Pierw­szy try­mestr podróży za mną, obyło się jed­nak bez nud­no­ści i zwięk­sze­nia obwodu w pasie. Cały ostatni mie­siąc spę­dzi­łem ucząc się hisz­pań­skiego w róż­nych szko­łach, jed­nak to nie zna­czy, że nie mam o czym napi­sać. Co prawda nie prze­ży­łem zbyt wielu nie­sa­mo­wi­tych i eks­cy­tu­ją­cych przy­gód, ale prze­cież prze­ży­cia dnia codzien­nego też bywają cie­kawe. Enjoy.

Zobacz co mnie spo­tkało wcze­śniej — drugi mie­siąc podróży

Anti­gua, Gwatemala

Kolejne dwa tygo­dnie w tym samym miej­scu co ostat­nio. Mija urok nowo­ści, czło­wiek nie zabiera już ze sobą wszę­dzie apa­ratu, codzien­nie sta­wia nogi na tych samych skrzy­żo­wa­niach, a czas leci zadzi­wia­jąco szybko. O szkole języka już napi­sa­łem obszerny post, więc nie będę o tym wspo­mi­nał. Napi­sa­łem rów­nież jak wygląda sprawa z samot­no­ścią w dłu­giej podróży, ale na ten temat mam małą aneg­dotkę. Coś co wstęp­nie pla­no­wa­łem napi­sać w tam­tym poście, ale osta­tecz­nie nie bar­dzo by pasowało.

Taki gar­bu­sik jest reklamą lokal­nego klubu. Bar­dzo podoba mi się styl kolo­ro­wa­nia , kie­dyś będę musiał sobie zro­bić tatuaż z czymś podobnym.

Bo wie­cie, ja jestem intro­wer­ty­kiem. W sumie to jest tro­chę dziwne, czy mogę się tak okre­ślać, bo nie mam naj­mniej­szego stra­chu, ani wstydu, ani innych złych odczuć przed roz­ma­wia­niem z ludźmi, przed zaga­dy­wa­niem do obcych, przed wystą­pie­niami publicz­nymi. Po pro­stu śred­nio za tym prze­pa­dam. Nie zna­czy to jed­nak, że będę ich uni­kał za wszelką cenę. Zdaję sobie sprawę, że w wielu przy­pad­kach kon­takt z innymi to jest naj­lep­sza rzecz jaka może nas spo­tkać, więc po pro­stu sta­ram się dobrze selek­cjo­no­wać sytu­acje, w któ­rych wycho­dzę z tej mitycz­nej strefy kom­fortu i arty­ku­łuję wyrazy w stronę nie­zna­nych mi ludzi.

Jed­nak miesz­ka­jąc w Gwa­te­mali nie byłem nasta­wiony zbyt socjal­nie do moich gospo­da­rzy. Oboje byli nauczy­cie­lami w szkole do któ­rej uczęsz­cza­łem i mieli manierę, która mnie nie­sa­mo­wi­cie iry­to­wała. Otóż nie­moż­liwe było z nimi poroz­ma­wiać, bo jedyne co robili to oce­niali poziom popraw­no­ści gra­ma­tycz­nej moich kon­struk­cji. Pytam się o jakąś rzecz, a oni zamiast odpo­wie­dzieć tylko kiwają gło­wami, że dobrze zbu­do­wa­łem zda­nie. Za każ­dym razem czu­łem się jak­bym miał znowu 5 lat i ludzie znowu myśleli, że nic nie wiem i nic nie rozu­miem o co cho­dzi w życiu. Posta­no­wi­łem więc jak naj­mniej się do nich odzy­wać, no bo i po co miał­bym to robić. Poskut­ko­wało tym, że po 3 tygo­dniach miesz­ka­nia razem nie gospo­dyni zapy­tała się mnie skąd jestem.

Nie jestem pewien czy to był jakiś per­for­mance arty­styczny, czy po pro­stu gra­so­wał Kuba Rozbieracz.

Jed­nak to nie tak, że się do nikogo nie odzy­wa­łem u nich. Roz­ma­wia­łem z psem. Po hisz­pań­sku, wia­domo, ina­czej by mnie nie zro­zu­miał. I mia­łem też oka­zję uczyć ich syna mate­ma­tyki. Jako kore­pe­ty­tor z pra­wie 10 let­nim sta­żem, nie mogłem przejść obo­jęt­nie obok kogoś, kto nie umie dzie­lić wie­lo­mia­nów. Nawet nie potrze­bo­wa­łem do tego spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy języ­ko­wej, po pro­stu wyło­ży­łem mu co i jak, dzi­wiąc się, że jest w tak mło­dym wieku, bo wyglą­dał na starszego.

Myli­łem się. To był mate­riał, jaki prze­ra­biał na uni­wer­sy­te­cie tech­nicz­nym. Z tego co koja­rzę w pla­nie naucza­nia znaj­duje się to jakoś na początku gim­na­zjum, zanim będę miał dzieci zapewne prze­suną ten jakże trudny mate­riał do liceum, zosta­wią go na roz­sze­rze­nie, albo po pro­stu zastą­pią maturą z reli­gii (już w 2021). Jed­nak swoje dzieci będę sam uczył mate­ma­tyki i myślę, że z odpo­wied­nimi fun­da­men­tami dziecko na początku pod­sta­wówki jest w sta­nie ogar­nąć bez pro­blemu to, z czym dwu­dzie­sto­kil­ku­letni koleś miał problem.

Więk­szość kobiet tutaj nosi tra­dy­cyjne stroje.

