tele­fo­nie, to dosta­jemy infor­ma­cję, że o wiele wygod­niej jest korzy­stać ze spe­cjal­nej apli­ka­cji. I jest to zapewne prawda, bo ta jebana infor­ma­cja poja­wia się na każ­dej pod­stro­nie. W każ­dym razie ścią­gnąć to by się na pewno nie dało przy tam­tym inter­ne­cie. W końcu musia­łem się zde­cy­do­wać na naj­bar­dziej nie­miłą opcję i spy­tać pani pra­cu­ją­cej w hostelu o pole­ce­nie innego. Oczy­wi­ście wywią­zała się dyskusja.

Byłem miły. Zaga­da­łem, że wiem, że to nie­zręczne i że gdyby się dało unik­nąć to bym jej nie pytał, no ale inter­net tutaj nie działa i nie mam poję­cia jak ina­czej mógł­bym uzy­skać taką infor­ma­cję. Zaczęła mnie prze­ko­ny­wać, że tu jest bilard, że jest klima, że jest faj­nie. Żeby nie prze­dłu­żać tej roz­mowy posta­no­wi­łem przed­sta­wić jej bar­dzo obra­zowy przykład.

Mój nowy ulu­biony kubek. Nie no, żar­tuję, nie kupiłem.

Pro­szę sobie wyobra­zić, że poznała Pani ide­al­nego męż­czy­znę. Wysoki jak brzoza, owło­siony jak koza, umię­śniony, szar­mancki, inte­li­gentny i w ogóle cud, miód, orzeszki. Roz­chy­liła usta, wstrzy­mała oddech, tętno jej wzro­sło, a ja kon­ty­nu­uję. Jest tylko jeden szko­puł, jedna maleńka nie­do­god­ność. Nie ma penisa. Z tego też powodu wszyst­kie inne jego zalety stają się bez­war­to­ściowe. Ja mam mniej wię­cej tak, gdy zatrzy­muję się w miej­scu bez internetu.

Poru­szona moim nie­szczę­ściem nie­wia­sta pole­ciła mi inny hostel. Ale mia­łem napi­sać o zdję­ciu. Jakiś rok temu wyma­rzy­łem sobie, żeby pod­czas podróży spo­tkać kogoś, kto zagra na gita­rze i zaśpiewa Blo­wing in the wind, tak jak miało to miej­sce w książce Wielki Las. Udało mi się speł­nić to marze­nie dość szybko, jed­nak nie byłem wcale z tego zado­wo­lony. Bar­dziej mnie to roz­cza­ro­wało niż spełniło.

Fotka robiona przed­nią kamerą aparatu.

A wczo­raj speł­niło się marze­nie, któ­rego nigdy wcze­śniej sobie nie wyma­rzy­łem. Spo­tka­łem na ulicy kilku gości i jeden z nich wła­śnie wycią­gał gitarę. Po pierw­szych nutach już wie­dzia­łem, że zostanę dłu­żej, bowiem zaczął grać pio­senkę, którą zawsze grał mój współ­lo­ka­tor z aka­de­mika Tena­cious D — Tri­bute. Zosta­łem z nimi i prze­szli­śmy przez wszyst­kie pio­senki z płyty Pick of Destiny. Nie przy­pusz­cza­łem, jak bar­dzo poprawi mi to humor.

Po raz kolejny widzia­łem też dziką taran­tulę. Zresztą wrzucę fotkę na bloga, jak wymy­ślę o czym napi­sać kolejny post. Poje­cha­łem rów­nież na pobli­skie ruiny sta­ro­żyt­nego mia­sta Majów Tical - we wpi­sie znaj­dują się przy­gody, jakie mnie tam spotkały.

Rebel.

San Igna­cio, Belize

W Flo­res posie­dzia­łem sobie tro­chę dłu­żej, niż zakła­da­łem, także rwa­łem się do przy­gody. Wresz­cie wyje­chać z kraju, zoba­czyć coś nowego. I to jesz­cze do kraju, gdzie urzę­do­wym jest język angiel­ski. No to poje­cha­łem sobie, oczy­wi­ście nie obyło się bez zamie­sza­nia z prze­siad­kami, bez zamie­sza­nia na gra­nicy i bez tak­sów­ka­rzy, pró­bu­ją­cych zarzu­cić wyso­kimi cenami. Udało mi się jakoś odna­leźć w punktu trans­portu publicz­nego i szok. Oni fak­tycz­nie mówią po angiel­sku. Co wię­cej, to z hisz­pań­skiego nie­wiele rozu­mieją. Z takim pre­ten­sjo­nal­nym akcen­tem mówią i w spora część popu­la­cji to ludzie czarni. Udało mi się zaje­chać do maleń­kiego San Igna­cio i nawet bez trudu odna­la­złem hostel. Cał­kiem ładny, ale jakoś coś nie tak.

