Siódmy miesiąc podróży — podsumowanie fotograficzne

Spo­sób podróży uległ zmia­nie, bo nie jestem już sam. Gene­ral­nie zmie­niło to sporo rze­czy i chyba nawet napi­szę o tym następ­nym razem, ale mogli­ście sami się prze­ko­nać jak wpływa to na ilość czasu który poświę­cam na sie­dze­nie przy kom­pu­te­rze. Wybacz­cie.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc wcze­śniej — szó­sty mie­siąc podróży

Panama Ciu­dad, Panama

Do Panamy przy­je­cha­łem aby ode­brać ziomka z lot­ni­ska i roz­po­cząć wspólną podróż po bez­dro­żach świata. Żeby wyba­dać teren przy­je­cha­łem parę dni wcze­śniej, bo to i hostel trzeba zająć, spraw­dzić gdzie dobre jedze­nie, jak doje­chać na lot­ni­sko i różne inne rze­czy, Byłem tam kilka dni przed datą przy­lotu i to było sta­now­czo za wcze­śnie. Mia­sto Panama nie­zbyt mi się spodobało.

Po pierw­sze było drogo, a moż­li­wość patrze­nia na zbio­ro­wi­sko dra­pa­czy chmur w ogrom­nym mie­ście biz­ne­so­wym nie jest dla mnie tego warta. Po pół roku podróży, a ponad roku bez pracy czło­wiek zaczyna zupeł­nie ina­czej patrzeć na swoje finanse. Choć jesz­cze sta­now­czo za wcze­śnie na jakieś dra­ma­tyczne kroki w postaci wolon­ta­riatu, pro­sty­tu­cji, czy powrotu.

A po dru­gie jak już wspo­mnia­łem nie miało zbyt wiele do zaofe­ro­wa­nia. Kanał panam­ski oczy­wi­ście jest spoko, ale to jedna, jedyna rzecz. Prócz tego chcia­łem zna­leźć coś god­nego uwagi i nie udało mi się. Mimo, że próbowałem.

Naj­pierw posze­dłem na sta­rówkę, która podobno jest naj­bar­dziej war­tym zoba­cze­nia miej­scem i jeżeli to ma być naj­bar­dziej warta zoba­cze­nia część mia­sta, to współ­czuję. Część tego terenu jest zamknięta, bo to budynki rzą­dowe (uświa­do­mi­łem to sobie jak mnie wypra­szali), czy pry­watne z ochroną, kolejna część to zruj­no­wane budynki poob­kle­jane zna­kami zakaz wstępu i grozi zawa­le­niem. Prócz tego prze­bi­jają się gdzieś super eks­klu­zywne miej­sca dla tury­stów, któ­rych uni­kam. Zro­bi­łem tam łącz­nie 2 zdję­cia. Jedno z nich to namiot, który ktoś sobie spryt­nie roz­sta­wił na oko­licz­nej plaży i zapewne miesz­kał tam, a dru­gie to nie­zwy­kle uro­dziwa nie­wia­sta, któ­rej zda­rzyło się tam prze­cho­dzić. Tro­chę się wsty­dzę, że zro­bi­łem to dru­gie, ale nikt nie widział, a ja go nie wrzucę na bloga.

Tutaj jest dru­gie zdję­cie — namiot.

Kolej­nym miej­scem jest miej­sco­wość El Valle. Wyczy­ta­łem to w papie­ro­wym prze­wod­niku w hostelu i jesz­cze bar­dziej umoc­niło to moje posta­no­wie­nie spraw­dza­nia wszyst­kiego w inter­ne­cie. Miało być prze­piękne mia­steczko nie­da­leko sto­licy, poło­żone w kra­te­rze wul­ka­nicz­nym, popu­larne wśród nowo­bo­gac­kich miesz­kań­ców sto­licy, obfi­tu­jące w piękne widoki, wodo­spady oraz tar­go­wi­sko z ręko­dzie­łem, szcze­gól­nie tłoczne w week­endy. To był naj­gor­szy dzień w prze­ciągu 7 miesięcy.

Ta chwilka od sto­licy to ponad 3 godziny w auto­bu­sie z głów­nego dworca. Po dro­dze zatrzy­mał mnie poli­cjant, że chce moje doku­menty zoba­czyć. Panie, gdzie ja tu będę nosił ze sobą pasz­port, jesz­cze mnie napadną, stracę go i wtedy dopiero kło­poty gotowe. Tro­chę się zgo­dził, a tro­chę nie. Na szczę­ście nie dosta­łem man­datu (co jak się póź­niej dowie­dzia­łem jest głów­nym powo­dem dla któ­rego poli­cja zacze­pia tury­stów, bo w Pana­mie trzeba mieć przy sobie pasz­port), ale zawró­cił mnie i kazał nie wra­cać bez pasz­portu. Więc już na sam począ­tek byłem pra­wie godzinę do tyłu.

Wra­cam więc do hostelu, wra­cam na dwo­rzec już z pasz­por­tem i wsia­dam w auto­bus do tej idylli tuż za mia­stem. To tylko trzy godzinki jazdy w napcha­nej do gra­nic moż­li­wo­ści pusz­cze, przy tem­pe­ra­tu­rze ponad 30 stopni na zewnątrz. Jak wysia­dłem to moje kości były zro­bione na al dente. Na szczę­ście jak już doje­cha­łem, to mia­łem oka­zję się troszkę ochło­dzić, bo zaczęło padać. I padało i padało i padało. Nie pod­da­łem się jed­nak, a przy­naj­mniej nie tak prędko.

Tutaj zdję­cie jak moknę.