W ogóle to cały poziom wie­dzy ludzi jest na sła­bym pozio­mie. W więk­szo­ści pew­nie wynika to z odgór­nych zarzą­dzeń pań­stwo­wych, zdaję sobie sprawę rów­nież, że nie każdy musi być alfą i gametą, ale no kurwa. Raz pró­bo­wa­łem się dowie­dzieć jak jest żelazo po hisz­pań­sku, bo aku­rat mia­łem taki fetysz. Zresztą cza­sem jest tak, że mam pro­blem z zapa­mię­ta­niem bar­dzo uży­tecz­nych słów, a jakieś pier­doły zapa­mię­tam od razu. Np kolory w kar­tach to są cora­zon (serce), cora­zon negro (piki), club (tre­fle) i dia­mante (karo), a powie­dział mi to raz jakiś przy­pad­kowy gość kilka tygo­dni temu i teraz sobie to dopiero przy­po­mnia­łem myśląc o bez­u­ży­tecz­nych słów­kach. W każ­dym razie chcia­łem wie­dzieć jak jest żelazo i zaczy­nam im tłu­ma­czyć, że to jest Fe na tablicy Men­de­le­jewa. A ich reak­cja była taka, jak­bym zaczął mówić po polsku.

Więc tłu­ma­czę, że to taka tablica z ele­men­tami z che­mii, że jest tam tlen, hel, wodór (dużo pier­wiast­ków ma uni­wer­salne łaciń­skie nazwy, więc mogłem je wymie­nić), ale też nie bar­dzo. Roz­ry­so­wa­łem im jak wygląda i umie­ści­łem kilka ele­men­tów w środku. Coś tam zała­pali, więc wpi­suję w pusty kwa­dra­cik mniej wię­cej na środku Fe i pytam jak to jest po hisz­pań­sku. Roze­śmiali się tylko, tak abs­trak­cyjne wydało im się moje pyta­nie. A roz­ma­wia­łem wtedy z doro­słymi ludźmi. W końcu posta­no­wi­łem pójść na łatwi­znę więc mówię, że Iron Man. I jak jest to iron po hisz­pań­sku. Zała­pali o co mi cho­dzi, ale po kon­sul­ta­cjach doszli do wnio­sku, że nie znają tego słowa po hiszpańsku.

O tym jak pierw­szy raz na wyjeź­dzie napi­łem się piwa.

Przez ostatni tydzień mojego pobytu miesz­kał tam rów­nież jeden gość z Anglii. Zro­bił wcze­śniej jakiś wolon­ta­riat w Belize, a teraz posta­no­wił się nauczyć języka więc dane nam było się spo­tkać i poznać. I to był pierw­szy raz, kiedy mia­łem oka­zję spę­dzić wię­cej czasu z angli­kiem. Szcze­gól­nie, że bar­dzo dużo mówił, więc w więk­szo­ści przy­szła mi rola bier­nego słu­cha­cza. I potwier­dziła się jedna rzecz, którą prze­czy­ta­łem apropo angli­ków w auto­bio­gra­fii Ozziego Osbo­urna, że Anglicy pół życia spę­dzają w knaj­pach. Wtedy to ode­bra­łem za prze­sadę, ale tak było naprawdę. Tam­ten anglik codzien­nie po zaję­ciach i obie­dzie szedł do knajpy i wypi­jał jakieś 4–8 piw. Każ­dego dnia, a w week­endy miał jesz­cze wię­cej czasu.

zaple­cze speluno

Ja za to w ogóle nie prze­pa­dam ani za knaj­pami, ani za bar­dzo za alko­ho­lem. Jak się dowie­dział, że pod­czas mojego ponad dwu­mie­sięcz­nego pobytu nie byłem w knaj­pie, ani nawet nie wypi­łem piwa, to posta­no­wił mnie wypro­sto­wać. Mam wra­że­nie, że wła­śnie tak ode­brał moje zacho­wa­nie, jako jakieś skrzy­wie­nie. Nie miał jed­nak zbyt cięż­kiego zada­nia, bo po to wyje­cha­łem, żeby robić różne rze­czy i zbie­rać roz­ma­ite doświad­cze­nia, a parę piw jesz­cze nikogo nie zabiło. W końcu to nie wódka.

Także poszli­śmy do knajpy. Jakby było 10 kate­go­rii do wysta­wia­nia ocen, to ta byłaby knajpą jede­na­stej kate­go­rii. Wej­ście scho­wane w jakimś ciem­nym zaułku, w drzwiach zawie­szona zasłona jak do prysz­nica, sto­liki wyglą­dały jakby ktoś chciał na nich wyryć pła­sko­rzeźby i pięk­nie kon­tra­sto­wały z bia­łymi, pla­sti­ko­wymi krze­słami ogro­do­wymi, dla wzmoc­nie­nia obkle­jo­nymi srebrną taśmą i do tego wspa­niały neon nad barem. W ogóle neony to w 99% przy­pad­ków takie obrzy­dli­stwo straszne, a ten jesz­cze łypał poprze­pa­la­nymi dio­dami. Po tym całym pierw­szym wra­że­niu byłem tro­chę zawie­dziony, że bar­man nie otwo­rzył nam bro­wa­rów zębami.

W sumie to nie była nie­sa­mo­wita histo­ria. Po pro­stu usie­dli­śmy, wypi­li­śmy po 3 piwka w naj­gor­szej spe­lu­nie jaką widzia­łem, gada­jąc o głu­po­tach. Jed­nym z głów­nych tema­tów był wła­ści­ciel sklepu z pamiąt­kami, który przed­sta­wiał się wszyst­kim wcho­dzą­cym i każ­dego obda­rzał spe­cjal­nym uści­skiem dłoni. Łapał w żela­zny uścisk, z któ­rego nie można było się uwol­nić, a dło­nie miał jak dekle od hasio­ków. To jesz­cze nie byłoby takie straszne, tylko że on pod­czas tego uwię­zie­nia wyko­ny­wał kuli­ste ruchy kciu­kiem. Takie ruchy, jakie są zare­zer­wo­wane do o wiele bar­dziej intym­nej czyn­no­ści. Do teraz dziw­nie się czuję, jak sobie o tym pomyślę.

