Szósty miesiąc podróży — podsumowanie fotograficzne

Pół roku. Pomy­ślałby ktoś, że to mnó­stwo czasu, ale mi zle­ciało szyb­ciej niż klocki w tetrisie.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc wcze­śniej — piąty mie­siąc podróży

Prze­ży­łem hura­gan. Który był daleko ode mnie. W sumie każdy może tak powie­dzieć, róż­nica jest jed­nak taka, że tutaj skutki hura­ganu dało się odczuć. Ale o tym za chwilę.

Pale­nque, Meksyk

Chro­no­lo­gia. Czas nagli, a w dodatku jakiś hura­gan zaczął sza­leć na Kara­ibach. Dość daleko, ale w pro­gno­zach miał się zbli­żać do Baca­laru, więc już mnie nic tam nie trzy­mało. Na początku wyje­cha­łem z meliny. Do prze­je­cha­nia cały Mek­syk, ale mia­łem reko­men­da­cję na auto­stopa, zresztą na mapie też tylko jedna droga, pro­sta jak myśl wodza Indian Tępej Strzały, no to na pewno się zaje­dzie. Wsta­łem jak ogar­nięty czło­wiek, czyli ina­czej niż mam w zwy­czaju, z samego rana, zja­dłem sześć bana­nów, wzią­łem ple­cak na barki i ruszyłem.

I sta­ną­łem. Na jakieś pięć godzin. Przez ten czas jeden gość pod­wiózł mnie kil­ka­na­ście kilo­me­trów, bo jechał do Che­tu­malu. Czyli zosta­wił mnie na krzy­żówce głów­nych dróg za mia­stem i już nie było powrotu. Przez więk­szość czasu pano­wał nie­mi­ło­sierny skwar, jed­nak na tyle się przy­go­to­wa­łem, że nie spa­liło mi ani ramion, ani karku. Tylko twarz. Choć w mię­dzy­cza­sie zda­rzyła się też dość potężna ulewa, jed­nak udało mi się scho­wać. Tym razem się udało.

Jak już stra­ci­łem nadzieję i zaczą­łem oce­niać pobli­skie krzaki pod kątem atrak­cyj­no­ści noc­le­go­wej, to przy­szło wyba­wie­nie w postaci auto­busu. Także posta­łem sobie 5 godzin w skwa­rze, żeby prze­żyć przy­godę i zaosz­czę­dzić na podróży, a spa­li­łem sobie twarz i zapła­ci­łem za bilet bez zniżki stu­denc­kiej. Zaje­cha­łem więc znów do Pale­nque, ale tym razem wybra­łem egzo­tyczny hostel — w środku dżun­gli, tuż przy ruinach.

Był aż tak egzo­tyczny, że w oko­licy w ogóle nie było inter­netu. Nawet w pobli­skiej knaj­pie, gdzie nad wej­ściem pisało, że mają alko­hole, toa­lety i inter­net, nie było inter­netu. Alko­hol i toa­lety były za to naprawdę. Tro­chę słabo, bo się umó­wi­łem na skype, ale z dru­giej strony spe­cjal­nie tam poje­cha­łem nagrać fil­mik, więc mia­łem przy­naj­mniej moż­li­wość sku­pić się na tym.

Prócz tego wszystko ele­gancko. Bar­dzo fajna miej­scówka, nie zda­rzyło mi się zoba­czyć żad­nego paskud­nego robac­twa, tylko kolo­rowe motylki, wie­czo­rem usy­piał mnie huk małp, a rano obu­dziło pia­nie koguta. Nie mniej jed­nak przy­je­cha­łem tam tylko na jeden dzień — bo zmie­rzam już w kie­runku Peru, a ten hostel pole­cili mi na poprzed­niej meli­nie. No, ale melina to ludzie, a nie miej­sce, no i pozo­stały mi jedy­nie oko­licz­no­ści przy­rody do kontemplowania.

Za rzeczką, opo­dal krzaczka stał sobie domek w środku dżungli.

Flo­res, Gwatemala

Następ­nego dnia wsta­łem drugi dzień z rzędu z rana, zebra­łem się do drogi, wyje­cha­łem z dżun­gli, zja­dłem na śnia­da­nie kilka empe­nad (takie pie­rogi z innym cia­stem i gor­sze oczy­wi­ście) i na spo­koj­nie prze­jazd do Flo­res. Tylko że trzeba było się prze­siąść kilka razy, na początku w Mek­syku, póź­niej na gra­nicy. Tym razem nikt się mną nie zain­te­re­so­wał, musia­łem tylko zapła­cić pra­wie 400 peso (80 zł) na poże­gna­nie. Pies poszu­ku­jący nar­ko­ty­ków wciąż tam był, znowu spał. Może to tylko atrapa?

Następ­nie zaje­cha­łem do Flo­res i oka­zało się, że jest cał­kiem ciemno. I pada. Miało być bli­ziutko i szyb­ciutko, do tego wsta­łem z rana, a to znów cały dzień. Zatrzy­ma­łem się znów na wyspie i zaczął się sztorm. Tzn. zapewne tylko jakieś resztki nie­po­gody z obrzeża, ale wystar­czyło, żeby wszystko spa­ra­li­żo­wać. Nie było prądu, odcięli wodę, na uli­cach stała woda no i nie jeź­dził trans­port publiczny. Więc zmu­szony byłem zostać w takich warun­kach z ludźmi, w tych spe­cy­ficz­nych okolicznościach.

Wszy­scy razem przy świecz­kach i świe­tle księ­życa odbi­jany od tafli jeziora. A to jed­no­znacz­nie ozna­czało, że przy­kuję czy­jąś uwagę i ktoś będzie chciał ze mną roz­ma­wiać. Tak też było.A ja tak mam, że jestem trud­nym roz­mówcą. Pod­pusz­czam ludzi, mówię różne głu­poty, żeby prze­te­sto­wać ich reak­cje na skraj­no­ści. Cza­sem zda­rza mi się prze­sa­dzać, albo po pro­stu nie móc się powstrzy­mać od powie­dze­nia cze­goś głu­piego. Jak już ktoś przej­dzie przez wery­fi­ka­cję, to tego nie robię. Tak tylko sło­wem wstępu.

Stan­dar­dowo zaczyna się histo­ria od tego kto, skąd, co i jak. No i powiedzmy szcze­rze mój poziom edu­ka­cji sta­nowi wyją­tek wśród osób podró­żu­ją­cych. W bogat­szych kra­jach ludzie podró­żują tuż po szkole, a w bied­niej­szych do czasu aż ktoś będzie miał wystar­cza­jąco gotówki, ode­chciewa mu się. No i jesz­cze oko­liczni tutaj podró­żują, ale ich sys­tem edu­ka­cji to porażka, także dyplom uczelni wyż­szej jest nie­spo­ty­kany w tym gro­nie. Także odpo­wia­dam, że mogę gówno robić i nie­źle żyć, że matma, że fizyka, chwilę po tym roz­mowa scho­dzi na temat kosmosu.

I mimo, że nie jest to moja ulu­biona dzie­dzina, to coś tam wiem. Prócz stan­dar­do­wej edu­ka­cji, to w dzie­ciń­stwie moim ulu­bio­nym fil­mem był apollo 13, byłem w pla­ne­ta­rium w Buda­pesz­cie i zda­rzyło mi się nawet prze­czy­tać książkę Haw­kinga. Także coś inte­re­su­ją­cego mogę na ten temat powie­dzieć. No i tak roz­mowa, a głów­nie mono­log, się toczy i w końcu jedna dziew­czyna mi prze­rywa i mówi.
–Ja robię paznok­cie, ale jak byłam w szkole to inte­re­so­wa­łam się astro­no­mią i kosmosem.

No i wie­cie, to jest ten moment, w któ­rym nie mogłem się powstrzy­mać, żeby nie rzu­cić cze­goś głu­piego.
–Ja jak byłem mały, to chcia­łem być pie­ka­rzem. Każdy z nas nosi w sercu swoje porażki.

Jak przy­by­łem na wyspę to już padało dość kon­kret­nie, no i nie­stety nie udało mi się wyjść z tego suchą nogą. Sprzęt i war­to­ściowe rze­czy mia­łem bez­pieczne, jed­nak więk­szość ple­caka może nie była mokra, ale wil­gotna. Co w połą­cze­niu z zadu­chem sie­dze­nia w ple­caku i tym, że żeby mu prze­ciw­dzia­łać noszę mydło mię­dzy ubra­niami, spra­wiło, że wszystko było do pra­nia. Wrzu­ci­łem więc do pra­nia. Wszystko.