Posze­dłem zoba­czyć wodo­spady, jed­nak aby do nich dojść musiał­bym się prze­dzie­rać przez jakąś dżun­glę i cały odto­czyć bło­tem. Spa­so­wa­łem więc i posze­dłem na tar­go­wi­sko ręko­dzieła. Uhm, nie wiem jak komuś mogło przyjść do głowy opi­sać to coś w papie­ro­wym prze­wod­niku jako miej­sce godne uwagi. Rów­nie dobrze mogliby tam wpi­sać fry­zjera Hanka w Byto­miu. Nawet miej­sca z jedze­niem były na tyle słabe, że kupi­łem sobie jedy­nie ciastka z zamia­rem zje­dze­nia cze­goś po powro­cie. A dokład­niej po kolej­nych ponad 3 godzi­nach podróży w pie­kar­niku, bo pogoda magicz­nie się zmie­niła jak tylko wsia­dłem w powrotny busik.

Nie chce mi się już wię­cej narze­kać na tamto miej­sce, ale muszę wspo­mnieć o naj­więk­szym failu jaki miał tam miej­scu. Otóż mia­łem się spo­tkać z ziom­kiem, wszystko było usta­lone, uga­dane już jakiś czas wcze­śniej i dzień przed przy­jaz­dem pisze do mnie na fej­sie. Że nie wpu­ścili go do samolotu.

W Pana­mie można było powró­żyć u indiań­skiego sza­mana. Nie chcia­łem jed­nak wyda­wać na to pie­nię­dzy, prze­czy­ta­łem sobie w zamian horoskop.

Bo lot był przez Puerto Rico, które w jakiś spo­sób jest praw­nym tery­to­rium naj­lep­szego kraju na świe­cie. I nie ma zna­cze­nia, że lot­ni­sko powinno być tere­nem neu­tral­nym, oraz że to była tylko prze­siadka. Jak widać są na tym świe­cie neu­tralni i neu­tral­niejsi. Musiał z tego powodu zaku­pić kolejny bilet, tym razem do Kolum­bii, gdzie mie­li­śmy się spo­tkać za kil­ka­na­ście dni. Mogłem więc bez naj­mniej­szych skru­pu­łów opu­ścić to miejsce.

Capur­gana, Kolumbia

Począt­kowo pla­no­wa­łem od razu z Panamy ude­rzyć na Medel­lin, ale ta wio­ska wydała się być cał­kiem przy­jemna do zosta­nia na noc czy dwie, co też potwier­dziło parę osób z któ­rymi tam roz­ma­wia­łem. I bar­dzo dobrze zro­bi­łem, bo za trans­port łodzią gość chciał poli­czyć 60 dola­rów, pod­czas gdy stan­dar­dowa cena to około 20. Mówię około, bo cena była w kolum­bij­skich peso, w całej miej­sco­wo­ści nie było ban­ko­matu, a kurs wymiany jaki pro­po­no­wali na miej­scu może nie był jesz­cze ban­dycki, ale co naj­mniej złodziejski.

W każ­dym razie zosta­łem tam, choć tylko dwie noce, bo było ciężko. Brak skle­pów samo­ob­słu­go­wych, nie­zbyt dobrze z miej­scami do jedze­nia, tury­styczne ceny, zbyt małe miej­sce, a do tego Inter­net ogra­ni­czony był do face­bo­oka i what­sappa. Pierw­szy raz spo­tka­łem się z takimi restryk­cjami, jed­nak mia­łem tro­chę czasu żeby pole­żeć na plaży i poczy­tać. W nie­dzielę wybra­li­śmy się do Medellin.

To jest jesz­cze Puerto Obal­dia, ostat­nia miej­scówka w Panamie

Jedyny śro­dek trans­portu to łódki.

Cza­sem nawet da się z nich zro­bić przy­zwo­ite zdjęcie.

Medel­lin, Kolumbia

Busy w Kolum­bii jeż­dżą czę­sto i gęsto we wszyst­kich kie­run­kach, jed­nak trzeba mieć na uwa­dze, że jest to kraj bar­dzo górzy­sty, a więk­szość miejsc leży w jed­nym z trzech gór­skich pasów. Wjeż­dża się w górę krę­tymi ścież­kami, co nie wpływa korzyst­nie ani na kom­fort jazdy, ani na jej pręd­kość. Wsia­da­jąc w jaki­kol­wiek śro­dek trans­portu w Kolum­bii dobrze jest wziąć ze sobą sporo cier­pli­wo­ści, wodę, jedze­nie, książkę poduszkę, oraz coś cie­płego do ubra­nia. Mi zabra­kło tego ostat­niego i pod­czas prze­jazdu się prze­zię­bi­łem, a w kon­se­kwen­cji prak­tycz­nie cały pobyt spę­dzi­łem w hostelu.

W ogóle duże mia­sta w Kolum­bii są ogromne. Medel­lin nie jest jesz­cze taki naj­więk­szy, bo tylko ponad 2 miliony miesz­kań­ców, ale też robi wra­że­nie. Szcze­gól­nie, że przy­je­cha­łem w nocy i mia­łem wspa­niały widok na morze budyn­ków na zbo­czach gór, z któ­rych widać było tylko zapa­lone świa­tła. Póź­niej kil­ka­na­ście przy­stan­ków metrem, spa­cer do hostelu który oka­zał się zajęty. Wyzię­biony od jazdy, zapo­cony od nie­sie­nie ple­caka już nie czu­łem się naj­le­piej, ale posze­dłem do kolej­nego hostelu z listy (zawsze sobie zazna­czam kilka, aby móc mieć alter­na­tywę) i tam już było tro­chę lepiej. Chyba na widok mojej bla­dej zapo­co­nej twa­rzy i błęd­nego wzroku Pani się zro­biło mnie żal, bo dosta­łem bro­wara gra­tis przy zamel­do­wa­niu się.