Głupi gołąb, nie umie czytać.

W sumie tro­chę dziwne to jest, mnó­stwo rze­czy mnie w ogóle nie rusza, a tu jeden gość pod­czas kil­ku­na­sto­se­kun­do­wego (tak, tak) uści­sku dłoni wypro­wa­dził mnie z rów­no­wagi na tygodnie.

Wróćmy jed­nak do spe­luny. Nie sie­dzie­li­śmy w pomiesz­cze­niu, gdzie zapach ple­śni wal­czył o domi­na­cję z zapa­chem dymu tyto­nio­wego wsiąk­nię­tego w ściany, tylko wyszli­śmy na podwó­reczko, za barem. Jed­nak było tam jedno miej­sce warte uwagi. Miej­sce które trzeba odwie­dzić, jeśli wypije się kilka browarów.

Jak otwo­rzy­łem drzwi do ubi­ka­cji, to w prze­strzeni pomię­dzy nimi, a fra­mugą uka­zało się tyle roba­ków, że przy­po­mniała mi się scena z Króla Lwa, jak Timon pod­nosi kamień w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. Zamiast kranu był kawa­łek rury wysta­ją­cej poziomo ze ściany, który przy moc­niej­szym odkrę­ce­niu zawodu wyle­wał się na pod­łogę, a kibel był utłu­czony jak szklanki, które począt­kowo chciał nam dać bar­man. Nie wiem dla­czego nie nagra­łem tych robali, zro­bi­łem jedy­nie zdję­cie kuchni do któ­rej sobie wsze­dłem, bo bar­man i tak by nie zwró­cił naj­mniej­szej uwagi.

Po skoń­cze­niu nauki poje­cha­łem sobie na wul­kan. Zro­bi­łem też krótki fil­mik z tego wyjazdu, z któ­rego jestem bar­dzo zado­wo­lony, więc wrzucę tylko jedno zdję­cie wul­kanu, a fil­mik jest tutaj.

Po wul­ka­nie wró­ci­łem do poprzed­niej miej­sco­wo­ści i zame­li­no­wa­łem się na dwa dni w hostelu. Tyle potrze­bo­wa­łem żeby dojść do sie­bie po tej mor­dę­dze. W mię­dzy­cza­sie spraw­dzi­łem jak wygląda trans­port nad jezioro Atti­tlan (kiep­sko), wyszu­ka­łem sobie nową szkołę i po raz ostat­nie odwie­dzi­łem stare kąty. I stało się coś nie­sa­mo­wi­tego, bo przez 4 tygo­dnie miesz­ka­nia nie widzia­łem prze­no­śnego sklepu z ciu­chami, a ostat­niego dnia udało mi się takowy zoba­czyć. Taka dwó­kół­kowa przy­czepa, którą nor­mal­nie do samo­chodu się przy­łą­cza, ale ponie­waż była zała­do­wana tylko ciu­chami, to cią­gnął ją czło­wiek. Zatrzy­mał się nie­da­leko tar­go­wi­ska, wycią­gnął mega­fon ze sterty ubrań, niczym kró­lika z kape­lu­sza i zaczął zachwa­lać towar, że każda sztuka za 10 Quet­zali (tro­chę ponad 5 zł).

Po tak jaw­nym przed­sta­wia­niu ceny wszyst­kim wokół mia­łem pew­ność, że nie będzie pró­bo­wał mnie oszu­kać, co zachę­ciło mnie do prze­gląd­nię­cia jego zaso­bów. Jakie było moje zdzi­wie­nie, gdy oka­zało się, że to nie jest lum­peks, tylko nor­malne ubra­nia z met­kami, marek które znam z Europy. A jesz­cze bar­dziej się zdzi­wi­łem, gdy zna­la­złem koszulkę z napi­sem Bazinga. Także jako praw­dziwy geek nie mogłem odpu­ścić takiej oka­zji i kupi­łem sobie. Byłem tak pod­eks­cy­to­wany i szczę­śliwy, że nie zro­bi­łem zdjęcia.

Tak wyglą­dało pomiesz­cze­nie w hostelu, gdzie się zatrzymałem.

San Pedro La Laguna, Gwatemala

Przy­je­cha­łem teraz w oko­lice jeziora Ati­tlan. Od poprzed­niej miej­sco­wo­ści odda­lona o około 150 km, więc to tylko 4 godziny jazdy. I po raz pierw­szy pozwo­li­łem sobie na bur­żuj­swo, takie jak śro­dek trans­portu pry­wat­nego prze­woź­nika. Zawsze sta­ram się chło­nąć atmos­ferę miej­sca i podró­żo­wać rdzen­nym trans­por­tem, wśród kur, stert towa­rów, zapcha­nym do gra­nic moż­li­wo­ści. Tym razem jak się dowie­dzia­łem, że trzeba po dro­dze zro­bić dwie prze­siadki po jakiś wio­chach i zaj­mie to z 7 godzin, to odpu­ści­łem. Potrze­bo­wa­łem się dostać przed popo­łu­dniem, aby tego samego dnia móc zacząć naukę w nowej szkole hisz­pań­skiego, więc zapła­ci­łem zawrotną sumę 70 Quet­zali (10$) i z samego rana zja­wi­łem się w busiku.

Jak jest jezioro, to jest też jeden z naj­wdzięcz­niej­szych ele­men­tów do foto­gra­fo­wa­nia. Łódki.