Nie że w hostelu, tylko ogól­nie tam, w Belize. Dziw­nie mi było, że mówią po angiel­sku, dziw­nie się czu­łem, pra­wie jak na Bro­nxie. Takim jak widzia­łem w tele­wi­zji kil­ka­na­ście lat temu. Jak na tury­styczne oko­lice, to też nie było zbyt tury­stycz­nie. Maleń­kie mia­steczko, gdzie były jedy­nie biura podróży ofe­ru­jące cało­dniowe wycieczki na pobli­skie atrak­cje. I na miej­scu można było zoba­czyć pro­ces pro­duk­cji cze­ko­lady, ale prócz tego to się nigdzie nie wybra­łem. Po pierw­sze strasz­nie dro­gie były te wycieczki po jaski­niach (od 80$), do tego jesz­cze nie można robić tam zdjęć. Jak to w ogóle, to po co innego miał­bym tam jechać, niż zro­bić fotę na blo­ga­ska? A wie­cie dla­czego jest zabro­nione? Bo parę lat temu jakiś tury­sta wypu­ścił apa­rat i roz­bił szkie­let, który tam leżał pra­wie 2 tysiące lat.

Wię­cej cze­ko­lady można zoba­czyć tutaj.

No i koło San Igna­cio były też jakieś ruiny mia­sta majów. Tyle się ich naoglą­da­łem w życiu, no ale co mam robić jak nie pójdę? No to posze­dłem. Po tym co widzia­łem wcze­śniej, to nie zro­biły na mnie wra­że­nia. Nawet zdjęć w ogóle nie zro­bi­łem, a raczej tylko jedno. Pra­co­wali tam arche­olo­dzy, któ­rzy powo­lutku odko­py­wali pozo­sta­ło­ści. Bar­dzo powo­lutku, z tego co mówili. I opo­wia­dali też, że po tak dłu­gim cza­sie, to opusz­czone miej­sca majów postały pokryte glebą o gru­bo­ści kilku metrów i zaro­sły drze­wami. Dla­tego też trudno jest zlo­ka­li­zo­wać coś takiego, ale też moż­liwe jest odkry­cie kolej­nych. No, ale im na tej miej­scówce zostało jesz­cze kilka lat kopania.

Aż jedno zdję­cie z ruin w Belize.

Spo­tkała mnie tam jesz­cze jedna godna wspo­mnie­nia przy­goda. Otóż w hotelu spo­tka­łem tego samego Niemca, z któ­rym roz­ma­wia­łem parę minut w dro­dze de Semuc Cham­pey. Tylko pozna­nie się nie było takie pro­ste, z kil­ka­na­ście minut minęło zanim się zorien­to­wa­li­śmy gdzie to się widzie­li­śmy. Z tego nagro­ma­dze­nia pozy­tyw­nych wra­żeń, aż zapro­si­łem go do zna­jo­mych na face­bo­oku. Nie robię tego pra­wie w ogóle, bo wiem że i tak nie będę z tymi ludźmi roz­ma­wiał, więc po co?

Nie­długo po tym ucie­kłem z Belize. Nie chcia­łem prze­pła­cać, ani zatrzy­my­wać się w tam­tym miej­scu, więc wró­ci­łem do Flo­res, aby zaraz potem wyru­szyć do Mek­syku inną gra­nicą. No i ruszy­łem, pła­cąc przy tym 20 dola­rów wyjaz­do­wego z Belize.

Jedze­nie za to mają dobre. I robię smażą tor­tille głę­bo­kim oleju, przez co są takie mięk­kie i puszyste.

Pale­nque, Meksyk

Pierw­sze doświad­cze­nie w Mek­syku — autostop.

Dziś znowu bez­na­dziejne zdję­cie, wiem o tym. Nie­stety taki urok spon­ta­nicz­no­ści w połą­cze­niu z przed­nią kamerą tele­fonu, ale prze­cież to treść i fakt, że na zdję­ciu jest moja facjata jest tu naj­waż­niej­szy, żeby dostać jakieś lajki. Prawda?

Rzuć­cie okiem tutaj.