A potem się roz­cho­ro­wa­łem. Mia­łem tylko oka­zję zoba­czyć melan­żowy poten­cjał mia­sta, acz­kol­wiek sam w nim nie uczest­ni­czy­łem. Prze­sie­dzia­łem kilka dni w hostelu, od czasu do czasu wycho­dzi­łem kupić jakieś jedze­nie i odli­cza­łem dni w któ­rych muszę poje­chać do Bogoty ode­brać ziomka. Oczy­wi­ście zro­bi­łem to prak­tycz­nie na ostat­nią chwilę, a do tego strasz­nie głu­pio, bo wyje­cha­łem z samego rana. Aby do Bogoty zaje­chać na wie­czór. Straszna głu­pota, teraz już dokład­niej pla­nuje swoje podróże i jak coś zaj­muje co naj­mniej 8 godzin to można to zro­bić w nocy i oszczę­dzić sobie na noclegu.

Nie chcia­łem zbyt wiele czasu spę­dzać na zabawę prze­słoną i migawką, zro­bi­łem więc tylko jedną próbę.

Stre­etart, czy­tel­nicy już zdają sobie sprawę, że prze­pa­dam za nim.

Obcięty gołąb. Choć on to już chyba jest z Bogoty.

Bogota, Kolum­bia

W każ­dym razie Bogota. Sto­lica i naj­więk­sze mia­sto Kolum­bii, poło­żone na wyso­ko­ści więk­szej niż Rysy. Ponad 10 milio­nów ludzi roz­ło­żo­nych na ogrom­nej powierzchni, bo wie­żow­ców się tam nie buduje. Przy­je­cha­łem dzień wcze­śniej, już prak­tycz­nie nocą i musia­łem jechać tak­sówką z dworca auto­bu­so­wego. Jakieś 20 minut jazdy po prak­tycz­nie pustych, wie­lo­pa­smo­wych dro­gach i zaje­cha­łem do cen­trum tury­stycz­nego. Takiego peł­nego hoteli, miejsc z jedze­niem i poli­cji, aby wszy­scy byli bezpieczni.

Nigdzie wcze­śniej nie widzia­łem tyle służb i tyle broni, a wszystko to aby chro­nić tury­stów. Prak­tycz­nie na każ­dym rogu para funk­cjo­na­riu­szy z ciężką bro­nią i psami sta­nowi dość nie­po­ko­jący widok. Do tego walory tury­styczne są dość skąpe. Nie­zbyt dobre miej­sce, żeby zro­bić dobre pierw­sze wra­że­nie na Sokole (nazwijmy mojego przy­ja­ciela Soko­łem, bo w sumie tak go cza­sem nazy­wam). Teraz już cały pro­ces trans­portu prze­biegł bez pro­ble­mów i spę­dzi­li­śmy kilka dni w stolicy.

Wysoko. Prócz samej róż­nicy pozio­mów Bogota znaj­duje się na wyso­ko­ści więk­szej niż Rysy.

Tra­dy­cyjna sałatka owo­cowa z serem. Ich ser jest bez smaku, więc dobrze pasuje jako uzu­peł­niacz do pra­wie każ­dego dania.

Kolejne malunki. W Bogo­cie było ich zaska­ku­jąco dużo, nie­stety więk­szość przy głów­nych dro­gach i można je było podzi­wiać głów­nie z auto­busu, a zro­bie­nie zdjęć było dość trudne.

Mie­li­śmy oka­zję posłu­chać hisz­pań­skiego freestyle’u.

A to jest tra­dy­cyjna gra z oko­lic. Nazwa mi umknęła, jed­nak nie jest to takie ważne. Cięż­kimi kamie­niami rzuca się w gli­nianą tablicę, na któ­rej znaj­dują się malut­kie koperty z pro­chem. Jak dobrze tra­fisz, to wybucha.

Wśród tych dni pocho­dzi­li­śmy sobie po mie­ście, coś tam widzie­li­śmy, gdzieś tam weszli­śmy, jed­nak naj­lep­szą rze­czą jaką zro­bi­li­śmy było zwie­dza­nie mia­sta na rowe­rach. Napi­sa­łem już kilka fak­tów na ten temat we wpi­sie, a tutaj zosta­wię po pro­stu wię­cej zdjęć.

Wie­dziony doświad­cze­niem zapla­no­wa­łem wyjazd z Bogoty w godzi­nach wie­czor­nych. Naj­lep­sza opcja, bo zazwy­czaj hostele pozwa­lają zosta­wić bagaże aż do póź­nego wie­czora, do tego oszczę­dza się czas na podróży, no i pie­nią­dze za noc­leg. Podob­nie było w tym przy­padku, choć tro­chę za wcze­śnie wyje­cha­li­śmy i w kon­se­kwen­cji w Pere­irze byli­śmy przed 5 rano.

Prze­czy­taj też — parę słów o Kolumbii

Malunki na chodnikach.

Wyścigi naj­bar­dziej zaja­dłych świ­nek mor­skich po tej stro­nie równika.

Na koniec jesz­cze arty­styczne zdjęcie.

Pere­ira, Kolumbia

Tak wcze­sna pora nie jest naj­lep­szym cza­sem na cho­dze­nie po mie­ście, ale też nie bar­dzo chcie­li­śmy sie­dzieć i mar­z­nąć 3 godziny na dworcu, wybra­li­śmy się więc spa­cer­kiem do hostelu. Nie­całe dwa kilo­me­try, poszło cał­kiem szybko. Tak naprawdę Pere­ira nie jest zbyt inte­re­su­ją­cym miej­scem do odwie­dze­nia, ale gdzieś po dro­dze zatrzy­mać się trzeba. Jedyną rze­czą jaką tam zro­bi­li­śmy, była wizyta na źró­dłach termalnych.