Tutaj nie ma cze­goś takiego jak limit miejsc pojazdu. Może i dla oso­bo­wych zapi­sują takie dane w dowo­dzie reje­stra­cyj­nym, ale wszy­scy prze­woź­nicy mają to w posza­no­wa­niu. Także kie­rowca nas wci­ska i upy­cha, bo jeste­śmy chu­dzi to wejdą 4 osoby na 3 miej­sca. Do tego jak już wszyst­kie, a nawet wię­cej, miejsc jest zaję­tych, to zaczyna się dosta­wia­nie krze­se­łek. A raczej desek, które opie­rają się na fote­lach z obu stron przej­ścia i służą za sie­dze­nie do kolej­nych osób, A do tego uwie­ra­jąc osoby sie­dzące przy przej­ściach. No i stanu drogi też się nie zmieni.

Nor­mal­nie rodzice nie pozwa­lają się bawić dzie­ciom na dro­gach, bo jeż­dżą samo­chody i mogą spo­wo­do­wać wypa­dek. W tym przy­padku pręd­kość samo­chodu jest mniej­sza niż pie­szego, a rodzice zabra­niają się bawić dzie­ciom na jezdni, z zupeł­nie innego powodu. Bo jakby grały w cho­wa­nego, to mogłyby się pogu­bić w tych dziu­rach i już nigdy nie wró­cić do domu.

Za plus można uznać kli­ma­ty­za­cję, która przez pół drogi dzia­łała no i fakt, że doje­cha­li­śmy. W ogóle to jest para­doks, że korzy­sta­jąc z lokal­nego trans­portu, z bar­dziej sza­lo­nymi kie­row­cami czu­łem się o wiele pew­niej, niż jadąc busi­kiem aspi­ru­ją­cym do euro­pej­skich stan­dar­dów. Cią­gle się krę­ci­łem nie­spo­koj­nie, na tyle na ile pozwa­lała mi resztka wol­nej prze­strzeni i wyglą­da­łem przez szybu wró­żąc wypa­dek. Mam jakieś takie dziwne prze­świad­cze­nie, że trzeba tutaj się po pro­stu zaadap­to­wać, a lokalni są lepiej dosto­so­wani do takich warunków.

Zaje­cha­łem więc do San Pedro La Laguna. Teraz to dopiero jestem w małej miej­sco­wo­ści. Jedna z wielu poło­żo­nych tuż nad brze­giem jeziora, w oto­cze­niu gór. Jeżeli cho­dzi o jezioro, to zadzi­wia­jąco nie­wiele się tutaj łowi, ale nie powinno to dzi­wić aż tak bar­dzo jeśli się wie, ile tu się robi pra­nia. Bo pralka jest w Gwa­te­mali nie­sa­mo­wi­tym luk­su­sem, a po co prać w domu i zuży­wać wodę, jak w jezio­rze można za darmo? Nie jestem w sta­nie tego zro­zu­mieć, bo po pierw­sze ludzie mają tele­wi­zory, mikro­fa­lówki, roboty kuchenne, a nie mają pralki. A po dru­gie, czy po tylu latach nie zorien­to­wali się, że ryby nie prze­pa­dają za mydłem?

Jedno z naj­bar­dziej popu­lar­nych miejsc wymiany plo­tek w mieście.

Mia­steczko ma rap­tem kilka ulic i jest zbu­do­wane na zbo­czu góry. I to takiej dość stro­mej. Jak chcę dojść do rodzinki, u któ­rej miesz­kam, to mogę wyjść przez dach 3 pię­tro­wego budynku szkoły i potem jesz­cze tro­chę po schod­kach na zewnątrz. Albo mogę iść naokoło uli­cami sobie, w każ­dym razie muszę się wspi­nać. Po ostat­niej przy­go­dzie na Aca­te­nango tak śred­nio mnie to napawa opty­mi­zmem. No, ale nie ma tego złego, na tej wyso­ko­ści nie egzy­stują już kara­lu­chy. A przy­naj­mniej nie zauwa­ży­łem, a szu­ka­łem. Są za to inne zwierzęta.

Jest dużo psów i kotów, które się włó­czą po całej miej­sco­wo­ści, ale wspi­na­jąc się po ciemku po pro­wi­zo­rycz­nych scho­dach z uło­żo­nych kamieni można się prze­stra­szyć jak się jakieś zwie­rze poru­szy koło Cie­bie. Szcze­gól­nie że cią­gle mam w pamięci skor­piona, który mnie użą­dlił i pająki które widzia­łem. Dla­tego idąc przy­świe­ca­łem sobie latarką z tele­fonu na coś co zachrzę­ściło mi nad głową. Pew­nie kocur, bo i zarys świe­cą­cych oczu mogłem zoba­czyć. Pod­no­szę latarkę, a to jakiś szczur. Tylko takie wiel­ko­ści kota. Oka­zało się póź­niej, że to był opos, taki jak z epoki lodow­co­wej. Tylko że nie wiem dla­czego wszy­scy uwa­żają te zwie­rzęta za obrzy­dliwe, a ja bym chciał zro­bić mu zdję­cie. A wąt­pię, żeby udało mi się spo­tkać go pod­czas dnia, skoro wzbu­dzają taką niechęć.

Jak już wspo­mnia­łem jest też strasz­nie pod górę. I jak w więk­szo­ści miast tury­stycz­nych można wyna­jąć sobie moto-taxi, które prze­wie­zie cię kil­ka­set metrów (więk­szych odle­gło­ści tu nie ma), jak i rów­nież wje­dzie z Tobą pod górę. Dość stromą górę, po wej­ściu na którą zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy jest moż­liwe żeby pod­czas wjazdu ta tak­sówka prze­wró­ciła się do tyłu. Ma dość małe kółeczka, co sprzyja nie­wy­pier­do­le­niu się, jed­nak tym samym ogra­ni­cza to jej pręd­kość maksymalną.

Tutaj jesz­cze nie jest tak stromo, ale zdję­cie jest cał­kiem spoko.