Bilet do Ame­ryki Połu­dnio­wej kupi­łem mniej wię­cej wtedy gdy zwal­niał się wakat Pablo Esco­bara. Teraz jestem już w Mek­syku żeby zło­żyć CV w tej spra­wie, ale raczej nie roz­ważą go pozy­tyw­nie. Jestem nie­wie­rzący, a to jest straszna prze­szkoda, jeżeli chcesz zostać słyn­nym gang­ste­rem. A tak na poważ­nie, to Mek­syk mnie zasko­czył. Mają tutaj naprawdę dobre jako­ściowo drogi i ten pry­zmat Mek­syk wydaje mi się być o wiele bar­dziej cywi­li­zo­wany niż cała reszta Ame­ryki Środ­ko­wej razem wzięta. Na razie to takie przy­pusz­cze­nie, ale nie­długo je zweryfikuję.

W ogóle to tro­chę mi się posy­pały plany. Tzn pla­no­wa­łem obje­chać sobie Mek­syk, aż do końca pół­wy­spu Juka­tan i tam w mie­ście Can­cun wsko­czyć w samo­lot, który zabie­rze mnie w pobliże Peru, gdzie za jakieś 40 dni muszę być. Oka­zało się jed­nak, że bilety lot­ni­cze to będzie jakieś 400$, co jest deli­kat­nie mówiąc dość wysoką ceną. Znacz­nie wyż­szą niż zapła­ci­łem za bilet z Pol­ski tutaj. Tak wysoką, że zawrócę i poko­nam po raz kolejny trasę lądową. Liczy­łem się z taką opcja i byłem na tyle prze­wi­du­jący, że odpu­ści­łem sobie kilka atrak­cji, które teraz będę mógł odwiedzić.

Co mogłoby być innego niż ruiny mia­sta Majów?

Teraz jak na to patrzę, to mogłem się prze­bić przez o Belize, prze­trzy­mać te kilka dni i zro­bić sobie takie kółeczko. A tak to przy­je­cha­łem naokoło przez sporą część Mek­syku aż do pół­noc­nej gra­nicy Belize. Nie uprze­dzajmy jed­nak faktów.

Tro­chę słabo, bo nie lubię jak moje plany nie wycho­dzą tak jak sobie zało­ży­łem. No i będę mógł tylko zoba­czyć mały frag­ment Mek­syku, bo powrót może tro­chę zająć, no ale trzeba się umieć dosto­so­wy­wać do świata, gdy świat się nie chce dosto­so­wać do nas. A jak się podró­żo­wało do Mek­syku? Tak jak wszę­dzie tutaj, długo i uciąż­li­wie. Z Belize wró­ci­łem po kilku dniach do Gwa­te­mali, żeby następ­nego dnia wyru­szyć do kraju som­brer, kasta­nie­tów i ludzi, któ­rzy mają zbu­do­wać mur odgra­dza­jący ich od naj­lep­szego pań­stwa na świe­cie. Żeby z jedy­nej tury­stycz­nej miej­sco­wo­ści w oko­licy doje­chać do jedy­nej gra­nicy z Mek­sy­kiem w oko­licy (jakieś 100 km pomię­dzy nimi) należy poświę­cić pra­wie 3 godziny i trzeba zro­bić dwie prze­siadki. No chyba, że ktoś wyrobi się na 7 rano, to wtedy jeź­dzi bez­po­średni, ale no bez prze­sady jestem na wakacjach.

Także jecha­łem sobie. W upale, po wybo­jach, z kil­koma prze­siad­kami to już wia­domo i nie będę po raz n-ty pisał tego samego. I tak dotar­łem do gra­nicy z Mek­sy­kiem, gdzie po raz pierw­szy cel­nicy się mną zain­te­re­so­wali. Wszyst­kie poprzed­nie gra­nice to widząc poje­dyn­czego gościa z ple­ca­kiem, a jesz­cze z pie­cząt­kami z wielu kra­jów po pro­stu mnie pusz­czali. Wbi­jali swoją pie­czątkę, inka­so­wali opłatę i idź Pan. A w Mek­syku nie było już tak łatwo. Musia­łem wypeł­nić jakieś papiery, opo­wie­dzieć o sobie i swo­jej wycieczce, zade­kla­ro­wać czas, jaki chcę zostać w Mek­syku i iść na przeszukanie.

W sumie to wszyst­kie te ruiny warto zobaczyć.

Nie lubię prze­szu­kań. Rozu­miem że trzeba, że bez­pie­czeń­stwo, że muszą wyko­ny­wać swoją pracę, ale nie­wiele rze­czy jest dla mnie mniej stre­su­jące niż prze­kra­cza­nie gra­nic. Prze­cież nie mam nic nie­le­gal­nego, czy zabro­nio­nego (nie można w ogóle jedze­nia prze­wo­zić), więc powinno iść jak z płatka. Nie zmie­nia to jed­nak w żaden spo­sób faktu, że mnie to stre­suje i to bar­dzo. To jest tak samo jak wycho­dząc ze sklepu boję się, że bramka zacznie sza­leć aku­rat jak będę wycho­dził, tylko w o wiele więk­szej skali. Idę więc z pewną miną i duszą na ramie­niu, a tu jesz­cze poli­cyjny pies do wykry­wa­nia narkotyków.