A namó­wiła nas do tego dziew­czyna z hostelu. Tzn. powie­działa że idzie, a i tak nie mie­li­śmy za bar­dzo pla­nów. Tak jak się spo­dzie­wa­łem droga dojaz­dowa była straszna, trans­port był słabo zor­ga­ni­zo­wany, ale dzięki zna­jo­mo­ści hisz­pań­skiego udało się to w miarę roz­sąd­nie roze­grać. Do tego pod­czas drogi roz­pa­dał się deszcz i zro­biło się wręcz świet­nie na gorące źró­dła. Zupeł­nie ina­czej uwa­żała nasza nowa koleżanka.

W ogóle jak na osobę będącą kilka lat w podróży była wyjąt­kowo mało podróż­ni­cza, nie mam poję­cia w jaki spo­sób dała radę robić to tyle czasu, skoro zda­rzają się o wiele bar­dziej nie­przy­jemne sytu­acje niż tro­chę desz­czu. Nie byłem zbyt zado­wo­lony z takiego towa­rzy­stwa, ale musia­łem jakoś to znieść. Zno­sić. Bo dalej poje­cha­li­śmy razem.

Bar­dzo ład­nie tam było, wodo­spa­dzik, góry, lasy, piękne widoki i gorąca woda.

Salento, Kolum­bia

Tro­chę tutaj prze­sa­dzam, jeżeli cho­dzi o zno­sze­nie dam­skiego towa­rzy­stwa, to nie jest ono koniecz­no­ścią. W każ­dym hostelu znaj­dzie się mnó­stwo face­tów, któ­rzy zapro­po­nują, a nawet narzucą swoje towa­rzy­stwo nie­wie­ście, oraz dość żenu­jące zaloty. Zapewne rów­nież dobrze się bawiła za każ­dym razem, gdy co raz to kolejni goście pró­bo­wali ją adorować.

Choć z dru­giej strony jakoś żad­nego z nich nie wybrała jako towa­rzy­sza wędró­wek, więc pozo­stało nasze towa­rzy­stwo. Na szczę­ście nie padało już za bar­dzo, zresztą tylko na początku zro­biła na mnie słabe wra­że­nie, póź­niej po pro­stu neu­tralne. Zupeł­nie ina­czej niż Salento — pierw­sza malutka, przy­tulna i malow­ni­cza miej­sco­wość, którą odwie­dzi­łem z Soko­łem. Nareszcie.

Wybra­li­śmy się wspól­nie z naszą nową kole­żanką i jesz­cze kil­koma oso­bami z hostelu na wycieczkę słynną w oko­licy i prze­piękną trasą Cocora val­ley. Udało mi się nawet nie zapo­mnieć o włą­cze­niu endo­mondo i do tego GPS mi dzia­łał cały czas bez pro­blemu — https://www.endomondo.com/users/22929885/workouts/805169979

Co mogę wię­cej powie­dzieć, był długi spa­cer doliną z pal­mami, weszli­śmy do miej­sca gdzie zaj­mują się koli­brami, a następ­nie okrężną drogą wró­ci­li­śmy do miej­sca startu. Były palmy, koli­bry, cho­dze­nie i parę innych rze­czy, które może­cie zoba­czyć na zdjęciach.

dsc_4907

Jezu­sek zaklęty nawet w gałce zmiany biegów.

Na miej­sce startu trasy trzeba było pod­je­chać takim jeepem. Aku­rat na zdję­ciu zła­pa­łem takiego w bar­dzo dobrym stanie.

Rzeczka, mostek.

Celem trasy było wej­ście do domku, gdzie zaj­mują się kolibrami.

Było ich tam z pięć rodzajów.

Póź­niej zro­biło się tro­chę mgliście.

Jesz­cze jedno ujęcie.

No i jesz­cze z moją facjatą. Chyba powinno się tak robić na blogu.

Ład­nie tam było.

Naresz­cie palmy. W końcu to dolina palmowa.

dsc_4962

Ostat­nie zdję­cie stamtąd.

W Salento zda­rzyła się jesz­cze jedna rzecz, która mnie wypro­wa­dziła z rów­no­wagi. Może nie do końca wypro­wa­dziła, ale zachwiała nią. Nie spo­tyka się zbyt wielu podró­żu­ją­cych Pola­ków. Mało kto jest na tyle zde­cy­do­wany i zde­ter­mi­no­wany, aby przez kilka lat pra­co­wać i odkła­dać na podróż. A nawet jeżeli są takie osoby, to po tej dro­dze może im się zda­rzyć jakiś poważny zwią­zek, jakieś dziecko, dobra pozy­cja w pracy, czy zwy­czaj­nie zwąt­pie­nie w tak infan­tylne i nie­przy­sta­jące doro­słemu czło­wie­kowi marze­nie, jak pozna­nie świata.

Z tego też powodu spo­tka­nie Pola­ków w podróży dla reszty podróż­nych jest czymś zadzi­wia­ją­cym. Mniej wię­cej tak, jak­bym ja spo­tkał Ukra­iń­ców. Tylko róż­nica jest taka, że zda­wał­bym sobie sprawę z powodu dla któ­rego oni nie podró­żują. Nie wszy­scy jed­nak są tak domyślni i czę­sto muszę tłu­ma­czyć, że jeste­śmy bied­nym kra­jem, który do teraz się nie pod­niósł z prze­gra­nej w 2 woj­nie świa­to­wej i póź­niej­szego komu­ni­zmu, nie wspo­mi­na­jąc już o aktu­al­nej władzy.