Zresztą gdyby zało­żyć, że przy mak­sy­mal­nej mocy sil­nika wje­dzie pod taką górę, to zna­jąc kąt wznie­sie­nia, cię­żar samo­chodu z kie­rowcą, ich pręd­kość, odle­głość środka cięż­ko­ści od osi napę­do­wej i od powierzchni styku kół, śred­nicę kół, i współ­czyn­nik tar­cia to mogli­by­śmy osza­co­wać moc tego sil­nika. Jasne o wiele pro­ściej byłoby po pro­stu wydać dolara na prze­je­cha­nie się tak­sówką i zapy­tać kie­rowcę ile koni się kryje pod maską, ale prze­cież wcale nie cho­dzi o to, żeby to wie­dzieć. Po pro­stu nie mając pracy znaj­duje inne ujście dla moich inży­nier­skich zmysłów.

Kie­dyś wymy­śli­łem jesz­cze inny kon­cept. Koja­rzy­cie coś takiego jak rok świetlny? Otóż jest to jed­nostka, wbrew pozo­rom, odle­gło­ści. Wska­zuje na to ile drogi w próżni może prze­być świa­tło przez rok. Są to nie­wy­obra­żal­nie ogromne war­to­ści, jed­nak w warun­kach kosmicz­nych trzeba takich uży­wać, bo i sam kosmos jest nie­sa­mo­wi­cie wielki. I tak się zasta­na­wia­łem, czy dałoby się opra­co­wać taką jed­nostkę jak rok konny. Odle­głość, jaką czło­wiek może poko­nać wierz­chem w prze­ciągu roku.

Nastrę­cza­łoby to jed­nak wiele trud­no­ści. Bo albo musie­li­by­śmy wziąć pod uwagę potrzeby fizjo­lo­giczne, koniecz­ność snu, brak moż­li­wo­ści poru­sza­nia się cią­gle pro­sto i po każ­dej powierzchni z jed­na­kową pręd­ko­ścią, zmę­cze­nie i inne aspekty tech­niczne. Albo musie­li­by­śmy przy­jąć, że mamy ide­al­nie okrą­głego konia w próżni. I wtedy rów­nik będzie miał około 0,8 lat kon­nych długości.

Ponie­waż koniem raczej w kosmos nie pole­cimy, to nie da się wymy­ślić żad­nych śmiesz­nych alter­na­tyw dla pręd­ko­ści kosmicz­nych. Co naj­wy­żej możemy przy­jąć, że pierw­sza pręd­kość konna to jest kłus, druga cwał, a trze­cia galop. Mnie śmieszy.

A teraz z górki.

Także jak widzi­cie mam mnó­stwo fascy­nu­ją­cych myśli, które zaj­mują mój umysł. Mię­dzy innymi udało mi się zwąt­pić w jedną tezę, którą sobie zało­ży­łem. Wcze­śniej powie­dział­bym że jest to mia­steczko jak każde inne nad tym jezio­rem. Tak samo jak szkoły nur­ko­wa­nie się raczej mię­dzy sobą nie róż­nią, jak i szkoły języ­kowe. Powie­dział­bym tak, gdy­bym nie zwe­ry­fi­ko­wał tej tezy zmie­nia­jąc szkołę hiszpańskiego.

Różni się ona tylko jed­nym małym, malu­teń­kim szcze­gó­łem, który jed­nak cał­ko­wi­cie zmie­nia moje postrze­ga­nie tej kon­kret­nej szkoły.

Ma plan nauczania.

Prócz tego to miej­sco­wość nie­wielka, w górach, nad jezio­rem, więc nie było moż­li­wo­ści prze­ży­wać epic­kich przy­gód. Posta­no­wi­łem pona­gry­wać tro­chę fil­mi­ków, z myślą, że kie­dyś coś z tego złożę. Nagra­łem rów­nież time­lapse burzy. A raczej sam się nagrał jak zosta­wi­łem apa­rat na dwo­rze i nie prze­wi­dzia­łem, że będzie padać.

Takie tam nad jeziorkiem

Od kiedy Gon­ciarz zaczął robić swoją serię codzien­nych vlo­gów z Japo­nii (pole­cam ser­decz­nie!) oglą­dam go z wypie­kami na twa­rzy, przy­śpie­szo­nym ciśnie­niem, zwięk­szoną tem­pe­ra­turą i wszyst­kimi innymi syn­dro­mami, które zazwy­czaj wystę­pują pod­czas seksu. Czy pod­czas robie­nia innych rze­czy, które lubimy. Oglą­dam sobie tak te vlogi i z każ­dym kolej­nym odcin­kiem jestem zmiaż­dżony tym, jak dobry mate­riał można robić ama­tor­sko (no dobra, pół ama­tor­sko) na YouTu­bach. Nic więc dziw­nego, że sam chciał­bym zro­bić jakieś filmiki.

Jeden już zro­bi­łem, o wypra­wie na Aca­te­nango, jed­nak jest to coś tro­chę innego i mój wła­sny kon­cept, który będę kon­ty­nu­ował, bo stoi za nim głęb­sza idea. W każ­dym razie chciał­bym zro­bić fil­miki bar­dziej, hmmmm, pro­fe­sjo­nalne? Takie żeby po ogląd­nię­ciu czło­wiek sobie pomy­ślał „ale super fil­mik”. No i do nakrę­ce­nia takich fil­mi­ków potrze­buję róż­nych ujęć, mię­dzy innymi time­lap­sów. Takie kil­ka­dzie­siąt minut filmu przy­śpie­szone do kil­ku­na­stu sekund. Dla­tego też od pew­nego czasu sta­ram się je nagry­wać w jakiś inte­re­su­ją­cych miejscach.

W nie­bie też mają tortille.

