Szkoła języka hiszpańskiego [Gwatemala, Antigua]

Nauka języka obcego jest jak nauka gry w tenisa sto­ło­wego. Naj­pierw uczy­łem się sam z ksią­żek i duolingo, ale to tak jakby poczy­tać instruk­cje do ping ponga i pooglą­dać filmy instruk­ta­żowe. Wiesz jak trzy­mać paletkę i może ci się udać nawet coś odbić, czy zaser­wo­wać jakąś kon­wer­sa­cję, jed­nak zazwy­czaj piłka ląduje poza stołem.

Potem uczysz się nowych rze­czy. Porząd­ku­jesz sobie słówka, kata­lo­gu­jesz cza­sow­niki, pozna­jesz gra­ma­tykę, więc już jesteś w sta­nie coś pood­bi­jać parę razy. Oczy­wi­ście idzie to koślawo i jest moż­liwe jedy­nie gdy drugi zawod­nik pomaga ci grać, ale jest wymiana. I jest też zabawa. Teraz wystar­czy się ograć, żeby w miarę płyn­nie to wychodziło.

Póź­niej uczysz się trud­niej­szych kon­struk­cji rze­czy. Pod­stawy masz już przy­swo­jone, posłu­gu­jesz się nimi bez pro­blemu, wręcz odru­chowo, to możesz poznać kilka dodat­ko­wych sztu­czek. Gra już robi się inte­re­su­jąca. Zda­rzają się niskie piłki, albo szyb­kie, które udaje ci się odbić, a nawet cza­sem posłać.

W miarę dal­szego roz­woju zostaje tylko się dosko­na­lić. Naj­wyż­szym pozio­mem wcale nie jest myśle­nie w innym języku. W ogóle to nie rozu­miem dla­czego ktoś miałby to robić, prze­cież naj­le­piej jest w swoim wła­snym. Ja bym ten punkt okre­ślił jako umie­jęt­ność kon­stru­owa­nia żar­tów języ­ko­wych. Już koniec z teni­sem stołowym.

Kon­krety

Takie sobie porów­na­nie wymy­śli­łem, a nie napi­sa­łem jesz­cze ani jed­nej kon­kret­nej infor­ma­cji. No to tak, można wyku­pić zaję­cia 20 lub 30 godzin w tygo­dniu. W pierw­szym przy­padku 4 godzinki z jedną nauczy­cielką, a gdy masz pakiet powięk­szony, to kolejne 2 godziny są już z inną. Pierw­sza robi z Tobą teo­rię, gra­ma­tykę, ćwi­cze­nia, a druga tylko i wyłącz­nie z Tobą roz­ma­wia. Wszyst­kie godziny to zaję­cia indy­wi­du­alne, a koszt cało­ści (30 godzin zajęć + zakwa­te­ro­wa­nie i wyży­wie­nie u miej­sco­wej rodziny) to 200$ tygodniowo.

Pod­czas poran­nych zajęć jest kró­ciutka prze­rwa, pod­czas któ­rej można prze­gryźć lokalne przysmaki.

Jak wyglą­dają lekcje?

Rano mam lek­cje z Rosa­rio. Bar­dzo atrak­cyjna nie­wia­sta, zawsze ele­gancko ubrana, ze zro­bio­nym maki­ja­żem i paznok­ciami, dobra­nymi dodat­kami, dys­tyn­go­wana, acz­kol­wiek wylu­zo­wana, za każ­dym razem gdy zauważy, że zro­bi­łem błąd mówi „O o” i jest bar­dzo w porządku. Zresztą w innym przy­padku popro­sił­bym o zmianę, bo nie wyobra­żam sobie spę­dzać 4 godzin dzien­nie z nauczy­cielką, któ­rej nie lubię.