Główną nacją podró­żu­jącą są za to Niemcy. Może nie­ko­niecz­nie wygrali drugą wojnę, ale na pewno spra­wili, że inni prze­grali bar­dziej. Bo czym innego jest mieć napi­sane na papie­rze, że pod­da­jemy się, a czym innym skoń­czyć z wybitą całą elitą inte­lek­tu­alną, więk­szo­ścią mło­dzieży i zde­wa­sto­wa­nymi mia­stami. Dla­tego lista ze spi­sem naro­do­wo­ści, jakie odwie­dziły w pierw­szych 6 latach hostel zaczyna się od Niem­ców, a Pola­ków nie było tam wcale.

Trzeba było dopi­sać na samej górze.

Jesz­cze z koniem.

I jesz­cze ja w Salento.

I jesz­cze ja z krowami.

To mnie jesz­cze tak bar­dzo nie zde­ner­wo­wało, jak dziew­czyna z tego kraju, która patrząc na listę stwier­dziła „Niemcy to wie­dzą co dobre”. I puszka na napiwki w recep­cji z napi­sem „Dorzuć się, prze­cież to i tak pie­nią­dze Two­ich rodziców.”.

Cali, Kolum­bia

W Cali na początku tra­fi­li­śmy do nowiut­kiego hostelu na wypa­sie, ogromna i wspa­niale wypo­sa­żona kuch­nia, spore tarasy, wiel­kie i wygodne łóżka z lampką i kon­tak­tem, wielce przy­zwo­ite prysz­nice, tylko jeden malutki man­ka­ment. Był prak­tycz­nie pusty. Cał­ko­wita cisza, zero ludzi. Otwarty dopiero od kilku mie­sięcy, ale zdzi­wie­nie bie­rze, że nikogo tam nie było.

Wła­ści­ciel wysłał nas na jedze­nie do dziel­nicy czer­wo­nych latarni, gdzie wąsaci faceci w śred­nim wieku ofe­ro­wali nam nar­ko­tyki, albo towa­rzy­stwo dziew­czyn. Restau­ra­cja do któ­rej tra­fi­li­śmy też nie zro­biła naj­lep­szego wra­że­nia. Nie była by nawet taka zła, gdyby nie nie­ogar­nięty kel­ner. A raczej tak bar­dzo nie­przy­tomny, bo był pod ogrom­nym wpły­wem mari­chu­any. Spa­lony jak bąk.

Przez to też zupeł­nie nie mógł nic ogar­nąć. Mimo zapi­sa­nia na kartce pomy­lił nasze zamó­wie­nia, do tego też nie ogar­niał z innymi klien­tami, przez co nasz posi­łek cze­kał tro­chę czasu na przy­nie­sie­nie, aż zdą­żył osty­gnąć. Jak przy­szło do pła­ce­nia, to zasko­czył mnie, bo przy­szedł chwilkę po zawo­ła­niu, pro­fe­sjo­nal­nie z notat­ni­kiem i czar prysł. Spy­tał się nas co jedli­śmy, żeby nas pod­li­czyć. Miał pro­blemy z licze­niem, więc liczy­łem choć na to, że się pomyli na moją korzyść, ale nic bar­dziej myl­nego. Tutaj aku­rat oka­zał się spo­rym sku­pie­niem, co jed­nak oku­pił nie­pro­por­cjo­nal­nie dużą ilo­ścią czasu i fak­tem, że jedze­nie dla kolej­nych klien­tów rów­nież osty­gło. Na końcu miał jesz­cze tyle tupetu, żeby upo­mnieć się o napiwek.

Poszli­śmy jed­nak zoba­czyć hostel, o któ­rym wspo­mi­nał nam zna­jomy w poprzed­niej miej­sco­wo­ści — los via­je­ros, czyli podróż­nicy. Tuż przy parku, bli­sko tury­stycz­nych miejsc, w dziel­nicy gdzie jest bez­piecz­nie i tań­czy się salsę. Jed­no­gło­śnie i bez wyma­wia­nia jed­nej sylaby na głos posta­no­wi­li­śmy prze­nieść się tam kolej­nej nocy. Na jedną, dwie, góra trzy. Zosta­li­śmy pra­wie tydzień.

Uliczka w Cali

A tutaj rado­sna twór­czość uliczna.

Kośció­łek.

Nie żeby było tam za bar­dzo co robić. Sporo czasu się obi­ja­li­śmy i po pro­stu chil­lo­wa­li­śmy przy base­nie cie­sząc się sło­neczną pogodą, atmos­ferą miej­sca i dostępną prze­strze­nią. Choć nie zna­czy to, że zupeł­nie nic nie robi­li­śmy. Mię­dzy innymi udało nam się prze­żyć Kolum­bij­ski MELANŻ.

Taka przy­goda to mnie jesz­cze nie spo­tkała i nie przy­pusz­czał­bym, że mnie spo­tka. No bo żebym ja i kluby, taniec, pozna­wa­nie miej­sco­wych, a potem after­party na ich kwa­dra­cie, no to nie pomy­ślał­bym. Ale po kolei.

Wszystko miało miej­sce w Cali — mie­ście, które jest świa­tową sto­licą salsy. Wie­dzia­łem o tym przed przy­jaz­dem i pomy­śla­łem sobie, że nawet warto byłoby wziąć kilka lek­cji tańca, skoro już tam będę. Z pomocą przy­szedł mi hostel Los Via­je­ros, który orga­ni­zuje dzien­nie po godzince dar­mo­wych zajęć z salsy. Nie trzeba od razu się zobo­wią­zy­wać na wiele godzin takich męczarni, a do tego jest na miej­scu no i oczy­wi­ście za darmo. Posze­dłem więc.

