Samotność w długiej podróży

Skoń­czyły już pra­wie 3 mie­siące podróży, z czego ostat­nie 4 tygo­dnie w jed­nym miej­scu. Naj­wyż­sza pora napi­sać jak wygląda samot­ność w dłu­giej podróży, bo nie dość że coś już o tym wiem, to jesz­cze parę osób już się mnie o to pytało. Żeby jaśniej to opi­sać doko­nam podziału na trzy kate­go­rie, w zależ­no­ści od bli­sko­ści osób, któ­rych nam bra­kuje.

Samot­ność pod­czas podróży nie mogłaby się obejść bez kadru z Cast Away.

Przy­pad­kowe osoby

Brak przy­pad­ko­wych osób. To jest cecha która strasz­nie mnie męczy i jeden z powo­dów dla któ­rych nie chciał­bym osiąść na wsi. Może nawet nie do końca cho­dzi mi o kon­takt z nimi, ale o samą świa­do­mość ich ist­nie­nia bli­sko mnie i moż­li­wość zacho­wa­nia ano­ni­mo­wo­ści. Zresztą o argu­men­tach za życiem na wsi może napi­szę, jak na jakiś czas zamiesz­kam na wsi.

Pod­czas podróży jestem o wiele bar­dziej socjalny niż w codzien­nym życiu. Jed­nak sytu­acje takie są nie­jako wymu­szone przez oko­licz­no­ści podróży. Przy każ­dym zakwa­te­ro­wa­nie natkniesz się na kilka osób i trzeba odbyć stan­dar­dową roz­mowę. Skąd, gdzie, dokąd i co faj­nego widzia­łeś. Taki pod­sta­wowy savoir vivre back­pac­kera, bon ton codzien­nego życia w podróży.

Teraz sobie dla odmiany sie­dzę nad jezior­kiem Atitlan.

No i oczy­wi­ście są z tego korzy­ści. Bo dowiemy się kto już był tam gdzie się wybie­ramy, co warto zoba­czyć, w jakim hostelu dobrze się zatrzy­mać. Może się oka­zać, że ktoś jedzie w tym samym kie­runku, albo wybiera się na tę samą atrak­cję, a w takiej sytu­acji dobrze sko­rzy­stać z towa­rzy­stwa, cho­ciażby chwi­lo­wego. Bo na dłu­żej to raczej się nikogo nie pozna w podróży, bo jed­nak każdy przy­je­chał być sobie ste­rem, żegla­rzem i rybą, a nie cho­dzić na kompromisy.

Może się też oka­zać, że ktoś jest świetną osobą i dasz się namó­wić na wizytę w lokal­nym pubie, gdzie kara­lu­chów znacz­nie wię­cej niż klien­tów, na spró­bo­wa­nie lokal­nego drinka, albo po pro­stu odkrył miej­sce gdzie można grać w beer ponga i bra­kuje mu osoby do dru­żyny. Bo pro­cen­towa zawar­tość inte­re­su­ją­cych i war­to­ścio­wych ludzi w spo­łe­czeń­stwie jest stała, a pozna­jąc wię­cej ludzi zwięk­szasz swoje praw­do­po­do­bień­stwo ich spotkania.

Jest jesz­cze jedna zaleta, wyni­ka­jąca z tego, że dużo osób mówi po hisz­pań­sku, a ja się uczę tego języka. Oczy­wi­ście nie roz­ma­wiamy po hisz­pań­sku, bo w angiel­skim czuję się o wiele swo­bod­niej, a i pra­wie wszy­scy go znają, ale oka­zja żeby pod­ła­pać poje­dyn­cze słówka jest. I tak np. opie­kun na spły­wie raftin­go­wym utrwa­lił mi, że „ade­lante” ozna­cza naprzód, gość któ­rego spo­tka­łem w hostelu w San Jose nauczył mnie slan­go­wego „co sły­chać” cha­rak­te­ry­stycz­nego dla Kosta­ryki — „que honda”, czło­wiek z któ­rym jecha­łem auto­sto­pem na Hon­du­ra­sie, że zasko­czony to jest „sor­pren­dido”, instruk­tor nur­ko­wa­nia wołał do swo­jego ziomka „basura”, co zna­czy śmieć, Magda Ges­sler uświa­do­miła mi co to są besos, a jeden Hisz­pan na wycieczce na Aca­te­lango dodał od sie­bie „que koño pasa”, co mniej wię­cej można prze­tłu­ma­czyć na „co tu się odpierdala?”.

Sym­bol ano­ni­mo­wo­ści w podróży — Wally. Nie mam poję­cia gdzie jest na tym obrazku.

Także jeżeli cho­dzi o kon­takt z ludźmi pod­czas podróży, to nie będziesz narze­kać. Chyba że jesteś intro­wer­ty­kiem, ale wtedy musisz się z tym pogodzić.

