Pompowanie zepsutego materaca

Znaj­du­jesz taki w sza­fie, oglą­dasz pudełko, wycią­gasz i podzi­wiasz. Już wiesz, że będziesz zdo­bywcą mórz i tylko parę for­mal­no­ści dzieli Cię od wypły­nię­cia na suchego prze­stwór oce­anu. Nic bar­dziej mylnego…

Zakła­damy, że nie masz pompki. Otwie­rasz ust­nik, zgnia­tasz go zębami i zaczy­nasz regu­lar­nie wtła­czać powie­trze do środka. Wdech, wydech, wdech wydech. Z każ­dym odde­chem widzisz pro­gres. Z każ­dym zaczerp­nię­ciem powie­trze czu­jesz regres. Pró­bu­jesz jesz­cze kilka razy dla pew­no­ści i nie masz złu­dzeń. Tak to nie zadziała.

Wyco­fu­jesz się na chwilę, uzbro­jony w taśmę, nożyczki, pla­ster, igłę. Czeka cię kle­je­nie, klaj­stro­wa­nie, szy­cie. Pierw­szy raz sta­wiasz czoło takiej sytu­acji i nie do końca wiesz jak się za to zabrać. Patrzysz bez­rad­nie na zebrane narzę­dzia, na oklap­niętą kary­ka­turę two­jej zachcianki, na swoje dło­nie i zaczy­nasz się zasta­na­wiać. Czy to aby na pewno ma sens?

Udało Ci się doko­nać kom­plek­so­wych napraw, choć jed­nak dopiero po wielu ite­ra­cjach. Teraz już wiesz, że igła to nie był naj­lep­szy pomysł, a ręko­dzieło to nie twoja dzie­dzina. Powie­trze dalej ucieka, lecz nie­po­rów­ny­wal­nie wol­niej. Dzi­siaj będzie oka­zja naresz­cie dać ponieść się falom. Pod wpły­wem wody twoje łaty prze­stają peł­nić swoją funk­cję. Powoli nabiera się coraz wię­cej wody. Topisz się. A raczej twój mate­rac. Sfla­czała płachta mate­riału opada coraz głę­biej, lecz ty jesteś zde­ter­mi­no­wany, by dokoń­czyć dzieła, by popły­nąć. Jed­nak czy to aby na pewno ma sens?

Pierw­sza żarówka Edisona…

jake

Pora już, więc z nami chodź
Odwie­dzimy odle­gły ląd

Każdy naj­praw­do­po­dob­niej się już domy­ślił, że jest to wspa­niała (albo i nie) meta­fora. Nadmu­chany mate­rac sym­bo­li­zuje jakąś umie­jęt­ność, którą chcie­li­by­śmy nabyć, a pom­po­wa­nie jest żmud­nym pro­ce­sem docho­dze­nia do tego. Prze­cież to nie jest tak, że Michael Jor­dan uro­dził się z piłką do kosza, a Cho­pin skom­po­no­wał etiudę rewo­lu­cyjną po mie­siącu nauki.

Jakiś czas temu kupi­łem sobie desko­rolkę. Taka zaba­weczka, mimo to wcale nie jestem na to za stary. Podróż powrotna była cie­ka­wym doświad­cze­niem, oka­zała się nie taka pro­sta jak przy­pusz­cza­łem. Przy­pad­kowy prze­cho­dzień mógłby pomy­śleć naje­bany, ale elegancki.

Wycho­dzi­łem więc regu­lar­nie, na początku pró­bo­wa­łem jeź­dzić po pustych pla­cach wie­czo­rami. Następ­nie nauka ska­ka­nia. Nie ma tu wiele teo­rii, cho­dzi głów­nie o prak­tykę. Kato­wa­nie tego samego ruchu przez dzie­siątki godzin, setki powtó­rzeń, tysiące myśli żeby odpu­ścić. Neu­rony na bie­żąco udo­sko­na­lają model regu­la­tora, który pozwala mi z tre­ningu na tre­ning radzić sobie coraz lepiej. Osta­tecz­nie udaje mi się zro­bić kich­flipa, ba nawet parę osób to widzi. Ludzie przy­bi­jają mi piątki, zachę­cają dobrym sło­wem, nawet kie­rowca auto­busu wstał i zaczął kla­skać. Coś czuję, że dobra zabawa z desko­rolką dopiero się rozpoczyna.

Wszy­scy zaczy­nają z tego samego punktu, od zera. Nie­któ­rzy mają łatwiej­szy start, innym lepiej idzie nauka. Każ­dego jed­nak czeka sporo pracy, krwi i potu zanim doj­dzie do poziomu, w któ­rym ćwi­cze­nie swo­ich umie­jęt­no­ści spra­wia radość i przy­jem­ność. Trzeba odna­leźć w sobie siłę, żeby się nie pod­dać. Prze­cież wiesz, że byłoby bar­dzo dobrze umieć grać na gita­rze, żon­glo­wać, jeź­dzić na mono­cy­klu, goto­wać, cokolwiek.

 Sto lat?

Wpis ten zapla­no­wa­łem z oka­zji 100 osób lubią­cych bloga na face­bo­oku. Pierw­szy kamień milowy osią­gnięty — choć zakła­da­łem, że uda mi się to wcze­śniej. Porażka czy zwy­cię­stwo? Cią­gle tu jestem i piszę, więc nie można mówić o porażce. Jak mi idzie widzi­cie sami. Ja za to wiem, że znów się roz­pi­suję za bar­dzo i przez to publi­kuję zbyt rzadko. Sto osób, z czego część z nich to nawet nie są moi zna­jomi. Dzię­kuję wam, jeste­ście wymier­nym wskaź­ni­kiem, że to nie idzie w eter.

Jeżeli już ktoś dotarł tak daleko to zdra­dzę wam sekret. Polaj­ko­wa­nie czy­je­goś tworu nic nie kosz­tuje. Do tego trwa mru­gnię­cie oka, a dla autora jest czymś miłym, wręcz waż­nym. Dopóki sam nie zaczą­łem pisać, nie zda­wa­łem sobie z tego sprawy. Lajki rezer­wo­wa­łem dla naprawdę wyjąt­ko­wych tre­ści, jak gdyby każdy z nich cen­niej­szy był niż złoto. Tylu inter­ne­to­wych twór­ców śle­dzę od lat i nigdy wcze­śniej w żaden spo­sób, prócz nabi­cia kilku odsłon, tego nie wyra­zi­łem. Aż do nie­dawna. Teraz wiem ile czasu/nerwów/uwagi to kosztuje.

Żyjemy w cie­ka­wych cza­sach. Teraz aby ludzie sami udo­stęp­niają o sobie infor­ma­cję, po które w prze­ciw­nym wypadku musie­li­by­śmy cze­kać godzi­nami z lor­netką pod domem. Wszystko do zoba­cze­nia pod zakładką polu­bie­nia. Co my tam mamy, Cycki Ewy Far­nej, Chu­jowa Pani Domu, Bar­mań­ska, Coelho, Cal­gon (?). No cóż, każdy ma swoje preferencje.

Wra­cam do łata­nia swo­jego mate­raca, wy też powinniście.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.