I potań­czy­łem. Nie było tak źle, szcze­gól­nie że pod­czas swo­jego cał­ko­wi­cie nie­ta­necz­nego życia udało mi się wyko­nać kilka ćwi­czeń popra­wia­ją­cych ryt­mikę. Głów­nie cho­dzi mi tutaj o grę Dance Dance Revo­lu­tion, takiej z matą ze strzał­kami, co to mali Chiń­czycy w tym wymia­tają no i prze­sze­dłem wszyst­kie trzy czę­ści Pata­po­nów — jedy­nej gry dla któ­rej warto kupić PSP.
Nie było źle, ale dobrze rów­nież. Po pro­stu stwier­dzam, że w prze­ciągu kil­ku­na­stu dni tre­ningu był­bym w sta­nie się jako tako nauczyć, pode­rwać do tańca jakąś nie­wia­stę, a może nawet tym tań­cem jej zaim­po­no­wać na tyle, że nie musiał­bym się wysi­lać zbyt­nio na flir­to­wa­nie. W każ­dym razie było zde­cy­do­wa­nie za szybko, aby nabyte umie­jęt­no­ści pre­zen­to­wać przed kim­kol­wiek. W sam raz za to, aby popa­trzeć jak inni tań­czą. A tak się szczę­śli­wie zło­żyło, że w tym cza­sie odby­wały się mistrzo­stwa świata w sal­sie, więc jedziemy.

Tak­só­weczka, prócz nas dwie dziew­czyny z hostelu i lecimy na zawody. W sen­sie oglą­dać, a nie tań­czyć. Wbi­jamy na sta­dion, try­buny na otwar­tym powie­trzu, pierw­sze pary w tańcu. I oka­zało się, że wcale nie mam jesz­cze wystar­cza­jąco poję­cia, żeby oglą­dać. To co tam się wyra­biało na sce­nie, było daleko ponad moje zro­zu­mie­nie. Mnó­stwo ewo­lu­cji, akro­ba­tyki i kon­kurs naj­praw­do­po­dob­niej na naj­szyb­sze prze­bie­ra­nie nogami, nie spo­dzie­wa­łem się cze­goś takiego.

Nie spo­dzie­wa­łem się rów­nież, że poznamy miej­scową dziew­czynę, która będzie n as gorąco nama­wiać na wizytę w tra­dy­cyj­nym klu­bie, gdzie tań­czy się salsę. Takiej sytu­acji nie wolno prze­ga­pić, nawet jeżeli odbie­rasz kluby jako przed­sio­nek pie­kła. Niskie sufity, duszne pomiesz­cze­nia, pijani ludzie ocie­ra­jący się o Cie­bie i gło­śna muzyka, bra­kuje jedy­nie kotła ze smołą. Tak wyglą­dają wszyst­kie kluby i tak też wyglą­dało tym razem, z jedną drobną różnicą.

Wszy­scy tań­czyli salsę. Wszy­scy umieli to robić. A prze­krój klubu zaczy­nał się od led­wie peł­no­let­nich (albo nawet i nie) ludzi, aż do takich w zaawan­so­wa­nym wieku. Pomimo tego zatań­czy­łem sobie tam raz, w zupeł­no­ści mi wystar­czy. Całą resztę czasu, jak zazwy­czaj, spę­dzi­łem przed klu­bem cze­ka­jąc aż ta męczar­nia dobie­gnie końca, dzi­wiąc się jak ludzie są w sta­nie wytrzy­mać w takich warun­kach i zasta­na­wia­jąc czy „w poszu­ki­wa­niu utra­co­nego czasu” Pro­usta okaże się gniotem.

Byłem sobie przed budyn­kiem, gdzie rów­nież natę­że­nie dźwięku było nie­zno­śne, ale już do prze­ży­cia mia­łem wiele czasu na kon­tem­pla­cję, oraz roz­mowy z ludźmi, któ­rzy wyszli na fajkę. Wśród nich zna­la­zło się też ekipa miej­sco­wych, która zapro­siła nas do sie­bie na after party. Ogól­nie pomysł pój­ścia w środku nocy, z obcymi ludźmi, na dru­gim końcu świata do ich domu można uznać za nie­zbyt roz­sądny. Jed­nak było nas kilka osób, do tego byli­śmy dość trzeźwi, więc trzeba chwy­tać sroki za ogon, czy dzień.

I oka­zało się to jed­nym z lep­szych pomy­słów pod­czas całej podróży. Fajna, spo­kojna, chil­lo­utowa domó­weczka, mię­dzy­na­ro­dowe grono, wszy­scy sie­dzą sobie przed blo­kiem, nasi nowi zna­jomi zaopa­trują nas jesz­cze w bro­wary, a wra­ca­jąc do hostelu jemy śnia­da­nie, bo zasie­dzie­li­śmy się do rana. Takie imprezy już bar­dzo lubię, a nie byłoby moż­liwe się na niej zna­leźć, gdy­bym nie zary­zy­ko­wał pój­ścia na taką, któ­rej nie lubię. Nie­stety nie ma stam­tąd zbyt dobrych zdjęć, dla­tego musi­cie uwie­rzyć na słowo, że druga plama od pra­wej to ja.

A ta nie­wia­sta obok mnie była wyjąt­kowo uro­dziwa. Choć w to już nie musi­cie mi uwierzyć.

Mam jedy­nie zdję­cie z ulicz­nego pokazu tańca.