Myślę sobie łomat­ko­bo­sko, teraz już na pewno mnie zamkną. Bo prze­cież jest naj­zu­peł­niej moż­liwe, że ktoś się o mnie otarł i zosta­wił zapach swo­ich nie­le­gal­nych roz­ry­wek, albo idąc wdep­ta­łem jakieś resztki blanta w szpary w pode­szwie, czy po pro­stu pies wyczuje moją nie­chęć do tej rodziny zwie­rząt i ze zwy­kłej zło­śli­wo­ści zacznie szcze­kać. Nie było się jed­nak czego bać, bo pies cały czas spał, a cel­nik prze­szu­ku­jąc bagaż zro­bił taką pro­wi­zorkę, jak moje prace na lek­cje pla­styki. Póź­niej był drugi punkt kon­tro­lny, który róż­nił się tym, że nie było psa, a cel­nik miał na sobie ręka­wiczki. Ten już ogląd­nął tro­chę bar­dziej wni­kli­wie — otwo­rzył rów­nież boczne kie­sze­nie ple­caka. I w sumie tyle byłoby różnic.

A co robić za gra­nicą? Nor­mal­nie powinny jeź­dzić busiki, co się nimi dosta­niesz do więk­szego mia­sta, no i nawet podobno jakiś miał przy­je­chać za 20 minut, ale jeśli podróż mnie cze­goś nauczyła, to jest to zwy­czaj spraw­dza­nia infor­ma­cji. Gdyż zazwy­czaj za pole­ce­nie jakiejś usługi dostają parę gro­szy, więc musisz zapła­cić więk­szą cenę. Więc tak sobie idę troszkę dalej i widzę, że jakaś kobie­cina sie­dzi za ste­rami spo­rego auta i szy­kuje się do odjazdu. Spy­tam, czy mnie nie zabie­rze, przy­po­mnia­łem sobie formy grzecz­no­ściowe i uku­łem dość misterne pyta­nie czy jeżeli ma miej­sce i jedzie choć tro­chę w kie­runku Pale­nque. to czy nie mogłaby mnie wziąć na auto­stopa. Oka­zało się, że z 7 kobiet i jedno dziecko miało jechać tym samo­cho­dem, ale i tak mnie przy­gar­nęła. Zosta­wiły mnie przy miej­scu, skąd zła­pa­łem busika do Palenque.

Jaki to pokemon?

Prócz tego Mek­syk mnie troszkę roz­cza­ro­wał — nie widzia­łem nikogo w som­bre­rze, nikogo z wąsami, a kupić tacosy było trud­niej niż w Gwa­te­mali. No, ale dopiero zaczy­nam swoją przy­godę w tym kraju.

Kolej­nego dnia zna­la­złem naj­gor­sze taco, jakie jadłem. Mięso było pełne chrzą­stek i wyglą­dało to tak, jakby one tam były spe­cjal­nie dodane. Oddzie­lone, roz­drob­nione i dosy­pane do jedze­nia. Straszne. Nie przy­wi­tał mnie miło ten Mek­syk, ale dajmy mu szansę. Niech no spraw­dzę co inte­re­su­ją­cego jest do roboty w tym miej­scu. Gene­ral­nie nic cie­ka­wego tu nie ma prócz ruin mia­sta majów. Super, będę miał oka­zję zoba­czyć kolejne ruiny. Tak się zło­żyło, że w moim hostelu były dwie dziew­czyny, z któ­rymi zamie­ni­łem parę słów we Flo­res, więc wybra­li­śmy się razem.

Mam wra­że­nie, że wyta­tu­owani ludzie czę­ściej mają zespół cech, któ­rych poszu­kuję u poten­cjal­nych znajomych.