Ofia­ruj dru­gie życie swoim ubraniom.

Wszystko, łącz­nie z moimi nowymi, ręcz­nie robio­nymi, zaje­bi­ście zielono-jaskrawymi spodniami. Teraz wszyst­kie moja białe koszulki zyskały dru­gie życie. I jesz­cze ta w kolo­rowe czaszki, która jakoś wyglą­dała po zmia­nie koloru to mi się zapo­mniało ją zabrać. Wzią­łem tylko tę w rysu­nek tech­niczny, która z żół­tym kolo­rem wygląda nie­do­brze. Będę musiał nie­długo doku­pić parę ciu­chów, a na razie niech leży jako opcja awaryjna.

San Salva­dor, El Salvador

Dalej podró­żuję. Jak już ponio­słem sro­motną porażkę auto­sto­pu­jąc po Mek­syku, a następ­nie zatrzy­mał mnie hura­gan w Gwa­te­mali, to prze­cież nie mogłyby mnie opu­ścić przy­gody w dro­dze do Peru. Tam minie pół roku mojej samot­nej podróży i zacznie się drugi etap. No, ale naj­pierw muszę się tam dostać.

Wymy­śli­łem sobie podróż przez El Salva­dor. Bo tam mnie jesz­cze nie było, wie­cie jak jest. Do tego jest bar­dzo szybka i wygodna opcja, aby pro­sto ze sto­licy wziąć busik o 5 rano, który zabie­rze Cię na wybrzeże i tam prze­siadka na łódkę, która zabie­rze do Nika­ra­gui, z omi­nię­ciem Hon­du­rasu, a stam­tąd jesz­cze busi­kiem do miej­sco­wo­ści Leon. Oszczę­dza się czas na podróż, ale nie­stety taka przy­jem­ność kosz­tuje 165$. Strasz­nie drogo jak na coś takiego, no ale cza­sem w życiu trzeba zapła­cić za coś, co się nie opłaca.

Kur­sują dwa razy w tygo­dniu i jed­nym z tych dni jest pią­tek. Skoro tak się zło­żyło, no to oczy­wi­ście że będę chciał zaje­chać na ostat­nią chwilę, nawet nie wyobra­żam sobie jak można by to roze­grać ina­czej. Piszę wstępne maile do firmy, tam mówią że pła­cić trzeba z góry. Nie mam pay­pala, a jakoś wysy­ła­nie danych o mojej kar­cie przez inter­net nie wydaje mi się naj­roz­sąd­niej­szą opcją, ale na szczę­ście jak będę w San Sal­wa­do­rze, to mogę komuś na miej­scu. Tylko mam potwier­dzić jak przyjadę.

Moty­lek zawsze spoko. Po hisz­pań­sku mariposa.

No to wię­cej zachęty mi nie trzeba. Posze­dłem na dwo­rzec w Peten, żeby kupić bilet na nocny auto­bus do Gwa­te­mala City. Wyjeż­dżam o 8 wie­czo­rem, a po 10 godzi­nach jestem te 300 km dalej. Pręd­kość podróży do któ­rej już się przy­zwy­cza­iłem, ale nigdy chyba jej nie zaak­cep­tuję jako normy. W każ­dym razie w nocy, to sobie pośpię i się tele­por­tuję. Same plusy, tak przy­naj­mniej myślałem.

Pan się mnie pyta jakim chce auto­bu­sem. Bo mają 25 dola­rów za prze­jazd kli­ma­ty­zo­wa­nym auto­bu­sem rodem z naj­śmiel­szych snów o all inc­lu­sive, albo za 20 dola­rów sta­rym Jel­czem. Myślę sobie że takie jaśnie­pa­nień­skie wygody to za wyso­kie progi, zresztą w nocy jest zim­niej i klima nie­po­trzebna. Jedyny pro­blem to może być gło­śność auto­busu, ale zasto­suję mój spraw­dzony trip przyj­ścia na nocny auto­bus nie­wy­spa­nym. No i oczy­wi­ście stopery.

Także uda­łem się na Busa, prze­stron­nie, wygod­nie, tem­pe­ra­tura bar­dzo przy­zwo­ita, no ale prze­cież nie mogło być wszystko ide­al­nie. Atak losu nastą­pił ze strony, z któ­rej nigdy bym się nie spo­dzie­wał i nawet naj­bar­dziej eks­klu­zywny śro­dek trans­portu by nie pomógł. Pro­ble­mem był kie­rowca. A raczej muzyka któ­rej słu­chał. I jak.

Taki tam kośció­łek po dro­dze do hostelu w San Salvadorze.

Włą­czył sobie prak­tycz­nie na pełen regu­la­tor jakąś skła­dankę pio­se­nek wej­ścio­wych do bra­zy­lij­skich tele­no­weli w wer­sjach techno. Słu­chał muzyki tak gło­śno, że byłem na cich­szych kon­cer­tach. Na pozo­sta­łych ludziach nie zro­biło to zbyt wiel­kiego wra­że­nia, ale ja dosta­łem miej­sce tuż za kie­rowcą, także mogłem roz­ko­szo­wać się skrze­cze­niem roz­cią­ga­nych do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści błon bębenkowych.

Nie myśl­cie, że nie zaga­da­łem do kie­rowcy. Ja nie jestem z tych osób, które jak coś im nie pasuje to zagry­zają zęby cały czas, a potem opo­wia­dają na forum publicz­nym jak to w dobrej wie­rze przyj­mo­wali na klatę cier­pie­nia godne Jezusa, a przy­naj­mniej Wer­tera. Ja od razu wysko­czy­łem do gościa, czy on ma zamiar cały czas słu­chać tak gło­śno, abs­tra­hu­jąc już od wyboru nuty. I choć mój hisz­pań­ski jest komu­ni­ka­tywny, to żeby kogoś opier­do­lić jesz­cze mi tro­chę bra­kuje, musia­łem więc być grzeczny. Za to kie­rowca się w tańcu nie pier­do­lił, prze­rwał mój mono­log i mówi — jak leci muzyka to wtedy mam pew­ność, że nie zasnę. A płacą mi za to, żeby przy­wieźć ludzi żywych, nie­ko­niecz­nie wyspanych.

No spoko, z takim argu­men­tem trudno dys­ku­to­wać. Mimo to ści­szył tro­szeczkę. I tak była na pozio­mie, który sam bym włą­czył jedy­nie aby zde­ner­wo­wać sąsia­dów. Nie wiem jak, ale jakimś cudem czy magicz­nym spo­so­bem udało mi się zasnąć i droga cał­kiem szybko się skoń­czyła. Jed­nak przy­gody się mnie imają nawet gdy śpię, nie odpusz­czą ani na moment. Komuś za mną wylała się woda jak spał i utwo­rzyła ogromną kałużę tuż pod moim ple­ca­kiem, który miał całą noc aby ją wchłonąć.

I dobrze sobie pora­dził. Zanim mia­łem wię­cej czasu i moż­li­wo­ści żeby tam zagląd­nąć i ogar­nąć tro­chę bar­dziej niż wyrzu­cić rolkę papieru toa­le­to­wego, który speł­nił rolę pio­ru­no­chronu i wchło­nął wię­cej wody. W każ­dym razie odkry­łem to tuż po prze­bu­dze­niu, zaraz przed wysia­da­niem i musia­łem prze­nieść się z dworca pół­noc, na dwo­rzec połu­dnie, co zabrało 2 prze­siadki i ponad dwie godziny. W obrę­bie jed­nego mia­sta. Jak już udało mi się zna­leźć bus do gra­nicy (nie­całe 100 km w 3 godziny, elo) to zro­bi­łem tam cygań­ski kram.

Zamókł mi mały ple­cak. Taki w któ­rym mia­łem naj­cen­niej­sze i naj­przy­dat­niej­sze w podróży rze­czy. Na szczę­ście kom­pu­ter i cała elek­tro­nika unik­nęła złego losu, ale z całą resztą musia­łem sobie pora­dzić. Roz­ło­ży­łem się jak baba na cygań­skim stra­ga­nie, a wożę tam kilka rze­czy, które mogą być przy­datne pod ręką. Także w tym trzy­go­dzin­nym busie wszyst­kie sie­dze­nia wokół mnie były przy­stro­jone schną­cymi — skar­pe­tami, maskot­kami, ara­fatą, dwoma zeszy­tami (jeden z wydat­kami, da się odczy­tać na tyle, że nie będę go prze­pi­sy­wał, drugi z hisz­pań­ską gra­ma­tyką. Ten chyba prze­pi­szę.), a także zbio­rem bajek dla dzieci w wieku 9–11 lat po hisz­pań­sku, którą kupi­łem w mek­syku, aby tre­no­wać język i samym ple­ca­kiem wywró­co­nym na drugą stronę, a suche rze­czy na sie­dze­niu obok. Aż dziw, że nikt nie chciał ode mnie nic kupić.