Jesz­cze wra­ca­jąc tak­sówką wyszedł temat jedze­nia. Coś że śnia­da­nie by można było zjeść przed pój­ściem do łóżka, ale czy coś już będzie otwarte? Jakoś tak wyszło, że kie­rowca pod­chwy­cił temat i po chwili wiózł nas do jakiejś otwar­tej o 6 rano miej­scówki, gdzie podobno dają dobrze jeść. Było to jedno z dziw­niej­szych miejsc jakie odwie­dzi­łem. Czu­łem się tam tro­chę tylko zagro­żony, ale o wiele bar­dziej tam było dziw­nie. Ludzie się patrzyli na nas tak, jak­by­śmy zapu­ścili się w teren, w któ­rym stopa bia­łego czło­wieka nigdy nie postała. Zmę­cze­nie dawało się we znaki i nie zapa­mię­ta­łem zbyt dobrze szcze­gó­łów, pamię­tam jed­nak emo­cje, czu­łem się bardzo

Na koniec po cało­noc­nym melanżu przy­je­cha­li­śmy tak­sówką obsko­czyć wpier­dol. Pra­wie tak wyszło, na szczę­ście jed­nak nic się nie stało. A samo miej­sce i kel­ner też nie nale­żeli do naj­przy­jem­niej­szych. O tej porze nie było już pra­wie nie ma żad­nego jedze­nia, prócz hot dogów, które oka­zały się nie takie złe. Zaraz po tym szybko wró­ci­li­śmy do hostelu kolejną taksówką.

Widok na mia­sto z pobli­skiego parku.

Jak on wyho­do­wał takie ogromne?

San Cipriano, Kolumbia

Wybra­li­śmy się też do pobli­skiej wio­ski w środku dżun­gli. Która oka­zała się wcale nie tak pobli­ska i do tego wcale nie tak w środku dżun­gli. Naj­pierw dwie godzinki w stronę nabrzeża, wysiąść trak­cie podróży, przejść się na moto-drezynę i poje­chać do wio­ski peł­nej czar­no­skó­rych ludzi. Jest ona dość bli­sko drogi, w środku parku naro­do­wego, jed­nak przez długi czas była odizo­lo­wana od świata zewnętrznego.

Odkryto ją dość nie­dawno i zbu­do­wano tory kole­jowe. Pew­nie coś chcą wydo­by­wać, choć na razie budowla nie jest ukoń­czona, albo po pro­stu ją porzu­cili? Nie wiem, w każ­dym razie kil­ka­na­ście kilo­me­trów w głąb dżun­gli cią­gną się tory kole­jowe i miej­scowi dobrze je wyko­rzy­stują. Zbu­do­wali drew­niane plat­formy, w 3 punk­tach opie­ra­jące się gołymi łoży­skami o tory, a czwar­tym punk­tem jest tylna opona motocykla.

I znów dałem się oszu­kać na hajs. Zapo­mnia­łem się dowie­dzieć ceny takiego prze­jazdu i zapła­ci­li­śmy dzie­cia­kowi trzy­krotną war­tość. Ehhh, źle to ogar­ną­łem, bo myśla­łem, że on nas zapro­wa­dzi do „kie­rowcy”. A dzieci to już w o ogóle naj­gor­sze są jeśli cho­dzi o zawy­ża­nie cen. Za nic wstydu nie mają. Na szczę­ście nie byłem na tyle głupi, żeby zapła­cić z góry za powrót, więc na bile­cie z powro­tem zosta­łem oszu­kany tro­chę mniej. A sama wycieczka?

Ten w czer­wo­nej mnie nacią­gnął na tyle hajsu.

Choć jechało się naprawdę fajnie.

I nawet był czas żeby zrobić zdjęcie. Bo jak pojazdy jechały z przeciwległych stron, to trzeba było zejść z torów.

Naj­gor­sze miej­sce w jakim spa­łem. Malutka duszna klita na pię­trze miej­sca z jedze­niem, całe pię­tro zbu­do­wane z nie­ohe­blo­wa­nych desek, któ­rych wióry sypały się na spo­cone ciało i oble­piały nim, przez co obra­ca­łem się na nie­wy­god­nym łóżku, a w zasa­dzie sien­niku. Zero prze­pływu powie­trza, robac­twa mnó­stwo i wszę­dzie, padało sporo bo to las desz­czowy był, a naj­więk­sza atrak­cja oka­zała się strasz­liwą porażką. Był to spływ rzeką na dmu­cha­nej oponie.

Jak zawsze atrak­cje w tej czę­ści świata zaska­ki­wały mnie swoim pozio­mem trud­no­ści i wysił­kiem koniecz­nym do ich poko­na­nia, więc tym bar­dziej się nakrę­ci­łem na pole­cany wszem i wobec spływ w San Cipriano. Że będzie ele­gancko, że prze­ciora mnie w nur­cie rzeki, że wra­że­nia, że adre­na­lina, że przy­goda. Pikan­te­rii doda­wała jesz­cze plotka, że parę mie­sięcy temu jakaś dziew­czyna się tam utopiła.

Zawio­dłem się cał­ko­wi­cie. Nie z tego powodu, że prze­ży­łem, to aku­rat sobie zapla­no­wa­łem. Po pro­stu spływ oka­zał się, deli­kat­nie mówiąc, słaby. Nurt był tak deli­katny, że w więk­szo­ści przy­pad­ków trzeba było wio­sło­wać, aby się poru­szać, na zako­lach odbi­jało się od peł­nych gałęzi brze­gów, a jak już nurt był troszkę moc­niej­szy, to pły­ci­zna i wysta­jące skały unie­moż­li­wiały roz­pę­dze­nie się. Trzeba było chcieć, albo mieć naprawdę strasz­nego pecha, żeby zabić się w takich warun­kach. Musiał­bym mieć jakieś 70 lat wię­cej, żeby była szansa abym uznał to za eks­cy­tu­jącą przygodę.