Te ruiny już mnie tak nie ruszają, że nawet zdję­cia na insta­grama nie wrzu­ci­łem stam­tąd. Ani jed­nego. Tak jak wszę­dzie pira­midy schod­kowe, takie samo uło­że­nie budowli, te same plany archi­tek­to­niczne, stan­dard. Róż­nica jed­nak była taka, że tutaj strasz­nie tury­stycz­nie. Mnó­stwo osób sprze­da­ją­cych lody, napoje, jedze­nie, pamiątki, prze­wod­nicy i poroz­sta­wiani na tere­nie całych ruin. Cie­kawe cze w cza­sach swo­jej świet­no­ści też to tak wyglą­dało. Apropo pamią­tek jesz­cze, nie poro­bi­łem zdjęć, bo głu­pio mi jest zawsze przed sprze­daw­cami, ale były tam cie­kawe rze­czy. Tabliczka ze wzo­rem przed­sta­wia­ją­cym Maja-kosmonautę, fajki w kształ­cie fal­licz­nym i rytu­alne noże. W ogóle o co kaman, dla­czego ktoś miałby chcieć kupić replikę rytu­al­nego noża?

Następ­nego dnia z nowymi kole­żan­kami ruszy­li­śmy razem w drogę. Posta­no­wi­li­śmy zaje­chać gdzieś nad morze.

Bar­dzo nie­stan­dar­dowa, ale bar­dzo dobra brama na cmentarz.

Ciu­dad del Car­men, Meksyk

Pomimo nauki języka cza­sem mam wra­że­nie, że mnie ludzie nie rozu­mieją i że nie umiem się doga­dać. Niby słowa sam znane, sche­mat komu­ni­ka­cji też, a jed­nak jeste­śmy na tro­chę innych płasz­czy­znach. Oka­zało się, że jestem na naprawdę bli­skiej płasz­czyź­nie, jak zaczą­łem podró­żo­wać z ludźmi nie zna­ją­cymi języka w ogóle. Na dworcu auto­bu­so­wym wszystko ogar­ną­łem i Pan za ladą powie­dział mi, że 200 metrów dalej jest miej­sce, gdzie jeż­dżą auto­busy w to samo miej­sce za pół ceny. Oczy­wi­ście nie do Ciu­dad del Car­men, bez prze­sady. W końcu prze­siadki to to, co wszy­scy lubią najbardziej.

W sumie kolejne kilka godzin w auto­bu­sie, zwy­cza­jowa dniówka w podróży wyro­biona i zajeż­dżamy do nad­mor­skiej miej­sco­wo­ści, która prócz poło­że­nia na mapie nie ma prak­tycz­nie nic tury­stycz­nego. Nie wie­dzie­li­śmy o tym, bo kto by spraw­dzał czy mia­sto nad morzem będzie tury­styczne, to się wydaje wręcz oczy­wi­ste. A mie­li­śmy pro­blem, żeby zatrzy­mać tak­sówkę. Skoro już w kilka osób jedziemy i mamy kilka kilo­me­trów, to można sobie pozwo­lić na takie burżujstwo.

Pra­wie jak California.

Jak już nam się to udało, to kie­rowca posta­no­wił ura­czyć mnie danymi demo­gra­ficz­nymi na temat mia­sta. Ile ludzi, ile samo­cho­dów, ile kosz­tuje baryłka ropy, jakie są wymiary wyspy, jak szybko lata jaskółka euro­pej­ska. Na koniec wyśmiał nasz pomysł przy­je­cha­nia tutaj na waka­cje. Fak­tycz­nie. Na uli­cach trudno było zna­leźć jakiś ludzi, a co dopiero miej­sce z jedze­niem, ale jakoś udało nam się prze­trwać noc.

Następ­nego dnia ude­rzy­li­śmy na plażę. W końcu spe­cjal­nie po to przy­je­cha­li­śmy, a plaża była fak­tycz­nie, dość bli­sko nas i cał­kiem impo­nu­jąca. I nie­sa­mo­wi­cie gorąca. Naprawdę nie­sa­mo­wi­cie, z jakieś 40 stopni. Tem­pe­ra­tura wody w morzu była bar­dziej bli­ska tem­pe­ra­tu­rze bab­ci­nego rosołu, niż tem­pe­ra­tu­rze zama­rza­nia. I prak­tycz­nie w ogóle cie­nia, prak­tycz­nie w ogóle ludzi, co w sumie mnie nie dziwi. Wzią­łem sobie do czy­ta­nia na plażę drugą Diunę, więc jesz­cze do tego mogłem się naczy­tać o usy­cha­niu z pra­gnie­nia na pustyni. I jesz­cze plaża, nie piasz­czy­sta, nie kamie­ni­sta, tylko muszlowa.

Zbie­ra­nie musze­lek prze­stało mieć jaki­kol­wiek ele­ment wyzwania.