I doje­cha­łem tak do gra­nicy. Zgar­ną­łem wszystko do ple­caka i hyc na przej­ście. A tam jakieś zamie­sza­nie, okienka poza­my­kane, ludzie koczują na ulicy, grille palą, sie­dzą na kocach całymi rodzi­nami, wokół bie­gają bez­pań­skie psy i jedna świ­nia, a tuż obok sznu­rek cię­ża­ró­wek, a ich kie­rowcy mają poroz­kła­dane hamaki pod nimi. A do tego krą­żąca w powie­trzu plota, że dziś się nie da przejść, bo coś tam.

Nosz kurwa, nie po to całą noc słu­cha­łem techno hicio­rów ze zbun­to­wa­nego anioła, a potem przez 6 godzin poko­ny­wa­łem zawrotny dystans 100 km żeby mnie na gra­nicy cof­nęli, jak ja tu podró­żuję na ostat­nią chwilę. Obmy­śli­łem wyjąt­kowo sprytny plan, że będę uda­wał idiotę. Dobrze uda­wać idiotę to praw­dziwa sztuka, ale tutaj wystar­czyło uda­wać, że się nie zna języka i pró­bo­wać przejść. Teraz to już sam nie wiem (tak naprawdę to wiem) czy to mój super pod­stępny plan zadzia­łał, czy po pro­stu nie było pro­ble­mów z prze­kro­cze­niem gra­nicy, a ci ludzie tam stali cho­lera wie po co.

W języku hisz­pań­skim ludzie mają ten­den­cję do zdrab­nia­nia wyra­zów doda­jąc koń­cówkę –ito. Dla nich to jest nor­malne i nie koja­rzy się z mówie­niem do małych dzieci jak u nas, ale suSHITto to nie­zbyt roz­sądna nazwa restauracji.

Stan­dar­dowo nikt nawet nie zain­te­re­so­wał się zawar­to­ścią mojego ple­caka, czy nie mam tam żad­nych róż­nych rze­czy zabro­nio­nych, ani w ogóle niczego. Nawet mi nie wbili pie­czątki do pasz­portu, bo w Gwa­te­mali było zamknięte i nie mam wyj­ścio­wej, a w Belize mają wszystko zin­for­ma­ty­zo­wane i jestem w bazie danych, więc pie­czątki wyco­fali. I uży­wają tu dola­rów (nigdy nie prze­sta­nie mnie śmie­szyć moneta 25 centowa).

Pierw­sze wra­że­nie z San Salva­doru — jakby w Rio teraz była dys­cy­plina zaśmie­ca­nie, to byłby to czarny koń zawo­dów. Prze­ści­gnę­liby moich fawo­ry­tów — Pola­ków i Rumu­nów bez naj­mniej­szego pro­blemu. Teren przy­stanku auto­bu­so­wego przy gra­nicy był prak­tycz­nie cały wyło­żony zadep­ta­nymi, pla­sti­ko­wymi butel­kami. Pod­czas jazdy ludzie otwie­rali okna, żeby wyrzu­cić śmieci, bez naj­mniej­szego skrę­po­wa­nia. Ale i tak moim fawo­ry­tem był gość, który pod­czas jed­nego postoju wysiadł i oddał mocz na przed­nie koło auto­busu. Już mógł się nie faty­go­wać tym cho­dze­niem po scho­dach i po pro­stu lać sto­jąc na progu — nie ryzy­ko­wałby, że korona cygań­skiego króla spad­nie mu z głowy. Bo jakby odszedł tro­chę dalej i zro­bił to do rzeki, to zwięk­szyłby jej czy­stość, co już w ogóle byłoby kary­godne i za takie dba­nie o przy­rodę mógłby dostać mandat.

W każ­dym razie jesz­cze tylko dwie prze­sia­deczki, kolejne 4 godzinki na poko­na­nie jakiś 150 km i zaje­cha­łem do San Salva­doru, gdzie osta­tecz­nie będę mógł wysu­szyć moje rze­czy. Od przy­stanku parę kilo­me­trów spa­cer­kiem i zasze­dłem do hostelu. Pierw­sze co robię, to piszę do firmy trans­por­to­wej, że chcę potwier­dzić rezer­wa­cję, że jestem i jutro z samego rana chęt­nie wyru­szę dalej.

Mr Kamil, wszystko faj­nie, wszystko ele­gancko, ale nie mamy dla Cie­bie miej­sca. Mimo, że wczo­raj pisa­łeś, to jakoś tak się zło­żyło, że nie bar­dzo. Ale żeby nie zosta­wić Cię na lodzie, to możemy zapro­po­no­wać ten sam prze­jazd (a nawet do miej­sco­wo­ści dalej, czego chcia­łem unik­nąć z tą firmą pewien, że znajdę tań­szy trans­port) dzień póź­niej za 50$. Cena wła­śnie spa­dła do cał­kiem akcep­to­wal­nej, o ile to wyjdzie.

Kie­dyś nagra­łem fil­mik o abor­cji.

Jak­bym miał jechać naokoło to i tak by mi to zabrało ten jeden dodat­kowy dzień. A tak to będę mógł pozwie­dzać San Sal­wa­dor, poroz­ko­py­wać śmieci jak mam to w zwy­czaju robić z liśćmi jesie­nią i popo­dzi­wiać banery uświa­da­mia­jące ludzi, że abor­cja to jest mor­der­stwo, mimo że jej cał­ko­wita dele­ga­li­za­cja w KAŻDYCH warun­kach kil­ka­na­ście lat temu nie przy­nio­sła Sal­wa­do­rowi nic dobrego. No ale wie­cie, Jezu­sek się cie­szy jak kobiety z pato­lo­gicz­nymi cią­żami umie­rają poświę­ca­jąc się dla pło­dów nie mają­cych moż­li­wo­ści prze­żyć, a jeżeli prze­sta­nie się mówić, że auto­ry­tety trzeba sza­no­wać, ich słowa są prawdą, czyny dobro­cią, to może ludzie by się zorientowali.

Oko­licz­no­ści nie sprzy­jały robie­niu zbyt dużej ilo­ści zdjęć. Mając do wyboru zdję­cie śmieci, baneru pro­mu­ją­cego cał­ko­wity zakaz abor­cji i mar­twego ptaka, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści co wybrać. Szcze­gól­nie że robiąc to zdję­cie po kil­ku­na­stu godzi­nach w auto­bu­sach byłem w środku taki, jak ten ptak na zewnątrz.

Mar­twy.

Tak mnie powi­tał San Sal­wa­dor, esta­kada tuż po wyj­ściu z autobusu.

Mia­łem cały dzień w sto­licy, a jak moi czy­tel­nicy już wie­dzą, odwie­dza­nie dużych miast w Ame­ryce Cen­tral­nej nie jest dobrym pomy­słem. Także nie bar­dzo było co robić, ale udało mi się zor­ga­ni­zo­wać wycieczkę na pobli­ską górę, skąd był bar­dzo ładny widok. Prócz tego nie­wiele rze­czy god­nych uwagi.

Ład­nie, nawet ozna­czy­łem ich na zdję­ciu na insta i oni poserduszkowali.

Leon, Nica­ra­gua

Też tak macie z tele­fo­nem, że jak jest pod­łą­czony do łado­wa­nia, to włą­cza się mu tryb cichy? Że pod­czas tego tele­fon nie zadzwoni, ani nawet nie zawi­bruje. Rów­nież budzik. I jak tu pogo­dzić się to z sytu­acją, jak wie­czo­rem mia­łem pustą bate­rię? Także dnia któ­rego mia­łem wstać o 5 rano i musia­łem to zro­bić bez budzika. O ile w ogóle ktoś po mnie przyjedzie.

Oka­zało się, że te 50 dola­rów jakie dałem gościowi to były dobrze zain­we­sto­wane pie­nią­dze, a obu­dził mnie czło­wiek z recep­cji. I fak­tycz­nie, pod­jeż­dża ele­gancki busik, kie­rowca się przed­sta­wia że jest Israel, chwilę sobie gadamy i mówi żebym się poło­żył spać na tyl­nej kana­pie. Jakby czy­tał mi w myślach, bo spe­cjal­nie nie­do­spany myśla­łem o tym od chwili gdy prze­krę­cił klu­czyk. Wyją­łem więc podu­chę, roz­wa­li­łem się i po paru godzi­nach obu­dzi­łem się na wybrzeżu.