Krewni i znajomi

Na pod­sta­wie obser­wa­cji zakła­dam, że na taki wyjazd decy­dują się głów­nie osoby młode, mię­dzy koń­cem szkoły, a począt­kiem życia po stu­diach. Ucząc się, być może w tym samym mie­ście mogłeś mieć krew­nych bli­sko sie­bie, a przy­ja­ciół nawet w tym samym pokoju. I w momen­cie gdy koń­czy się ten etap życia, więk­szość osób się roz­jeż­dża, a ty też zapewne nie będziesz chcieć spę­dzić całego życia w rodzin­nej miej­sco­wo­ści pod okiem rodzi­ców. Tym samym odda­la­cie się geograficznie.

mapa

Mapa z Kubu­sia Puchatka. Bo wie­cie, tutaj są krewni i zna­jomi królika.

I będzie­cie od sie­bie odda­leni 34, 55, 89 czy 144 km, ale nie ma to naj­mniej­szego zna­cze­nia. Naj­czę­ściej oka­zuje się, że rów­nie dobrze mogło by to być 3000 lat świetl­nych, bo lata lecę, a oka­zji żeby się spo­tkać, albo ode­zwać do sie­bie to nie było. Oczy­wi­ście nie musi tak być, ale rów­nie dobrze nie musi to być taka bli­ska odle­głość. Może się oka­zać, że każdy mieszka w innym pań­stwie i co wtedy?

Żyjemy w takich cza­sach, że nie mamy wspa­niałą moż­li­wość utrzy­my­wa­nia kon­tak­tów z ludźmi, na któ­rych nam zależy. Oczy­wi­ście faj­nie byłoby miesz­kać bli­sko sie­bie, tęsk­nię za wie­loma ludźmi i żałuję, że ich ze mną nie ma. Jed­nak w więk­szo­ści przy­pad­ków i tak zostaje tylko kon­takt wir­tu­alny, który ma ogromny poten­cjał. To czy będziemy mieli dalej regu­larny kon­takt ze swo­imi bli­skimi zna­jo­mymi, zależy jedy­nie od nas.

I nie ma zna­cze­nia czy będziemy aku­rat w Peru, czy we Władysławowie.

Uko­chana osoba

Teraz wszystko zależy czy taką osobę mamy. Jeżeli tak, to zabie­ramy ze sobą, wie­dząc czego się spo­dzie­wać (albo i nie) i jak będzie wyglą­dać podróż (albo i nie). Jeżeli z jakie­goś powodu nie jest to moż­liwe, to wtedy wszystko zależy od waszej rela­cji, oso­bo­wo­ści, prze­żyć, doświad­cze­nia i całej reszty rze­czy, któ­rych nie jestem w sta­nie opi­sać, szcze­gól­nie, że tego nie prze­ży­łem. W zdro­wym związku z zaufa­niem powinno być to moż­liwe, nawet kosz­tem kil­ku­mie­sięcz­nej roz­łąki. Jed­nak wydaje mi się, że zde­cy­do­wana więk­szość związ­ków nie prze­trwa­łaby cze­goś takiego.

Pano­rama z obozu w dro­dze na Aca­te­nango.

Jeżeli nie masz takiej osoby, to w podróży raczej nie uda się zna­leźć. Tzn. może się to zda­rzyć, jed­nak wyjazd z zamia­rem zako­cha­nia się pod­czas podróży jest dość naiwny i nie ma wiel­kiej szansy na reali­za­cję. Jeżeli jed­nak wyjeż­dżasz żeby zagłu­szyć smu­tek spo­wo­do­wany samot­no­ścią, to powi­nie­neś sobie naj­pierw uświa­do­mić, że klu­czem do szczę­ścia w wielu dzie­dzi­nach życia jest bycie szczę­śli­wym ze sobą samym.

Może uda się to zro­zu­mieć pod­czas podróży. Może nie.

Ergo

Można wyje­chać do Tybetu, spę­dzać całe dnie w roz­rze­dzo­nym powie­trzu ponad chmu­rami, ogo­lić sobie głowę, sie­dzieć na kamie­niu z mni­chami, żywić się korzon­kami, odłą­czyć od całej reszty świata i nie być samot­nym wie­dząc, że są tam ludzie, któ­rzy na Cie­bie czekają.

Można rów­nież miesz­kać z rodzi­cami, z któ­rymi się nie rozu­miesz, rodzeń­stwem, z któ­rym się nie doga­du­jesz, nie­opo­dal więk­szo­ści zna­jo­mych, któ­rych nie­spe­cjal­nie lubisz, jed­nak z nie­któ­rymi się nawet widu­jesz, żeby tro­chę ochło­nąć od rodziny i być przy tym naj­bar­dziej samot­nym czło­wie­kiem na świecie.

Więc być samemu w podróży to wcale nie zna­czy być samotnym.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.