Jak byłem mały i widzia­łem pamiątki z nad Pol­skiego morza, to zawsze myśla­łem, że znaj­duje się je gdzieś głę­biej niż na plaży i ist­nieją spe­cjalne łodzie do ich zbioru. A to prze­cież takie kłam­stwo, nad nasze morze są impor­to­wane mor­skie pamiątki z innych miejsc i sprze­da­wane, aby zro­bić dzie­ciom wodę z mózgu. A tu gdzie przy­je­cha­łem, to można łopatą zbie­rać takie muszle wprost z plaży.

W każ­dym razie nie wytrzy­ma­łem długo. Wró­ci­łem wcze­śniej do pokoju, żeby się ode­spać bo tem­pe­ra­tura mnie przy­tło­czyła. Zresztą sam powrót był dla mnie już ogrom­nym wysił­kiem i jakoś krą­żąc i zata­cza­jąc się mię­dzy poje­dyn­czymi pal­mami udało mi się minąć hotel i zorien­to­wać się kil­ka­set metrów dalej. Jeden dzień nam wystar­czył, żeby się spa­lić słoń­cem i zde­cy­do­wać się na ucieczkę z tam­tego miejsca.

W pokoju hoste­lo­wym wisiał wspa­niały obraz przed­sta­wia­jący syrenkę Ariel w oto­cze­niu absztyfikantów.

Jeżeli miej­sco­wość jest nie­wielka, to prak­tycz­nie każdy wie skąd, gdzie, o któ­rej i za ile odjeż­dżają. A w dużym mie­ście to kiep­sko. Co naj­wy­żej powie­dzą, że jest jakiś dwo­rzec, a z poszu­ki­wań w inter­ne­cie też nie­wiele się dowiesz. Trud­niej jest o wiele zna­leźć infor­ma­cje, a wg. mapy i tego co mówił inter­net, to nie ma połą­cze­nia do Che­tu­mal, gdzie chcia­łem jechać. Dziew­czyny chciały na pół­noc do Cam­pe­che, aby obje­chać cały Juka­tan wzdłuż brze­gów, ale ja nie mia­łem tyle czasu, a chcia­łem sobie pochil­lo­wać nad wodą. No, ale skoro już tu jestem i raczej nie bar­dzo opłaca się wra­cać już do Guate­mali, to pojadę dalej z nimi. Naj­wy­żej potem będę się sprężał.

Dziew­czyny miały wolon­ta­riat w schro­ni­sku dla pta­ków i pozbie­rały tro­chę po klat­kach. Ale chyba nie bar­dzo można wyje­chać z czymś takim z kraju.

Z takim zamia­rem też przy­sze­dłem na dwo­rzec, skąd oka­zało się, że jedzie bez­po­średni auto­bus do Cam­pe­che, ale jest też moż­li­wość, żeby zaje­chać do Che­tu­mal, gdzie chcia­łem. Jest to moż­liwe, mimo że nie zebra­łem się naj­wcze­śniej i do tego tylko z dwoma prze­siad­kami. Poże­gna­łem się w takim razie i wsia­dłem w bus do Escarcegi.

Che­tu­mal, Meksyk

Oka­zało się, że dojazd wcale nie jest taki łatwy i bez­pro­ble­mowy. Do Escar­cegi dosta­łem się bez pro­blemu z tylko jedną prze­siadką, a potem zro­biło się tro­chę gorzej. Na miej­scu oka­zało się, że jest tylko jeden bus, który tam jedzie. Wyjeż­dża za dwie godziny i kosz­tuje zatrwa­ża­jące 300 peso (sześć­dzie­siąt parę złoty), więc nie pozo­stało mi nic innego, jak łapać stopa. Na mapie patrzę i to jedyna główna droga w oko­licy i pro­wa­dzi pro­ściutko tam gdzie chcę. Ponad godzinę macha­łem ręką w upale, aż się pod­da­łem i wró­ci­łem kupić bilet. I tutaj tym razem pro­fe­sjo­nalny dwo­rzec auto­bu­sowy, pro­fe­sjo­nalne uni­formy obsługi, pro­fe­sjo­nalne ponu­me­ro­wane sta­no­wi­ska, pełna profeska.

No to cie­kawe, czy dadzą się też pro­fe­sjo­nal­nie oszu­kać, pomy­śla­łem poka­zu­jąc kartę Euro24 i mówiąc że to legi­ty­ma­cja stu­dencka. Tzn. nie jest to takie cał­ko­wite oszu­stwo, bo według infor­ma­cji karta to upo­waż­nia nas do czę­ści zni­żek stu­denc­kich. Tylko że nie za bar­dzo wiem jakich i gdzie, więc zawsze pytam w miej­scach, gdzie poten­cjal­nie mógł­bym je dostać. Tak też było i tutaj, tylko jedyna róż­nica jest taka, że po raz pierw­szy mi się to udało. Także zapła­ci­łem połowę ceny za bilet, co jawiło mi się jako spra­wie­dliwa rekom­pen­sata za bez­owocne łapa­nie stopa.