Urząd emi­gra­cyjne zała­twi­łem szyb­ciutko i mia­łem 40 minut do czasu, aż przyj­dzie gość od łódki. Posze­dłem więc przejść się i zjeść jakieś śnia­da­nie. W Sal­wa­do­rze wyjąt­kowo popu­larne są tzw. papusy. Jest to cia­sto jak na tor­tille, tylko że nafa­sze­ro­wane serem, więc wycho­dzą mniej­sze i grub­sze. Dobre rze­czy, będę sobie robił jak już się kie­dyś ustat­kuję. Zja­dłem i zawi­ną­łem do emi­gra­cyj­nego, a tam już na mnie cze­kał, eeee hipster?

Zapra­szam do kra­iny swagu.

Więk­szość ludzi pra­cu­ją­cych w trans­por­cie, to takie lokalne odmiany Janu­szy, a tu taki gościo wystro­jony. Zamie­ni­łem z nim może tylko dwa słowa, zarzu­cił słu­chawki na uszy i tak zakoń­czyła się nasza zna­jo­mość. Poło­żył się na ławce, więc ja zro­bi­łem to samo i kolejne dwie godzinki chillu na łódce. Super sprawa. Na imi­gra­cyj­nym w Nika­ra­gui bez pro­blemu, nawdy­cha­łem się zapa­chu suszo­nych kre­we­tek, zapła­ci­łem 12 dolców i gościowi nawet nie przy­szło do głowy spraw­dzić moich rze­czy. Zaraz potem pod­je­chał po mnie bus i wsia­dłem w kie­runku Leonu.

Zanim zapro­po­no­wali mi tę osza­ła­mia­jącą cenę, chcia­łem zakoń­czyć przy­godę z tą firmą po wyj­ściu z łódki. No bo prze­cież znajdę jakiś trans­port, żeby stam­tąd dalej poci­snąć, zamiast pła­cić im za to 35$. Nie, nie zna­la­zł­bym. To było takie zadu­pie, że musiał­bym wierz­chem poje­chać do jakie­goś bar­dziej cywi­li­zo­wa­nego miej­sca. I strasz­nie śmier­działo tam rybą, bo na świe­żym powie­trzu suszyli tysiące krewetek.

Totalny chil­lout

A przy tym ładne widoki.

Kre­wetki też wam pokażę.

Znów byłem jedy­nym pasa­że­rem, ale teraz kie­row­ców było dwóch. W sumie to nie jedy­nym pasa­że­rem, bo po dro­dze jesz­cze jedną babeczkę zgar­nęli i ten co nie pro­wa­dził całą drogę z nią flir­to­wał. Zanim jed­nak wsia­dła to roz­ma­wiał ze mną. Pytał się o stan­dardy, skąd jestem, gdzie jadę, ile mam lat i nie mógł wyjść ze zdzi­wie­nia, że nie mam jesz­cze rodziny. Za nic tego nie mógł ogar­nąć. Był tylko rok star­szy, ale miał żonę i trójkę dzieci, któ­rych zdję­cia mi zapre­zen­to­wał. Jesz­cze na odchodne życzył mi szczę­ścia w szu­ka­niu żony.

Zaje­cha­łem do Leonu, zosta­łem jedną noc, pojeź­dzi­łem na desko­rolce i następ­nego dnia z rana wyru­szy­łem. Ostat­nio narze­ka­łem na to, że zapo­mi­nam zabrać ze sobą żel pod prysz­nic. Tym razem pamię­ta­łem, ale za to otwo­rzył się w kosme­tyczce. Byłem zasko­czony jak głę­boko wżarł się ten żel, bo po 15 minu­tach płu­ka­nia dalej się pie­niła jak­bym dopiero tam nalał tego żelu. Musia­łem jesz­cze prze­myć całą zawar­tość, a patyczki higie­niczne wyrzu­cić. Przez noc na szczę­ście wszystko wyschło, choć w dal­szym ciągu dziw­nie pach­niało. Następ­nego dnia z rana mogłem wyruszyć.

Ome­tepe, Nikaragua

Na pobli­ską wyspę Ome­tepe, na środku wiel­kiego jeziora, która jest prak­tycz­nie tylko dwoma wul­ka­nami. Z rana na desko­rolce na dwo­rzec, potem z 5 godzin w wytrzę­sarce, z dwoma prze­siad­kami i jedną podróżą, gdzie musia­łem trzy­mać ple­cak na kola­nach, żeby nie poli­czyli go jako kolej­nego pasa­żera. Wylą­do­wa­łem w miej­sco­wo­ści Rivas, jakieś 5 km od portu. I naszła mnie tam głę­boka reflek­sja na temat nauki języka obcego.

Jak się go nie zna, nie można wtedy nikomu poci­snąć. Trzeba być grzecz­nym, bo nie masz słow­nic­twa, ani przy­zwy­cza­je­nia w ope­ro­wa­niu takimi wyra­że­niami. Oczy­wi­ście w więk­szo­ści sytu­acji się to spraw­dza, ale cza­sem trzeba rzu­cić jakąś soczy­sta kurwa, żeby jasno przed­sta­wić swój punkt widze­nia. I wła­śnie taką sytu­ację mia­łem. Jako że jestem extran­jero i chelo, to zawsze chcą mi rzu­cić cenę dla wiel­kiego Pana z zagra­nicy. I za ten prze­jazd życzyli sobie 5 dola­rów, mimo że jest wart pół dolara. Dawno już nie chcieli mnie nacią­gnąć na dzie­się­cio­krot­nie więk­szą cenę. W każ­dym razie bra­nie taksy zaraz po przej­ściu granicy/wyjściu z auto­busu jest naj­gor­szym pomy­słem, bo tam są naj­więk­sze ceny. Posta­no­wi­łem więc pójść tro­chę w stronę portu, na GPSie był odda­lony o 5 km.

Nie jestem spe­cja­li­stą od sel­fie. Ale cza­sem trzeba swoją facjatę poka­zać na blogu, żeby udo­wod­nić że te zdję­cia nie są ukra­dzione z internetów.

Robię jakieś 200 m, wcho­dzę na ulicę która bez­po­śred­nio pro­wa­dzi do miej­sca doce­lo­wego i jest piękna. Asfal­towa dróżka, z prze­strze­nią dla rowe­rzy­stów i do tego nachy­lona w dół. No to kurde no, na desko­rolce zro­bię to bez pro­blemu. Jak pomy­śla­łem tak też zro­bi­łem i oczy­wi­ście zaczą­łem wzbu­dzać zain­te­re­so­wa­nie wszyst­kich wokół. Bo z taką ilo­ścią bagażu raczej się nie jeź­dzi na desce. Jed­nego gościa jadą­cego autem to tak roz­wa­liło, że zaje­chał mi drogę i powie­dział że mnie pod­wie­zie. Po kilku minu­tach roz­mowy oka­zało się, że do ostat­niej łódki jest jesz­cze tro­chę czasu, a oni jadą na bro­wara do miej­sca gdzie mogę coś zjeść i czy nie chce jechać. No a ponie­waż chwy­taj dzień, carpe diem i yolo, no to zabra­łem się z gościem i jego kole­żanką do knajpy.

Posie­dzie­li­śmy, poga­da­li­śmy, bar­dzo spoko. Odwieźli mnie do portu, wsia­dam w łódkę i płynę pod­czas zachodu słońca w stronę dwóch gór z chmu­rami na szczy­tach niczym białe, weł­niane cza­peczki. Oka­zało się, że wyspa jest naprawdę prze­piękna, a do tego zatrzy­ma­łem się w hostelu, gdzie są małe kociaki. To jest bar­dzo ważny argu­ment przy wybie­ra­niu hostelu i cie­szę się, że udało mi się na niego tra­fić. Z tych wszyst­kich przy­gód wybra­łem też ich zdję­cie do załą­cze­nia, jako naj­bar­dziej atrakcyjne.

Oka­zało się rów­nież, że można tutaj wypo­ży­czyć motor, bez prawa jazdy. Jak dla mnie brzmi jak cał­kiem nie­zła przy­goda, szcze­gól­nie że ze względu na stan dróg jest to dość bez­pieczne. Czter­dzie­stu na godzinę raczej nie prze­kro­czysz, a można obje­chać całą wyspę, odwie­dzić plaże no i przede wszyst­kim pojeź­dzić moto­rem. Ele­gancko, nigdy jesz­cze nie jeź­dzi­łem moto­rem, no ale ja sobie nie poradzę?