Ostat­nio zosta­wi­łem apa­rat w ogródku domu w któ­rych sta­cjo­nuję i wybra­łem się z innymi uczniami szkoły języ­ko­wej na jakieś aktyw­no­ści. Musie­li­śmy się skryć do knajpy, bo strasz­nie się roz­pa­dało, a ja w ogóle nie sko­ja­rzy­łem tej sytu­acji z zosta­wie­niem apa­ratu na dwo­rze. Dopiero po kilku godzi­nach wró­ci­łem to na wej­ściu pomy­śla­łem, że cie­kawe jak tam moje video.

Ups. Trawa jest mokra, wokół kałuże, na apa­ra­cie sie­dzi jakiś robak i wszystko jest mokre. Nosz kurwa, pomy­śla­łem sobie. Wszyst­kie znaki na ziemi i nie­bie mówiły, że sprawa jest prze­grana i co naj­wy­żej można apa­rat potrak­to­wać pal­cem, ale musia­łem to spraw­dzić. Więc zro­bi­łem wszystko co się robi w takich sytu­acjach — na sam począ­tek wyjąć bate­rię i broń­cie bogo­wie nie pró­bo­wać włą­czać. Jeżeli jest zepsuty, to się nie włą­czy i tak, teraz czy jutro, a jeżeli jest w miarę dobry i włą­czysz obwód pod­czas gdy jest wil­gotny, to jest duża szansa, że zepsujesz.

Cre­epy grafiti.

Kolejna sprawa posze­dłem do Pani gospo­dyni po ryż. Suchy ryż jest naj­lep­szą rze­czą jaka może spo­tkać zalaną elek­tro­nikę, bo zwa­bia małych chiń­czy­ków, któ­rzy pod osłoną ciem­no­ści roz­kręcą sprzęt, wysu­szą i napra­wią, w zamian zja­da­jąc cały ryż.

Nie, będzie tro­chę ina­czej. Ryż jest jedną z naj­bar­dziej higro­sko­pij­nych (wchła­nia­ją­cych wodę) rze­czy, jakie można zna­leźć w gospo­dar­stwie domo­wym. Także wymon­to­wa­łem obiek­tyw, pootwie­ra­łem wszel­kie zaślepki, wsy­pa­łem ryżu do miej­sca po bate­rii i w ogóle zanu­rzy­łem cały apa­rat w misce z ryżem, a następ­nie posy­pa­łem ryżem. W mię­dzy­cza­sie wyją­łem też kartę pamięci i zgra­łem ostat­nie wspo­mnie­nie apa­ratu, które wam teraz prezentuje.

Bli­żej wody jest wię­cej robac­twa. Choć zaska­ku­jące przez 2 tygo­dnie nie zoba­czy­łem karalucha.

Jakie było moje zdzi­wie­nie, gdy po 24 godzi­nach susze­nia, wło­że­niu z powro­tem bate­rii apa­rat działa bez zarzu­tów. Nor­mal­nie kilka godzin w inten­syw­nym desz­czu (z czego część czasu był włą­czony) nie było w sta­nie go uszko­dzić. W sumie dalej w to nie wie­rzę. Jak zazwy­czaj nie zachwy­cam się mar­kami sprzętu, bo wydaje mi się, że wszyst­kie robią mniej-więcej to samo i można sobie dosto­so­wać do wła­snych potrzeb, tak do końca życia nie zapo­mnę, że apa­rat Nikona (nikor s1 podajże) mimo że nie jest wodosz­czelny, to jest.

Nikt mi nie zapła­cił za to, żebym o tym napi­sał. Cza­sami wystar­czy po pro­stu zro­bić coś dobrego, a w końcu znajdą się osoby, które to doce­nią i opu­bli­kują w inter­ne­cie. A time­lapse jest do zoba­cze­nia TUTAJ.

Quet­zal­te­nango (Xela), Gwatemala

Czwar­tek. Dzień matki. Boskie ciało. Tem­pe­ra­tura ponad 30 stopni. Wspa­niały dzień na podróż.

Posie­dzia­łem 2 tygo­dnie nad jezio­rem Ati­tlan, więc czas odkry­wać kolejne miej­sca. Ostat­nio nie­wiele zmie­nia­łem miejsc, a wolny czas poświę­ca­łem na naukę hisz­pań­skiego, więc nie bar­dzo mia­łem weny, siły i mate­ria­łów, no ale dziś to był dzień pełen wra­żeń. Zresztą każda podróż tutaj to dzień pełen wra­żeń. Ale zacznijmy od początku.

Jako doświad­czony podróż­nik zdaję sobie sprawę jak ważną sprawą jest wcze­śniej­szy rese­arch. Jed­nak jako strasz­liwy leń, zaczą­łem go robić dopiero dzień wcze­śniej, acz­kol­wiek wystar­czyło. Prze­jazd z miej­sco­wo­ści San Pedro La Laguna do Quet­zal­te­nango, piesz­czo­Zaj­tli­wie zwa­nego Xela to jakieś 50 km. Pry­watni prze­woź­nicy życzyli sobie za to 160 Quet­za­les, czyli jakieś około 23 dolary.

W Xeli zro­bi­łem zdję­cia tylko na cmen­ta­rzu. O ile jestem prze­ciwny mar­no­wa­niu w ten spo­sób ziemi, jesz­cze szcze­gól­nie w środku mia­sta, a tym bar­dziej odda­jąc je kościo­łowi z 98% dywi­dendą, to mają one w sobie coś magicz­nego. Lubię prze­cha­dzać się ulicz­kami, trą­cać nogą śmieci, jakie świę­to­bliwy ludzie zosta­wiają dla uczcze­nia swo­ich bli­skich, któ­rzy ode­szli, wymy­ślać histo­rie ich życia i zasta­na­wiać się jakimi byli ludźmi.