Jest jed­nak jedna pozy­tywna rzecz, którą mogę powie­dzieć o tam­tym miej­scu. Można tam było zjeść nie­sa­mo­wi­cie dobrą rybę.

Cali, Kolum­bia

Nie byłem zbyt­nio zado­wo­lony z tam­tego wyjazdu, tego jak go zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy (nie­opty­mal­nie), tego ile zapła­ci­li­śmy i tego jak zapla­no­wa­li­śmy dal­szą podróż. Po pro­stu nie­po­trzeb­nie stra­ci­li­śmy sporo czasu i pie­nię­dzy, na coś nie­zbyt war­tego, no ale w życiu nie da się unik­nąć wszyst­kich takich sytu­acji. Na szczę­ście zda­rzały się też sytu­acje, w któ­rych dobrze wyko­rzy­sta­li­śmy czas i pieniądze.

Prócz tego epic­kiego melanżu i poje­cha­li­śmy sobie na food tour. Gość sobie wymy­ślił, że zor­ga­ni­zuje coś takiego i codzien­nie obcho­dzi z grupą ludzi pobli­skie tar­go­wi­sko kupu­jąc po kilka pro­duk­tów i czę­stu­jąc nimi ludzi. Mia­łem więc oka­zją spró­bo­wać cał­kiem wielu nowych rze­czy, zaczęło się od chi­cha­rona. Tak nazy­wają skórę ze świni, którą pod­sma­żają i jedzą naj­czę­ściej z fryt­kami, lub ryżem. Ja bym tego nie tknął, na szczę­ście cho­dziło o coco chi­cha­ron, czyli kar­me­li­zo­wany owoc kokosa, który przy­po­mi­nał wyglą­dem świń­ską skórę. Z owo­ców miano naj­lep­szego w oko­licy dalej dzierży smo­czy owoc. Nie było to aż takie trudne, bo więk­szość któ­rych spró­bo­wa­łem była dość słaba. Jed­nego nazywa się pier­sią, bo ma prak­tycz­nie iden­tyczne wła­ści­wo­ści fizyczne, choć w smaku nie jest już tak dobry. Inny to śmier­dząca stopa, co można było zgad­nąć po zapa­chu, a do tego był też cyc­kowy owoc. O podob­nych wymia­rach, kształ­cie i konsystencji.

Ciężko napi­sać coś wię­cej, bo prak­tycz­nie każdy owoc był czymś nowym, choć można było zna­leźć odpo­wied­niki sma­ków czę­ści z nich. Np. owoc zwany mora to taka nasza jeżyna. Prócz owo­ców spró­bo­wa­li­śmy jesz­cze tro­chę sło­dy­czy, a także parę ulicz­nych dań. Jed­nym z cha­rak­te­ry­stycz­nych dań dla tego mia­sta jest kaszanka, a przy­naj­mniej coś bar­dzo podob­nego. Róż­nica jest taka, że je się ją z goto­wa­nymi bana­nami i bar­dzo pikant­nym sosem zwa­nym ajo.

Pozy­cję króla wśród całego jedze­nia dzierży cevi­che — drobno pokro­jone ryby bądź owoce morza ugo­to­wane w kwa­sku cytry­no­wym, poda­wane z cebulą, papryką, pomi­do­rem, a także jakimś sło­nym dodatkiem.

Kolum­bia była cał­kiem przy­jem­nym kra­jem do zatrzy­ma­nia się, choć nie udało mi się zoba­czyć wybrzeża kara­ib­skiego. Podobno tam jest naj­faj­niej, więc pozo­staje mi tylko mieć nadzieję, że jesz­cze tam powrócę. W Cali zatrzy­ma­li­śmy się na ponad tydzień pomimo zakła­da­nia dwóch, mak­sy­mal­nie trzech nocy. Po pro­stu hostel i towa­rzy­stwo oka­zało się na tyle przy­jemne, że nie chciało nam się ruszać. Ostat­nią noc zosta­li­śmy głów­nie dla­tego, że kolej­nej nocy (nocne busy) kilka osób chciało jechać, a w dużej gru­pie raźniej.

Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. Roz­dzie­li­li­śmy się na dwie tak­sówki, poje­cha­li­śmy razem z jed­nym gościem z Austra­lii pierwsi, kupi­li­śmy bilety na auto­bus i oka­zało się, że to były ostat­nie. Reszta naszych zna­jo­mych zna­la­zła się w innym auto­bu­sie. Cze­kała nas prak­tycz­nie cała noc podróży na gra­nicę z Ekwa­do­rem, a następ­nie kolejne kilka godzin, żeby dostać się do Quito. Na gra­nicy zna­la­zła się jesz­cze jedna rzecz warta odwiedzenia.

Stre­etart, stre­etart, streetart.

Kupi­łem też sobie tutaj sok z trzciny cukro­wej od bar­dzo sym­pa­tycz­nej Pani.

Las Lajas, Kolumbia

Taki mały kośció­łek przy gra­nicy. Dobrze, że zatrzy­ma­li­śmy się tam pod­czas podróży, roz­pro­sto­wa­li­śmy nogi i zje­dli­śmy jakieś śnia­danko, bo kil­ka­na­ście godzin podróży bez takiej prze­rwy nie należy do naj­przy­jem­niej­szych rze­czy na świe­cie. Nawet z tą prze­rwą do niej nie nale­żało. Zaraz póź­niej wkro­czy­li­śmy do Ekwa­doru, który oka­zał się świet­nym kra­jem do zwie­dza­nia, jed­nak o tym w kolej­nym podsumowaniu.

Gdyby tak zamiast świą­tyń budo­wano szkoły…

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.