Rejs pod­czas zachodu słońca zawsze spoko.

Ta chmura utrzy­my­wała się tam permanentnie.

No i tak sobie pora­dzi­łem, że zatrzy­mała mnie POLICJA.

Bo wie­cie, jestem bad­boyem. Mia­łem parę razy do czy­nie­nia z poli­cją w życiu i gene­ral­nie nie wspo­mi­nam tego za dobrze. To nie jest tak, że jakiś kry­mi­na­li­sta ze mnie, ale parę razy zda­rzyło się mieć kon­takt ze smut­nymi Panami. Czy to jakieś spo­ży­cie alko­holu w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu, za gło­śna impreza, kon­trola dro­gowa, czy inne takie nor­malne rze­czy, co się zda­rzają nor­mal­nym ludziom. No i gene­ral­nie moje kon­takty ze służ­bami mun­du­ro­wymi wspo­mi­nam bar­dzo nega­tyw­nie. Nie jestem jp100%, bo to potrzebna orga­ni­za­cja, ale tej orga­ni­za­cji potrzebne są zmiany w spo­so­bie dzia­ła­nia i doboru pra­cow­ni­ków. W każ­dym razie jak zatrzy­mała mnie poli­cja w Nika­ra­gui, no to nie byłem zachwy­cony. A jak to się w ogóle stało?

Parę aka­pi­tów wcze­śniej pisa­łem, że przy­pły­ną­łem na wyspę Ome­tepe. 10 tyś. miesz­kań­ców, 275 km kwa­dra­to­wych powierzchni i dwa wul­kany. Za środku jeziora w środku Nika­ra­gui. Wróćmy jesz­cze chwilę do momentu, zanim wsia­dłem na łódkę tam. Już w samym por­cie sie­działa sobie przy kra­węż­niku samot­nie dzie­wuszka, jak się póź­niej oka­zało Laura. Zazwy­czaj nie bar­dzo roz­ma­wiam z ludźmi, no ale jak jest to kra­sna nie­wia­sta, a do tego jesz­cze samotna, no to tak jakoś łatwo mi wycho­dzi. Wsze­dłem więc w tryb pod­rywu i zaga­duję.
–Cześć, cze­kasz na sta­tek o 16.45?
–Tak.
Sia­dam obok niej.
–Dosiądę się w takim razie. Widzę, że masz szluga i bro­war, więc zapo­wia­dasz się cał­kiem spoko.

Od słowa do słowa doszli­śmy do poro­zu­mie­nia, że zatrzy­mamy się w jed­nym hotelu, a następ­nego dnia wypo­ży­czymy sku­tery żeby obje­chać całą wyspę. Gdy­bym był sam, zapewne by mi nawet do głowy nie przy­szło wziąć sku­tera, a prze­cież brzmi to cał­kiem spoko. Drobną prze­szkodą mogło być to, że nigdy nie jeź­dzi­łem, no ale cza­sem trzeba przy­grać pew­nego siebie.

W hostelu były małe kotki. Nie znam lep­szego argu­mentu za wybra­niem hostelu niż — ale tam są słod­kie zwierzęta.

Jak kogoś nie prze­ko­nały koty, to były tam jesz­cze jelenie.

Następ­nego dnia z rana, za 20$ dosta­li­śmy po sku­te­rze i kasku do końca dnia, do zwró­ce­nia z peł­nym bakiem. Czas nauczyć się jeź­dzić. Gość z wypo­ży­czalni tłu­ma­czy mi kilka rze­czy, z czego naj­bar­dziej zasko­czyło mnie, że tylny hamu­lec jest w lewej manetce. Prze­ciw­nie niż na rowe­rze. Jed­nak gdy się chwilę zasta­no­wić, to nie można jedną ręką kon­tro­lo­wać i gazu i hamulca jed­no­cze­śnie, a prze­cież przy­śpie­sze­nie jest na pra­wej. Oka­zało się, że jazda jest bar­dzo pro­sta i nawet udało mi się wycią­gnąć na nim 80. Tylko że nie wiem czego, czy km czy mil na godzinę. Teraz jest mi wstyd, że nie spraw­dzi­łem jed­no­stek, ale raczej to były km/h.

Bo wie­cie, za bar­dzo szybko się zresztą nie dało, cała droga na kostce bru­ko­wej i dużo pro­gów zwal­nia­ją­cych. Pojeź­dzi­li­śmy sobie po wyspie, zaje­cha­li­śmy na jakąś plażę, jakieś źró­dełka, wyprze­dzi­li­śmy stado krów, zje­dli­śmy gdzieś przy dro­dze rybę z jeziora, poje­cha­li­śmy do jakie­goś ogrodu hodu­ją­cego motyle, gdzie za wjazd życzyli sobie 5 dolców i po szyb­kim spoj­rze­niu sobie w oczy wie­dzie­li­śmy, że tam nie wej­dziemy. Ostatni punkt jaki mie­li­śmy odwie­dzić, to zachód słońca na plaży Jezus Maria.

Jedziemy tam po dro­dze mija­jąc patrol zatrzy­mu­jący ludzi, ale nie zwra­cają na nas uwagi. Chwilę póź­niej dojeż­dżamy na pas star­towy lot­ni­ska, który przez więk­szość czasu pełni funk­cje drogi i żoł­nie­rze czu­wają nad tym. Pytamy się ich więc gdzie ten Jezus Maria, a oni że trzeba się wró­cić. A już pra­wie wró­ci­li­śmy do mia­sta i znów musimy się odda­lić. Myśla­łem, że skoro nas nie zatrzy­mali za pierw­szym razem, to nie zatrzy­mują tury­stów, ale się myli­łem. Zje­cha­li­śmy na bok.

Przy­po­mniało mi się, że przed wyj­ściem gość dał mi doku­menty, sku­te­rem każdy może jeź­dzić i zro­zu­miem po hisz­pań­sku, także powinno być spoko. No ale to zawsze stres, gorzej niż na lot­ni­sku. Także zatrzy­mują nas, dajemy doku­menty i podaje swoje prawo jazdy kat B. Prawko noszę ze sobą zawsze, z doku­men­tami. To pra­wie tak jak z pre­zer­wa­tywą. Lepiej jak prze­leży bez­u­ży­tecz­nie przez długi czas, niż jakby trzeba było użyć i nie będzie. No, ale na motory nie mia­łem. W mię­dzy­cza­sie oka­zało się, że moja nowa zna­joma prawda w ogóle nie zabrała ze sobą. Bo prze­cież na sku­ter nie potrzeba.

Otóż wcale nie, bo jed­nak potrzeba. Albo przy­naj­mniej poli­cjant tak powie­dział. Że lipa teraz, bo musi dostać man­dat, który się płaci zdal­nie. W banku. Więc naj­wcze­śniej jutro, a że nie może pro­wa­dzić, to sku­ter idzie na par­king poli­cyjny. Zapła­cić na miej­scu nie można, bo w ramach prze­ciw­dzia­ła­nia korup­cji poli­cjanci nie mogą mieć kon­taktu z gotówką. No i że man­dat za to to jakieś 100 dola­rów. W mię­dzy­cza­sie drugi oglą­dał uważ­nie mój pasz­port wyraź­nie sko­fun­do­wany. Laura gada z gościem, że to wypo­ży­czony i że ma numer do wła­ści­ciela, ale nie ma jak zadzwo­nić. Poli­cjan­towi bły­snęło w oczach, ale jesz­cze wtedy nie ogar­ną­łem co się dzieje. Zadzwo­nił do niego, poga­dali z nim oboje i uzgod­nili, że wła­ści­ciel teraz zrobi zdal­nie prze­lew, a ona weź­mie motor i zwra­ca­jąc odda mu też za man­dat. Jak tylko to uzgod­nili, to drugi poli­cjant stra­cił zain­te­re­so­wa­nie moim pra­wem jazdy. Ja już wie­dzia­łem co się dzieje.

Tutaj sel­fie z nie­świa­domą Laurą

A tutaj zdję­cie z nie­świa­do­mym wulkanem.