Zaje­cha­łem więc, znów na jakiś odda­lony od mia­sta dwo­rzec i trzeba było jechać tak­sówką. Tym razem nie udało się nikogo zwer­bo­wać do podzie­le­nia się kosz­tami, więc samo­dziel­nie zapła­ci­łem jakieś 5 zł. Kie­rowca zawiózł mnie do hostelu, który oka­zał się jed­nym z ład­niej­szych hosteli w jakich byłem. Zresztą jeżeli coś wyjąt­kowo mi pasuje, albo wyjąt­kowo nie pasuje to piszę o tym na tri­pa­dvi­so­rze, bo wie­cie pomnik trwal­szy od spiżu, te sprawy.

Jak wrzu­cam pomnik rybaka to wiedz­cie, że tam naprawdę nie­wiele jest.

Samo Che­tu­mal to tylko miej­sce przej­ściowe, spę­dzi­łem tam jedy­nie dwie noce, czyli mia­łem dla sie­bie jeden dzień w mie­ście. Prze­sze­dłem się pro­me­nadą, wstą­pi­łem do muzeum kul­tury Majów (wrócę chyba jako jakiś spe­cja­li­sta). Co cie­kawe, mnó­stwo rze­czy było u nich podobne, jak w cywi­li­za­cji egip­skiej. Przy­pa­dek? Nie sądzę.

Baca­lar, Meksyk

Doty­ka­łem PTAKA

Przy­je­cha­łem do Baca­lar w Mek­syku, na pół­wy­spie Juka­tan i zostaję tutaj. Po raz pierw­szy tra­fi­łem na naprawdę dobre miej­sce w Mek­syku. Poprzed­nie to takie nie­zbyt tury­styczne, a Pale­nque to aż za bar­dzo. Wcze­śniej byłem w Che­tu­mal cał­kiem nie­da­leko i po jed­nym dniu już mia­łem go dość. A tutaj jest jak w bajce. Hostel bar­dzo ładny, z kuch­nią, lodówką, naczy­niami, tuż nad jezio­rem. Kawa­łek od mia­steczka, ale jest dobra droga na desko­rolce i wresz­cie mogę sobie pojeź­dzić, od pra­wie pół roku noszę ją na ple­cach, a pojeź­dzi­łem tylko w dwóch miej­scach na razie — Leon i Esteli, obie w Nikaragui.

Takie przy­ja­zne zwierzątka.

Od razu wrzucę kilka zdjęć.

Ostat­nie.

Teraz jest pół­noc i na tyle cie­pło, że piszę sobie w hamaku na molo, a na rów­no­le­głym jakaś parka upra­wia seks. Mam w pla­nach sobie posie­dzieć, bo ostat­nio w auto­bu­sach spę­dzi­łem mnó­stwo czasu, a w dro­dze powrot­nej będzie to samo. Nie wrzu­ca­łem opisu żad­nych ksią­żek, ale to nie zna­czy, że nie czy­tam. Jestem na trze­cim tomie Diuny i posta­no­wi­łem napi­sać o nich jak doczy­tam wszyst­kie. Jestem bar­dzo pozy­tyw­nie zasko­czony tre­ścią książki jak i tym, że kolejne tomy nie tracą na jako­ści. I nie­długo będę musiał znów poko­nać kil­ka­set kilo­me­trów na wschód, bo nie chcę wra­cać przez Belize.

Do tego tutaj jest prze­pięk­nie. Wrzu­ci­łem nawet tro­chę rze­czy na insta­grama — https://www.instagram.com/zdzislawin/

Ja byłem tu, oni byli tam.

W ogóle Belize. Tro­chę nie­opty­mal­nie zapla­no­wa­łem podróż, bo w Belize spę­dzi­łem tylko kilka dni w San Igna­cio, tuż przy gra­nicy, pła­cąc przy oka­zji 20$ wjaz­do­wego. Następ­nie wró­ci­łem do Gwa­te­mali, aby poje­chać dookoła Mek­syku. I tą samą drogą wrócę, bo nie chce do Belize. Słabo tam jest. Niby powinno być super tury­stycz­nie, bo jedyny anglo­ję­zyczny kraj tutaj i dużo poten­cjal­nych klien­tów nie mia­łaby pro­blemu z komu­ni­ka­cją. Ale jakoś tak nie­przy­jem­nie jest. Nawet w tym małym mia­steczku czu­łem się nie­swojo, a o sto­licy to się nasłu­cha­łem. Zresztą sto­lic i dużych miast nie warto tu odwie­dzać, więc nie chcia­łem się prze­ko­ny­wać czy ist­nieje gor­sze miej­sce niż Tuge­si­galpa. Choć powi­nie­nem zaci­snąć zęby i je prze­je­chać, no ale trudno. Nie zawsze wszystko idzie zgod­nie z pla­nem.