Bar­dziej spo­strze­gaw­czy ludzie powinni zauwa­żyć podo­bień­stwo mię­dzy nazwą mia­sta, a nazwą waluty. Otóż quet­zal to jest nazwa lokal­nego ptaka, bar­dzo pięk­nego zresztą, który przy­nosi szczę­ście, jed­nak umiera jeśli go trzy­mać w nie­woli. Bar­dzo podoba mi się, że nazwa waluty ma taką ety­mo­lo­gię i posta­no­wi­łem zapy­tać się nauczy­cielki (a była ona młod­sza ode mnie), czy mają jakieś slan­gowe okre­śle­nia na pie­nią­dze. No bo w Pol­sce to wia­domo, mamy hajs, szmal, forsę, siano, czy moją ulu­bioną flotę. I tak sobie pomy­śla­łem, że na quet­zale moż­naby mówić ptaki. A dużo pta­ków to byłby klucz, wia­domo. No i pomy­śla­łem też, że ktoś już pew­nie na to wcze­śniej wpadł. Nie­stety nie, choć to że moja nauczy­cielka nie zała­pała o niczym jesz­cze nie świad­czy. Wcze­śniej jak roz­ma­wia­li­śmy o kosmo­sie, to była bar­dzo zdzi­wiona, że na mar­sie jest świa­tło i teo­re­tycz­nie można by tam upra­wiać rośliny.

No, ale wróćmy na zie­mię, a kon­kret­niej do auto­busu. Skoro ceny za trans­port pry­watny były, deli­kat­nie mówiąc, wyso­kie, posta­no­wi­łem odna­leźć publiczny bus. Nie było to szcze­gól­nie trudno, bo wystar­czyło się kogoś zapy­tać, bo tu nie ma ani przy­stanku, ani w ogóle roz­kładu. Po pro­stu ludzie wie­dzą skąd odjeż­dzają, dokąd i o któ­rej. I mimo, że czuje się nie­pew­nie bez wiaty okra­szo­nej reklamą pod­pa­sek, czy innej sieci komór­ko­wej, to zaufa­łem przy­pad­ko­wym ludziom i przed 11 sta­wi­łem się w okre­ślo­nym miej­scu. Bilet dla miej­sco­wych 25 GTQ (3,5 $), a dla przy­jezd­nych 50, które wytar­go­wa­łem do 35 GTQ (5$). I na tym się koń­czą wszyst­kie róż­nice pomię­dzy pry­wat­nymi i publicz­nymi środ­kami transportu.

Na przy­kład co miała w gło­wie osoba, która w kato­lic­kim obrządku została pocho­wana w pira­mi­dzie strze­żo­nej przez sfinksa.

Nie, jest jesz­cze jedna rzecz. Publiczne mają mnó­stwo przy­stan­ków, na któ­rych wsia­dają ludzie, ale zazwy­czaj auto­bus jedy­nie zwal­nia. Nie wpływa to zbyt­nio na czas trwa­nia jazdy, ale za to jest cią­głe zamie­sza­nie. Bo one wszyst­kie poko­nują te 50 km w ponad 3 godziny. I choć­by­by­śmy mieli naj­bar­dziej wypa­siony auto­bus, z kli­ma­ty­za­cję, wspo­ma­ga­niem kie­row­nicy, ABS, USB i CIA to i tak nie doje­dzie. Na te warunki to by trzeba było mieć kamaza, żeby wycią­gnąć jakiś lep­szy czas. Stan dróg jest strasz­liwy (prócz tych naj­głów­niej­szych), więc więk­szość tego czasu toczy­li­śmy się z pręd­ko­ścią mniej­szą niż 20 km/h, do tego sla­lo­mem omi­ja­jąc dziury i przed każ­dym ostrzej­szym zakrę­tem kie­rowca prak­tycz­nie się zatrzy­my­wał i trą­bił dając znak, że jedzie.

Zaje­cha­łem więc do mia­sta i kolejna nie­spo­dzianka. Sygnał GPS nie chciał się połą­czyć, więc nie mia­łem poję­cia gdzie jestem, czy da się zajść pie­szo, a jeśli nie to ile powinna kosz­to­wać taksa. Posta­no­wi­łem jed­nak zary­zy­ko­wać i zasię­gnąć języka u miej­sco­wych. I teraz taka moja drobna reflek­sja, zawsze jak pytam się ludzi o drogę, to mam wra­że­nie, że wszy­scy oni są upo­śle­dzeni, a teraz już umiem po hisz­pań­sku na tyle, żeby się dowie­dzieć gdzie iść. Albo że nigdy nie widzieli mapy swo­jego mia­sta. W każ­dym razie dopiero 4 zapy­tana osoba wska­zała mi kie­ru­nek w któ­rym jest cen­trum mia­sta i że to jakieś 20 minut pie­chotą. No to ele­gancko, idę.

Idę, idę i zasze­dłem. W słu­chaw­kach pezet śpiewa mi o pato­lo­gicz­nych melan­żach, a ja docie­ram do wrót nowej szkoły języ­ko­wej. Wbi­jam do recep­cji, przed­sta­wiam się, babka koja­rzy bo napi­sa­łem maila parę dni wcze­śniej i prosi mnie o wypeł­nie­nie for­mu­la­rza. Poczu­łem się pra­wie jak­bym skła­dał poda­nie o wizę do US&A, tyle było róż­nych okie­nek do wypeł­nie­nia. Prócz moich danych, daty przy­jazdu, wyjazdu, pre­fe­ren­cji ucze­nia się, czy jestem wzro­kow­cem, słu­chow­cem, czy ruchow­cem (wtf?), to była też cała strona doty­cząca wyma­gań zwią­za­nych z zakwa­te­ro­wa­niem. Czy żeby był bal­kon w domu, czy mam dietę wegań­ską, czy są rze­czy któ­rych nie jem, na które mam aler­gię, czy pre­fe­ruję rodzina z małymi dziećmi, czy wolę żeby ich nie było i mnóś­two takich róż­nych pierdół.