W dal­szym ciągu słabo tra­cić hajs, ale przy­naj­mniej to będzie jedyny pro­blem. Pyta się więc poli­cjanta ile będzie za ten man­dat, a on zaczyna baje­ro­wać. Że nie wie, że to róż­nie, że zazwy­czaj się waha od 80 do 120, ale dowie się od wła­ści­ciela. No to wtedy już wszyst­kie try­biki na swo­ich miej­scach i z całą przej­rzy­sto­ścią zoba­czy­łem, że on chce żeby posma­ro­wać. Zwy­czaj­nie łapówę dosta­nie od wła­ści­ciela, podzielą się pew­nie haj­sem i pew­nie nie pierw­szy raz to robią. Dziew­czy­nie z Nie­miec jed­nak nie przy­szło to do głowy. Wra­ca­jąc obu­rza się, że jak to tak, że nie wzięli jej danych, że jak ten man­dat ma dostać, że o co cho­dzi, bo dora­sta­jąc za żela­zną kur­tyną nie znała po pro­stu takich rze­czy, no a żyjąc w Pol­sce to nie­jedno się widziało.

Także uśmie­cham się w duchu i myślę sobie ile to też będzie wyno­sił ten około stu dola­rowy man­dat. Osta­tecz­nie skoń­czyło się na 7 dola­rach, a ja onie­mia­łem z dumy. Tak spraw­nie dzia­ła­jący sys­tem. Odizo­lo­wana wyspa, gdzie może nie­ko­niecz­nie wszy­scy się znają, ale każdy wie jak jest, każdy chce zaro­bić, ale nie prze­stra­szyć ludzi. Ta cała gra psy­cho­lo­giczna z nastra­sze­niem dużymi kosz­tami, który oka­zują się kil­koma dola­rami. Jakby kro­ili ludzi na sto dola­rów, to na pewno by się wieść roz­nio­sła, a takie ploty nie wpły­wają dobrze na gospo­darkę wyspy. A jak zej­dzie z czło­wieka napię­cie, to z zasady kon­tra­stu te, w dal­szym ciągu jest to 30 złoty, ale w porów­na­niu z moż­liwą stratą 400 jest nie­istotne. Opo­wie się komuś to jako śmieszną aneg­dotkę, bo prze­cież w dłuż­szej per­spek­ty­wie lepiej zbie­rać jaja niż zabić zno­szące je kury.

Także gene­ral­nie gumki zawsze warto mieć przy sobie. Choć prawo jazdy zapewne przyda ci się częściej.

Ceibo — drzewo życia. Laura dla skali.

Wspo­mniany pas lotniska.

Ukra­dli mi TELEFON

San Jose, Kostaryka

Ktoś się nie bał i zaje­bał, zaraz po tym jak przy­je­cha­łem do San Jose, Kosta­ryka. W ogóle z Ome­tepe się tam dostać, to też było tro­chę kom­bi­no­wa­nia. Naj­pierw zaku­pi­łem bilet pry­wat­nego prze­woź­nika, za grube dolary, bo oka­zało się, że tym razem chcąc prze­być te 200 km trans­por­tem publicz­nym potrzeba będzie 12 godzin. Wystra­szy­łem się i chcia­łem tro­chę kom­fortu, zresztą w zeszłym tygo­dniu dosta­łem ponad 100$ zniżki na trans­port z Sal­wa­doru do Nika­ra­gui, więc można zasza­leć. Wysu­pła­łem więc 30$ i następ­nego dnia o 11 mia­łem być na przy­stanku przed supermarketem.

Pani pora­dziła, żeby odpły­nąć łodzią z samego rana. Bo to lepiej, bo śnia­da­nie można zjeść już poza wyspą i jest taniej, no i lepiej być wcze­śniej. Tylko, że ta wcze­śniej­sza łódka do była o godzi­nie 6.45, a jej rejs trwa około godziny. Myślę sobie, że poje­bało, prze­cież nie będę sie­dział 3 godzin na przy­stanku. Albo tak bym sobie pomy­ślał, gdyby mi się nie uro­iło, że ona jest o 7.45. Także wsta­łem sobie na tę godzinę, przy­by­wam do portu i tam oka­zuje się, że naj­bliż­sze jest o 9 jest dopiero. Także tym spo­so­bem ani sobie nie pospa­łem, ani nie zja­dłem taniego śnia­da­nia. No, ale bywają gor­sze rzeczy.

Jak np. stres gdy jest 11.30, a auto­bus cią­gle nie przy­je­chał. Co prawda mam bilet i mógł­bym docho­dzić swo­ich praw, ale co mi z tego, jak ja chce podró­żo­wać, a nie się wykłó­cać. Posze­dłem do biura kon­ku­ren­cyj­nej firmy tuż obok, zapy­tać się gościa czy on coś o tym wie i w ogóle zamie­nić z nim słowo, żeby nie czuć się tak opusz­czo­nym. Mówi mi, że źle mi godzinę wpi­sali, bo on jedzie o 12. Oka­zało się, że tak naprawdę jechał o 11, tylko był 45 minut spóź­niony. Busik taki na wypa­sie, dosta­łem miej­sce na pię­trze (!), z przodu tuż przed szybą (!!!).

Miej­scówkę mia­łem naprawdę dobrą w busie, zadzi­wia­jąco dobrą.

Fak­tycz­nie oka­zało się, że ta jazda trans­por­tem publicz­nym zajęła by co naj­mniej 12 godzin, bo w takim eks­klu­zyw­nym busie to było ponad 8. Znów prze­kra­cza­nie gra­nicy i znów stres. Szcze­gól­nie że na przej­ściu do Kosta­ryki musie­li­śmy wysiąść, żeby każ­dego z osobna prze­szu­kali i pod­bili mu pie­czątkę. Do tego docho­dzi kwe­stia, że wjeż­dża­jąc do Kosta­ryki mogą Cię nie wpu­ścić jeżeli nie masz biletu świad­czą­cego, że opu­ścić ten kraj. Co prawda ludzi z bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych czę­ści kraju trak­tują dość wyro­zu­miale, ale stres był. Na podo­rę­dziu mia­łem plan uda­wa­nia nie­zna­jo­mo­ści języka, ale nie musia­łem zamie­nić ani słowa z panem z okienka.

Po prze­kro­cze­niu gra­nicy jesz­cze kilka godzin jazdy i jak w końcu dotar­li­śmy do San Jose, to mnie okra­dli. Dosłow­nie kilka minut po wyj­ściu z auto­busu. Zapewne to jest stan­dar­dowy pro­ce­der dwor­cowy, gdy po takiej podróży zdro­żeni ludzie odbie­rają swoje bagaże nachy­la­jąc się w bagaż­niku, co osła­bia ich czuj­ność. No i okra­dli mnie wła­śnie w takiej sytu­acji i to roz­pi­na­jąc kie­szeń na zamek. Do teraz nie wiem w jaki spo­sób to ten cza­ro­dziej zro­bił, ale miał szczę­ście, że go nie przy­cią­łem, bo poczułby tro­chę sło­wiań­skiej magii na swo­jej mordzie.

Zorien­to­wa­łem się bar­dzo szybko że nie mam tele­fonu, ale począt­kowo zało­ży­łem, że wypadł mi w auto­bu­sie. Zosta­łem więc chwilę dłu­żej niż wszy­scy inni na par­kingu i gadam z kie­rowcą, żeby wejść, rzu­cić okiem. Nie udało się nic zna­leźć, ale za to jakiś gość po chwili przy­niósł mi mój pasz­port. Bo po przej­ściu gra­nicz­nym scho­wa­łem go w kie­szeń, zamiast do wewnętrz­nej kie­szeni ple­caka i wtedy dopiero mnie ude­rzyło, że ktoś mnie okradł. Co prawda nie sko­rzy­stał na tym wcale, bo tele­fon zdal­nie zablo­ko­wa­łem, a pasz­port mu był na nic. Dzięki bogom go wyrzu­cił i udało się odzy­skać, bo bez tego to by było naprawdę kiep­sko, a nawet nie zda­łem sobie z tego sprawy. Tro­chę szczę­ścia w nieszczęściu.

Teraz będzie opusz­czał tę kie­szeń tylko w urzę­dzie emi­gra­cyj­nym. Dosta­łem nauczkę.

Pasz­port stra­cić to by był naj­więk­szy pro­blem, bo sam tele­fon no to wia­domo, słabo, ale wyjeż­dża­jąc liczy­łem się z tym, że cały mój ekwi­pu­nek może zostać spi­sany na straty. Nie wyobra­żam sobie rusze­nia w dłuż­szą podróż z innym nasta­wie­niem. Wszystko się prze­cież zużywa, a wypadki cho­dzą po ludziach, zbyt wiele zda­rzeń loso­wych. Naj­waż­niej­sze żebym przy­je­chał cały, zdrowy i z mnó­stwem wspa­nia­łych doświad­czeń, a nie uża­lał się nad stratą kil­ku­set zło­tych, tylko wpi­sał je w koszt podróży tak jak bilety i zakwaterowanie.