Pla­nuję wró­cić auto­sto­pem. Roz­ma­wia­łem z Mar­ci­nem z na STO­Pach przez świat, spraw­dzi­łem jak to wygląda na mapie i jest to wyko­nalne. Noc w Pale­nque i z powro­tem do Flo­res. Tam wziąć nocny auto­bus do Sto­licy i tego samego dnia wbić do El Salva­doru. Naj­le­piej zatrzy­mać się w mniej­szej miej­sco­wo­ści, broń­cie bogo­wie w sto­licy. Potem na wybrzeże i do Nika­ra­gui pro­mem omi­ja­jąc cał­ko­wi­cie Hon­du­ras. Zatrzy­mać się na noc w Leon, pojeź­dzić na desko­rolce i na wyspę Ome­tepe, zoba­czyć wul­kany. Stam­tąd bli­sko do San Jose, zatrzy­mać się w tym samym hostelu żeby spo­tkać zio­mecz­ków z obsługi i poroz­ma­wiać z nimi po hisz­pań­sku. Następ­nie mogę zwol­nić tempo, żeby tro­chę pozwie­dzać nowe rze­czy, bo to stam­tąd zaczą­łem podróż na kon­ty­nen­cie. Póź­niej już tylko Panama, Kolum­bia i w sto­licy Peru za jakieś 40 dni spo­ty­kam się z przy­ja­cie­lem. To tak w skró­cie, co będzie potem to się zobaczy.

W oko­licy ktoś miesz­kał w takim cudeńku, ale nie udało mi się ich zła­pać na rozmowę.

Ale na razie odpocznę sobie kilka dni. Napi­szę coś na bloga, ode­śpię sobie, nad­ro­bię wia­do­mo­ści, wyślę pocz­tówki (w ogóle chciałby ktoś pocz­tówkę? Za prze­lew z drob­nymi na zna­czek mogę wysłać parę dodat­ko­wych kar­tek), opalę się tro­chę, popły­wam, najem ana­na­sów i taco­sów. Od kiedy przy­je­cha­łem do Mek­syku co naj­mniej raz dzien­nie jem tacosy. Wspa­niałe jedze­nie. No i w wol­nym cza­sie będę doty­kał ptaka. Tutaj jest taka hoste­lowa papuga i pra­wie jak kot. Łasi się, wcho­dzi na kolana, ramiona i w ogóle aż chce się zało­żyć prze­pa­skę na oko do kompletu.

Nie­stety po dwóch dniach zabra­kło miejsc, bo takie wypa­sione miej­sce jest obcią­żone rezer­wa­cjami i musia­łem się prze­nieść na miej­scówkę 100 metrów dalej. Dosta­łem tutaj namiot, kawa­łek miej­sca do spa­nia, o wiele bar­dziej otwarte i inte­gru­jące się towa­rzy­stwo i połowę poprzed­niej ceny. Mnó­stwo osób tutaj jest na cał­ko­wi­cie budże­to­wych spo­so­bach podróży i wyra­biają róż­nego rodzaju biżu­te­rię, bran­so­letki, czy po pro­stu ćwi­czą żon­glerkę, hula-hop czy inne sztuczki, aby zebrać z tego tro­chę peso.

Do tego jesz­cze prze­zię­bi­łem się i ostat­nie dwa dni poświę­cone na odpo­czy­nek, prze­zna­czy­łem na dogo­ry­wa­nie. Nie no, nie było tak źle, ale ani nie odpo­czą­łem, ani zbyt­nio nie zro­bi­łem niczego na bloga. Teraz muszę w parę dni wyro­bić się z jed­nym i z dru­gim, a potem czeka mnie podróż przez całą Ame­rykę Centralną.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc póź­niej — szó­sty mie­siąc podróży
43

Jesz­cze parę zdjęć na koniec. Tutaj nad jezio­rem Bacalar.

To rów­nież. Strasz­nie wielki był ten robal, zwróć­cie uwagę na ilość widocz­nych szczegółów.

W muzeum była także makieta przed­sta­wia­jąca stan­dar­dową kon­struk­cję mia­sta Majów.

Nie mogłem nie wrzu­cić zdję­cia taco, jak już tyle o nich pisałem.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.