Gene­ral­nie zaję­cia bar­dzo mnie zasko­czyły. Zero angiel­skiego i od razu ostry start z mate­ria­łem. Prze­gląd­nę­li­śmy wszystko czego się nauczy­łem i na koniec z całego tego mate­riału dosta­łem zada­nie domowe. Pod­czas pierw­szej prze­rwy mia­łem wra­że­nie, że te 4 godziny dały mi wię­cej niż cała nauka z ksią­żek i inter­netu. Zresztą jak patrzę na to teraz, to próba samo­dziel­nego naucze­nia się obcego języka jest prze­graną sprawą. Trzeba się oswoić z mówie­niem, mieć kogoś kto Cię poprawi, wytłu­ma­czy zna­cze­nie słów, bo to się dość roz­pływa. Nie­które słowa mają kilka zna­czeń, ale bar­dzo czę­sto podob­nie jest w innych języ­kach. Np. pióro po pol­sku ozna­cza frag­ment ptaka, albo przy­rząd do pisa­nia. W hisz­pań­skim takim sło­wem jest la pluma, a po angiel­sku trzeba użyć dwóch róż­nych słów. Dla­tego w notat­kach uży­wam na prze­mian dwóch języ­ków, aby móc lepiej oddać zna­cze­nia hisz­pań­skich słów.

Pomimo że przez więk­szość czasu ja mówię, to udało się nam poroz­ma­wiać o naj­róż­niej­szych spra­wach i dowie­dzia­łem się np. że w Gwa­te­mali jest tra­dy­cja, że ciało umar­łego członka rodziny przed pogrze­bem trzyma się w domu. Nie wiem, czy ma to mobi­li­zo­wać ludzi do ogar­nię­cia wszyst­kiego szybko, ale jakoś nie przy­pa­dło mi do gustu. Zupeł­nie inną kwe­stią jest straż pożarna. Otóż ta insty­tu­cja nie otrzy­muje pań­stwo­wych pen­sji i jest orga­ni­za­cją na którą stra­żacy zbie­rają pie­nią­dze na uli­cach, albo zapi­sują się dodat­kowo do innych robót.

Opo­wia­da­łem jej kie­dyś o zupie cebu­lo­wej, a ona ją zro­biła. Zresztą opo­wia­da­łem jej różne rze­czy, tro­chę o inter­ne­tach, tro­chę o blo­ga­sku i tro­chę o Pol­sce, więc teraz już nie­odwo­łal­nie należę do gor­szego sortu. Jeżeli zaś cho­dzi o to jak wygląda nauka, to wszystko jest po hisz­pań­sku. Od pierw­szego dnia zajęć usły­sza­łem od niej tylko kilka słów po angiel­sku i to poje­dyn­czych, jak nie była w sta­nie mi wytłu­ma­czyć ina­czej. Wygląda na to że z angiel­skim u nich sła­biutko, bo część słów spraw­dzała w słow­niku. Zresztą mają tutaj uczniów z Japo­nii, któ­rzy nie znają angiel­skiego i też ich jakoś uczą.

Popo­łu­dniowe zajęcia

Po obie­dzie mam zaję­cia z Mari. Jest zupeł­nym prze­ci­wień­stwem poran­nej nauczy­cielki. Już na pierw­szy rzut oka widać, że w ubra­niach naj­bar­dziej ceni kom­fort, nie nisz­czy sobie cery kosme­ty­kami i nie przej­muje się kon­we­nan­sami. Cią­gle się śmieje, opo­wiada różne żar­ciki, jest tro­chę stra­chliwa, mówi że robota to chuj i całe szczę­ście że ma taką lekką, a naj­chęt­niej to by leżała i jadła. To jakaś alu­zja o nar­ko­ty­kach, to coś o piciu wódki - jak jej powie­dzia­łem, że setka z pie­przem to naj­lep­sze lekar­stwo na żołą­dek, to następ­nego dnia kupiła flaszkę i że vodka con pimienta es deli­ciosa. Do tego wszyst­kiego za każ­dym razem jak jakaś dziew­czyna prze­cho­dzi koło naszego sto­lika, to pró­buje mnie swa­tać. Taka jest rozrywkowa.

W ogóle to czę­sto pyta się o moje związki i rela­cje. Jak jej to wypo­mnę, to obraca kota ogo­nem i że to niby ja cią­gle o tym opo­wia­dam. Dziś za to się mnie pytała co pla­nuje w przy­szło­ści, gdzie miesz­kać, jaka panna, a może tutaj zostanę i znajdę jakąś mujer guata­mal­teca?  –Kusząca pro­po­zy­cja Mari, ale oba­wiam się, że mogłoby nam nie wyjść. A w pią­tek w ramach zajęć jedziemy na wycieczkę do miej­sca, gdzie pro­du­kują cze­ko­ladę i wino.