Po tym wszyst­kim, wraz z jed­nym gościem co się z nim sku­ma­łem w busie ude­rzy­li­śmy razem do hostelu. Zło­ży­li­śmy się na tak­sówkę, bo nie było drogo, a po takiej dłu­giej dro­dze i takich przy­go­dach, to już chcia­łem spo­koj­nie poło­żyć się spać. W ogóle to kra­dzież tele­fonu w 2016, gdzie można go zdal­nie wyczy­ścić i zablo­ko­wać, że sta­nie się bez­u­ży­teczny. Może jesz­cze na czę­ści się da sprze­dać, ale nawet jeśli to pew­nie za jakieś gro­sze i jedy­nym wyni­kiem tego zda­rze­nia jest moja strata pie­nię­dzy. I ner­wów. Suabo.

W hostelu wrzu­cili nas do pokoju, gdzie było dwóch innych, nie­dawno okra­dzio­nych ludzi. Jed­nemu ukra­dli port­fel z doku­men­tami, a dru­giego kon­kret­nie pobili. Z poprzed­niej wizyty w San Jose nie odnio­słem wra­że­nia, że to takie złe mia­sto. Lek­cja na dziś, odwie­dza­jąc Ame­rykę Cen­tralną uni­kaj­cie dużych miast.

Na szczę­ście w mię­dzy­cza­sie oka­zało się, że mój przy­ja­ciel ma lot przez Panamę, a skoro ja nie lecę z Mek­syku do Peru, tylko podró­żuje lądem, to można spró­bo­wać się spo­tkać tam. Nor­mal­nie myśląc czło­wiek stwier­dziłby, że anu­lo­wa­nie jed­nego lotu, żeby wysiąść wcze­śniej nie powinno spra­wić żad­nego pro­blemu, więc z tego powodu na pewno będzie to nie do zre­ali­zo­wa­nia przez linie lot­ni­cze. Oka­zało się jed­nak, że jest to wyko­nalne i zamiast śpie­szyć się do Peru, mogę sobie spo­koj­nie spę­dzić naj­bliż­szy tydzień w Pana­mie cze­ka­jąc na niego. Jak tylko znajdę tam jakąś miej­scówkę fajną, to zatrzy­mam się na parę dni, aby tro­chę poro­bić inter­ne­tów. A następ­nie razem wybie­rzemy się do Ame­ryki Południowej.

I to dopiero będzie przy­goda. Bo z Panamy nie ma lądo­wej gra­nicy i żeby się dostać do Kolum­bii to trzeba poko­nać ją wodą, co jest dość zło­żone i cza­so­chłonne. Ale ogar­nie się i będę miał bar­dzo inte­re­su­jący temat na wpis.

Jaco, Kosta­ryka

W mię­dzy­cza­sie jed­nak muszę się do tej Panamy dostać. Cywi­li­zo­wany kraj, kli­ma­ty­zo­wane dworce auto­bu­sowe, więc nie ma nic prost­szego. No i fak­tycz­nie, choć popeł­ni­łem deli­katny błąd. Posta­no­wi­łem jechać połu­dnio­wym wybrze­żem, a praw­do­po­dob­nie lepiej byłoby pół­noc­nym. Bo na połu­dnio­wym wszyst­kie miej­sca są przy­sto­so­wane do sur­fo­wa­nia i jeżeli nie sur­fu­jesz, no to nie ma tam nic dla Cie­bie. W każ­dym razie zaje­cha­łem do miej­sco­wo­ści Jaco, która jest jed­nym z więk­szych ośrod­ków po dro­dze. Spraw­dzi­łem sobie hostel, na mapie nie­wiele ponad kilo­metr, więc idę. Z tego samego auto­busu jakaś nie­wia­sta z wiel­kim ple­ca­kiem wysia­dła, także idziemy razem. Ona ma jakiś inny hostel i nie ma mapy, ale gdzieś w okolicy.

Zacho­dzimy do tego mojego, ja z moc­nym posta­no­wie­niem zatrzy­ma­nia się tam, bo inter­net poka­zał, że naj­tań­szy i tylko 12$ za noc. Także przy­cho­dzę, pytam i oka­zuje się, że jed­nak 18$. Ale jak to, grzecz­nie pytam, prze­cież na inter­ne­tach pisze, że za 12. Na inter­ne­tach pisze, że od 12, a teraz jest za 18. Taki czas. Widocz­nie nie jest to czas dla mnie.

Posze­dłem więc z tą dziew­czyną szu­kać jej hostelu i tam wzięli ode mnie tylko 12$ za noc. Do tego pozna­łem parę inte­re­su­ją­cych osób. Jed­nym z nich był gość z Gru­zji, który z tego co opo­wia­dał doro­bił się w sta­nach jakiejś cał­kiem nie­złej kasy i teraz chciał sobie popo­dró­żo­wać. No i fak­tycz­nie miał mac­bo­oka, nowego iphone’a nawet apple watch, a do tego zega­rek wypa­siony, no gene­ral­nie widać było, że się powo­dzi. Co prawda nie wiem dla­czego zatrzy­mał się w tanim hostelu, ale wyna­jął sobie pokój. Dzień zanim przy­je­cha­łem wyna­jął sobie pokój i spro­wa­dził sobie na noc dwie prostytutki.

Nie sko­ja­rzył nazwy kokomo.

Wie­cie, że lubię streetart.

Z ułań­ską fan­ta­zją i na bogato. W takiej sytu­acji serce się wyrywa, żeby pochwa­lić się wszem i wobec co się działo, szcze­gól­nie że tro­chę się to róż­niło od jego ocze­ki­wań. W sumie to może jego ocze­ki­wa­nia zostały speł­nione, jed­nak rano posta­no­wił pójść pod prysz­nic zosta­wia­jąc je w swoim pokoju. Jak się można spo­dzie­wać wra­ca­jąc już ich nie zastał. I nie zastał rów­nież swo­jej biżu­te­rii — zło­tej kety, która miała być warta 8000 $. Tyle co moja podróż. Był z tym na poli­cji, miał ich zdję­cia, numery tele­fo­nów, no ale raczej nie odzy­ska swo­jej wła­sno­ści, dla­tego czuł się zobo­wią­zany każ­demu o tym opowiedzieć.

Dru­gim gościem był Ame­ry­ka­nin, który przy­je­chał podró­żo­wać i przez 2 mie­siące nie widział prócz Jaco jedy­nie lot­ni­sko w San Jose i wnę­trze auto­busu. Dla mnie to było jedno z naj­gor­szych miejsc, żeby się zatrzy­mać, ale on miał inne prio­ry­tety, bo sur­fo­wał inten­syw­nie. Także zapewne dla niego było to spoko. I ten wła­śnie gość wpadł w oko dziew­czy­nie, którą spo­tka­łem w busie. Koniec koń­ców jed­nak nie ogar­nął tego zbyt dobrze i znu­żona nie­wia­sta zawi­nęła spać. Tutaj do akcji wkra­cza Gru­zin, nie mogąc wyjść z podziwu czemu tam­tej nie szedł za cio­sem.
–Prze­cież widać było, że na Cie­bie leci. Stary, stra­ci­łeś taką oka­zję.
Może i fak­tycz­nie zdał sobie z tego sprawę, ale widać było, że nie lubi być poucza­nym. Także szybko zre­flek­to­wał się ripo­stą.
–A ty stra­ci­łeś swój jebany naszyjnik.

Następ­nego dnia z rana wyru­szy­łem. Zatrzy­ma­łem się w kolej­nym miej­scu na wybrzeżu — Domi­ni­cal, ale tam było jesz­cze mniej do roboty. Parę drew­nia­nych hat nad morzem i sporo sur­fe­rów nocu­ją­cych w namio­tach na plaży. Za to o 4.45 odjeż­dżał auto­bus w kie­runku gra­nicy, więc wspa­niała pora na podróż. Teraz nie kpię, ucie­szy­łem się. Zerwa­łem się więc z rana, na przy­stanku jesz­cze jedna osoba czeka, więc mam pew­ność że auto­bus będzie. Zresztą stam­tąd zaczy­nał podróż i stał na pobo­czu nie­da­leko przy­stanku, dopóki kie­rowca się nie doczła­pał do niego.

Plaża w Jaco. Obrzydliwa.

Hoste­lik za to cał­kiem urokliwy.

No to pierw­sza rzecz którą robię — wycią­gam poduszkę, opusz­czam fotel i w kimono. To był taki bus bar­dziej do trans­portu miej­skiego, niż na dłu­gie dystanse, choć troszkę lep­szy. Po chwili budzi mnie ze snu jakiś gość, że chce za mną usiąść i mu krze­sło prze­szka­dza. No to pod­no­szę je, roz­cie­ram oczy, a tam cały auto­bus pusty. Spe­cjalne kutas mnie obu­dził, jak mógł zająć prak­tycz­nie każde inne miej­sce. Jak świa­do­mość wró­ciła na swoje miej­sce, a ilość krwi prze­pły­wa­ją­cej przez mózg umoż­li­wiła kon­struk­cje zdań zło­żo­nych, to typ już wysiadł. Skur­wy­syn na jeden przy­sta­nek wsiadł do pustego auto­busu i obu­dził mnie, mimo że był prak­tycz­nie pusty. Co jest nie tak z tymi ludźmi, gdzie tu sens, gdzie logika, gdzie tu mózg, gdzie empa­tia jakaś, do chuja?

Strasz­nie mnie zde­ner­wo­wał, bo już nie udało mi się zasnąć. Za to po jakimś cza­sie zaczęło się dosia­dać mnó­stwo ludzi, któ­rzy dojeż­dżali nim do pracy lub szkoły. W każ­dym razie dojeż­dżam nim do miej­sco­wo­ści Neily, stam­tąd prze­siadka do busa na gra­nicę, imi­gra­cyjny, kolejne opłaty, kolejne pie­czątki i wkra­czam na teren Panamy. Potem tylko jesz­cze busik do miej­sco­wo­ści David, a stam­tąd kolejny do Boqu­ete i po pra­wie 12 godzi­nach prze­je­cha­łem 250 km (wg google maps).

Boquete/David, Panama

Boqu­ete było fajne. Zna­la­złem tam jeden z naj­ład­niej­szych hosteli jakie widzia­łem pod­czas podróży, ale parę­set metrów dalej zna­la­złem o 4 $ tań­szy. Także po pierw­szej nocy się prze­nio­słem i zro­bi­łem sobie wycieczkę po górach. No może nie do końca po górach, bo samo mia­steczko jest poło­żone dość wysoko, ale prze­sze­dłem sobie 10 km. Wysła­łem też tam kilka pocz­tó­wek, nakrę­ci­łem fil­mik na youtuby i zawi­ną­łem z powro­tem do David.

Takie tam z wycieczki.

Pol­ski akcent w hostelu — książka na wymianę. Nie sku­si­łem się jednak.

Tak bar­dzo konik

Tak bar­dzo kwiatki

Tak bar­dzo motylek

Tak bar­dzo totem.

Bo do Panamy daleko, więc chcia­łem sobie roz­ło­żyć podróż. Co prawda David jest tylko godzinę drogi od Boqu­ete, ale zawsze coś. W dodatku zna­la­złem tam naj­bar­dziej cool hostel jaki widzia­łem (w Boqu­ete był naj­ład­niej­szy, a to wcale nie to samo). Czym mnie tak zauro­czył? Otóż miej­sca do spa­nia były w domku na drze­wie. A na tere­nie hostelu było zwie­rzątko. Taki dziwny kotek — coati. I po prze­ciw­nej stro­nie ulicy była świetna jadło­daj­nia spe­cja­li­zu­jąca się w rybach, także jed­nego zja­dłem filet z fryt­kami, cevi­che i zupę z owo­ców morza. Zosta­łem tam tylko jedną noc, więc z tego powodu zor­ga­ni­zo­wa­łem sobie spa­cer po mie­ście. Jakieś 10 km póź­niej stwier­dzi­łem, że nie wycho­dząc nic bym nie stra­cił, a pew­nie lepiej bym się bawił. Nie mam poję­cia jak to jest, że w zupeł­nie nie­tu­ry­stycz­nych miej­scach są takie fajne hostele. Dlaczego?

W mię­dzy­cza­sie opra­co­wy­wa­łem wpis z pod­su­mo­wa­niem kosz­tów podróży. Było z tym tro­chę roboty, sporo mia­łem za sobą, więc stwier­dzi­łem że dziś go skoń­czę. Prócz mnie było tam tylko dwóch Niem­ców, któ­rzy kupili sobie fla­szeczkę i sie­dzieli kilka metrów dalej. Ja sobie pisa­łem, spraw­dza­łem obli­cze­nia, cho­dzi­łem się poprze­cią­gać, albo zro­bić parę pom­pek, a oni tam sie­dzieli. I roz­pra­szali mnie jak diabli.

Wie­cie, mi to gene­ral­nie nie­wiele rze­czy prze­szka­dza. Ale cza­sem coś jest dla mnie tak dziwne, nie­na­tu­ralne i zupeł­nie tego nie rozu­miem, że nie jestem w sta­nie prze­stać o tym myśleć. Mniej wię­cej tak było z tymi Niem­cami. Mia­łem wra­że­nie, że oni tę flaszkę kupili, aby sobie na nią popa­trzeć, bo na pewno nie, żeby ją wypić. Przez około 4 godziny wypili jakieś 1/3 zawar­to­ści, a do tego 2 litry coli. Musia­łem sie­dzieć tyłem do nich, bo nic bym nie napisał.

Mógł­bym mieć takiego w domu.

Następ­nego dnia z rana się zebra­łem, jem deli­katne śnia­danko i tak się zło­żyło, że była tam też jakaś parka, co to przy­je­chali z Panama City. Także pytam co i jak, że te 500 km to baga­tela 8 godzin i że w busie jest zimno. Jak bar­dzo zimno, lepiej żebym wziął bluzę i dłu­gie spodnie, czy może śpi­wór i na czas podróży wbić do środka. Naj­le­piej weź to i to.

Co ta dzie­wu­cha wyga­duje, jak to że aż tak zimno? Może po pro­stu są z jakie­goś cie­płego kraju i na moje sło­wiań­skim jeste­stwie nie zrobi to takiego wra­że­nia. No, ale zabez­pie­czony zawsze bez­pieczny, dla­tego posta­no­wi­łem pójść za radą, mimo że wydała mi się idio­tyczna. I potem pod­czas podróży żałowałem.

Żało­wa­łem, że nie zabra­łem dwóch par skar­pet, bo w środku było tak zimno, że sie­dzia­łem w dłu­gich spodniach, skar­pe­tach nar­ciar­skich, long­sle­evie, blu­zie, w śpi­wo­rze i było mi zimno. Nie mam poję­cia, czy oni na gór­nym pię­trze tego auto­busu prze­wo­zili mięso, czy po cho­lerę im taka tem­pe­ra­tura niska w środku, ale naprawdę tam było z mniej niż 15 stopni. Mimo, że na dwo­rze było szaro, buro i ponuro, a do tego padał deszcz, to pod­czas prze­rwy czu­łem się, jak­bym wyszedł na plażę. Ale to chyba dla nich norma, bo wszy­scy pasa­że­ro­wie byli przy­go­to­wani na takie warunki. Dla­czego jed­nak tak było? Tego praw­do­po­dob­nie nie dowiem się nigdy, jak z tą flaszką sprzed kilku akapitów.

Nawet się nie ogo­li­łem, żeby jak naj­mniej cie­pła uciekało.

Panama ciu­dad, Panama

No i jestem w Panama City teraz i jestem pod wra­że­niem. Od razu przy­po­mnieli mi się wszy­scy rodzimi eks­perci od zdań typu „to jest dzicz”, „tam są egzo­tyczne kraje”, „tam nie będzie takich rze­czy jak w Euro­pie”. Cie­kaw jestem ich reak­cji na infor­ma­cję, że War­szawa jest jakieś 50 lat w roz­woju za Panamą. Nie spo­dzie­wa­łem się, że będzie tak wyglą­dać, czuję się pra­wie jak w Nowym Yorku, albo Dubaju.

No i jest to też sto­lica i duże mia­sto, czyli śred­nio faj­nie, żeby tu podró­żo­wać. No, ale za nie­całą dobę odbiorę ziomka z lot­ni­ska i ucie­kamy do przy­jem­niej­szego miejsca.

W hostelu popro­si­łem o szafkę numer 23. Pozdro dla kumatych

Sza­nuję ułań­ską fan­ta­zję archi­tekta, który zapro­jek­to­wał coś takiego na górze wieżowca.

Takiego widoku to się nie spodziewałem.

Mia­łem nawet oka­zję zoba­czyć wodo­spad kaska­dowy w Panamie

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.