Mari lubi cho­dzić po szma­tek­sach, tar­go­wać się na tar­go­wi­sku, oglą­dać tele­no­wele i jeść fri­jo­les. To jest taka pasta ze sma­żo­nej fasoli, co wygląda jak gówno, ale można z tego zro­bić smaczne rze­czy. Do tego jest moim źró­dłem infor­ma­cji i cenach, miej­scach i zwy­cza­jach. Mówi co za ile można kupić i gdzie, a jak zapłacę wię­cej to mnie opieprza.

–Czemu tak zro­bi­łeś? Musisz być twardy!
–Jestem. I są sytu­acje, w któ­rych jestem bar­dziej.
–Nie wątpię.

Teo­re­tycz­nie powi­nie­nem z nią ćwi­czyć to, co mia­łem rano, ale Mari tak śred­nio zwraca na to uwagę. Zazwy­czaj nasz dia­log popły­nie w zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nym kie­runku, więc sam się pil­nuję i sta­ram się jak naj­wię­cej uży­wać nowych form. Nie jestem już w szkole, żeby uczyć się tylko pod naci­skiem nauczy­cieli, a dla­tego że chcę.

Jesz­cze kilka słów o języ­kach obcych

Kie­dyś już pisa­łem o tym, że nie zna­jąc języka angiel­skiego jest się prak­tycz­nie nie­peł­no­spraw­nym. Prze­cież więk­szość kul­tury która się prze­nika z naszą jest wła­śnie w tym języku. Bez jego zna­jo­mo­ści mamy ogra­ni­czone moż­li­wo­ści inte­rak­cji ze świa­tem. Zresztą zna­jo­mość jed­nego dodat­ko­wego sza­łem nie jest i było mi tro­chę wstyd przed sobą, że wię­cej nie umiem. Ucząc się języka pozna­jemy także wiele aspek­tów kul­tu­ro­wych, a sama ana­liza róż­nic w gra­ma­tyce i zna­cze­niu słów języ­ków jest sza­le­nie inte­re­su­jąca. Można na jej pod­sta­wie zro­zu­mieć kwe­stia w któ­rych oby­czaje i zacho­wa­nie róż­nią się od tych, do któ­rych jeste­śmy przyzwyczajeni.

Wła­śnie naj­bar­dziej cie­kawy byłem samego pro­cesu. Jak to wygląda, jak szybko jest się w sta­nie opa­no­wać kolejne etapy jego zna­jo­mo­ści, czy będą jakieś wspólne cechy z pol­skim i jak bar­dzo będą się róż­nić. Z angiel­skim nie pamięta tego pro­cesu, pomimo że trwał lata. Jestem w sta­nie wyło­nić kilka eta­pów, w naj­wcze­śniej­szym oczy­wi­ście nic nie wie­dzia­łem. Kolejny etap, to jak byłem pewien że coś tam umiem, a posze­dłem na dodat­kowy angiel­ski i oka­zało się, że raczej kiep­sko ze mną. Kolejny etap to gdy zna­łem już dobrze i bez pro­blemu mogłem roz­ma­wiać o dowol­nych tema­tach, ale mnie to męczyło. Teraz to roz­ma­wia­jąc po angiel­sku odpo­czy­wam od hiszpańskiego.

Tak sobie myślę, że trzeba dobrze znać swój język, żeby opa­no­wać bie­gle język obcy. Trudno prze­cież wyobra­zić sobie kogoś, kto z tru­dem składy sylaby, a po angiel­sku śmiga. Choćby taka pod­sta­wowa wie­dza ze szkoły, jak co to są przy­imki, czym się róż­nią czę­ści mowy, od czę­ści zda­nia, poznać ety­mo­lo­gię słów, powie­dzeń, przy­słów, rzu­cić okiem na sen­ten­cje po łaci­nie. A język mamy jeden z pięk­niej­szych na świecie.

Ucząc się porów­nu­jemy wszystko z języ­kiem ojczy­stym. Bez sta­łych punk­tów opar­cia wszystko będzie nam się roz­jeż­dżać i nie będziemy w sta­nie utrzy­mać kon­struk­cji gra­ma­tycz­nych, ani wie­dzy kiedy ich uży­wać, a nie nauczymy się już czy coś brzmi dobrze, żeby roz­ma­wiać na czuja. I całą tę tyradę wygło­si­łem z pozy­cji bar­dzo ści­słego umy­słu.

Czy warto uczyć się hiszpańskiego?

Hisz­pań­ski jest na pewno trud­niej­szy od angiel­skiego. I wcale nie mówię o takim angiel­skim „żeby roz­ma­wiać wystar­czy znać tylko trzy czasy”. To czy­sta głu­pota, bo jeżeli ktoś tak mówi, to albo nie zna angiel­skiego, albo nie ma nic do powie­dze­nia. Jasne, za pomocą takiej zna­jo­mo­ści można zro­bić zakupy, albo zała­twić robotę na budo­wie, ale nie będziemy w sta­nie pro­wa­dzić nor­mal­nej kon­wer­sa­cji. Raczej taką ogra­ni­czoną kary­ka­turę, bo za każ­dym razem gdy spró­bu­jemy zbu­do­wać dłu­gie i zło­żone zda­nie, jesz­cze z wysu­bli­mo­wa­nym słow­nic­twem i do tego doty­czącą impon­de­ra­bi­liów, napo­tkamy ścianę. Tro­chę jak z roz­mowa kil­ku­let­nim dzieckiem.

Obo­wiąz­kowe zdję­cie kota

Jest trud­niej­szy, ale to nie zna­czy że jest taki bar­dzo trudny. Otóż wcale nie, ale osoby mówiące, że jest pro­sty też nie do końca mają rację. Bo on jest pro­sty, tylko nie tak łatwo się go dobrze nauczyć. Więk­szość rze­czy jest w miarę regu­larna, kon­struk­cje gra­ma­tyczne podobne do angiel­skich, a jako Polacy mamy uła­twioną sprawę, bo nasz język jest nie­sa­mo­wi­cie skom­pli­ko­wany i znaj­duje się w nim więk­szość kon­struk­cji gra­ma­tycz­nych. Wyobraź­cie sobie, jak ame­ry­ka­nów tutaj zaska­kują zaimki dopeł­nie­nia bliż­szego i dal­szego. Także sie­dzę sobie, uczę się i cie­szę się, choć serce mi roz­dziera, że gdy tyle rze­czy do odkry­cia i kra­jów do zoba­cze­nia, ja sie­dzę w jed­nym miej­scu. A zegar tyka.

Odpo­wia­da­jąc na pyta­nie z aka­pitu, oczy­wi­ście że się opłaca. A jeżeli macie moż­li­wość wyje­chać na parę tygo­dni żeby to zro­bić, będzie to jedna z lep­szych decy­zji w życiu.

Lep­sza nawet niż zakup hamaka.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • Cash

    A ja głupi na Duolingo się uczę… 😉

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Duolingo jest świet­nym narzę­dziem. Nauczy­łem wielu słó­wek i cza­sow­ni­ków, co znacz­nie przy­śpie­szyło naukę i nie musia­łem tra­cić czasu na wku­wa­nie abso­lut­nych pod­staw, które z łatwo­ścią można przy­swoić samemu.
      Jed­nak mia­łem pro­blem jak doszło do gra­ma­tyki i cza­sów (w jakiejś poło­wie), bo duolingo nic nie tłu­ma­czy. Jak­bym nie ogar­nął szkoły, to pew­nie bym z pod­ręcz­ni­kami jakoś przez to prze­brnął, ale odpu­ści­łem sobie. W dodatku pod­czas zajęć wyszło, że było tro­chę rze­czy, któ­rych nauczy­łem się źle.

  • http://www.hamaklife.com/ Hamak Life

    Hej, jak się nazywa ta szkoła? Możesz pod­rzu­cić link? 🙂 Wła­śnie o tym roz­ma­wiamy przy prze­dłu­ża­ją­cym się śnia­da­niu w San Cri­sto­bal de las Casas z dwoma Tur­kami. Prze­sy­łam mek­sy­kań­skie słońce z Chiapas🏜 🌵