Zro­bi­łem jesz­cze zdję­cie mercedesa.

Pani kochana, ja w kwe­stii miesz­ka­nia mam tylko jedno wyma­ga­nie. Żeby był tam inter­net. Bo ten jestem blo­ge­rem, to poważna sprawa. Także tam­tej kartki nie wypeł­nia­łem, tylko sobie musia­łem pocze­kać pół­to­rej godzinki, aż obdzwoni różne rodziny pyta­jąc czy mają miej­sce przy­jąć kolej­nego stu­denta (przy­po­mi­nam, że kilka dni wcze­śniej uprze­dza­łem o swoim przy­by­ciu mailem, gdzie poda­łem naj­waż­niej­sze infor­ma­cje). Zanim udało się ogar­nąć kogoś minęło pół­to­rej godziny, ale idziemy w końcu. Także ple­cak na barki i ogień w trasę. Na miej­scu oka­zało się, że to naj­ład­niej­sza i naj­bar­dziej wypa­siona miej­scówka jaką widzia­łem pod­czas pobytu tutaj, jed­nak nie mają inter­netu. Nosz kurwa, jedyna rzecz o którą prosiłem.

Wzią­łem więc klu­cze, wra­cam do biura. Będę się kłó­cił, myślę, będę twardy i cyniczny. Pani mnie prze­pro­siła, ogar­nęła inną rodzinkę i ktoś po mnie przyj­dzie za 40 minut do biura. No to ele­gancko, lecę po rze­czy na poprzed­nie miesz­ka­nie. Wró­ci­łem więc na ulicę bez­in­ter­ne­tową, pod drzwi które zapa­mię­ta­łem, wkła­dam klucz i lipa. Nie działa. Pamięć do map i miejsc mam cał­kiem nie­złą, więc adresu nie chcia­łem, ale tutaj coś musiało nawa­lić. Choć byłem pewien, że to te drzwi, no ale klucz nie działa więc pew­nie nie. Posze­dłem troszkę dalej, aż zna­la­złem sklep z instru­men­tami, któ­rego nie koja­rzy­łem i wra­ca­jąc testo­wa­łem klucz na wszyst­kich drzwiach na ulicy.

Mniej wię­cej w poło­wie przy­cze­piła się do mnie jakaś kobieta i mówi, że wzywa poli­cję. Bo przy­je­chał biały dia­beł, jesz­cze z tatu­ażami i teraz chce okra­dać porząd­nych ludzi. Na szczę­ście zna­jo­mość języka pozwo­liła mi się wytłu­ma­czyć zanim zadzwo­niła i jakoś to zaak­cep­to­wała. Wró­ci­łem więc do biura bez moich rze­czy, żeby być na czas. Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo musia­łem cze­kać kolejne pół godziny na przyj­ście kogoś po mnie. W mię­dzy­cza­sie popro­si­łem też o adres poprzed­niego miesz­ka­nia, żeby je prze­sztur­mo­wać raz jeszcze.

Albo jaki był czło­wiek, który zaży­czył sobie infor­ma­cję na nagrobku, że był leka­rzem. To nam daje o nim wiele infor­ma­cji, wiemy że nie był ani wege­ta­ria­ni­nem, ani nie upra­wiał cross­fitu. W innym przy­padku i to by pew­nie zawarł na tablicy.

Posze­dłem do nowej chaty, oka­zało się że wła­ści­ciele mają 5 dzieci w wieku od 9 do 18 lat, a do tego miesz­kają 4 osoby uczące się hisz­pań­skiego. Zupełne prze­ci­wień­stwo poprzed­niego i o wiele lepiej się tu czuję, no ale muszę szybko lecieć po rze­czy. Wspo­mnia­łem na początku, że było dość gorąco tego dnia. Może nie pod­kre­śli­łem tego zbyt wyraź­nie, ale zapo­ci­łem się jak pro­siak przed świ­nio­bi­ciem, czu­łem się nie­kom­for­towo przez więk­szość dnia, szcze­gól­nie że zapewne było to rów­nież ode mnie czuć. Wtedy jed­nak zro­biło się już ciemno, no i tro­chę zim­niej. Także tym razem mar­z­nąc, rów­nież bar­dzo nie­świeży, po ciemku lecę na poprzed­nią ulicę, spraw­dzam adres i ląduje przed tymi samymi drzwiami, co na początku. Wkła­dam klucz i nie działa.

Zadzwo­ni­łem domo­fo­nem. Oka­zało się, że wła­ści­cielka dała mi klucz, który nie wia­domo do czego był, ale na pewno nie do tych drzwi. Była też bar­dzo zdzi­wiona, że nie mogła otwo­rzyć kłódki, którą zamkną­łem pokój, ale prze­zor­nie zawsze uży­wam wła­snej. Już nawet nie pyta­łem po co chciała tam wejść, po pro­stu wzią­łem rze­czy i zawi­ną­łem. Także stra­ci­łem jakieś 9 godzin, fili­żankę potu i mnó­stwo ner­wów, aby poje­chać do mia­sta odle­głego o 50 km i zna­leźć lokum z inter­ne­tem. Wrzu­cam jesz­cze zdję­cie frag­mentu Don Kichota, któ­rego pró­bo­wa­łem czy­tać w tele­pią­cym się auto­bu­sie, który mnie bar­dzo rozbawił.

Zobacz co spo­tkało mnie mie­siąc póź­niej - czwarty mie­siąc podróży

Spuść się w tym na mnie — odparł proboszcz.

Ok dwa tygo­dnie wię­cej nauki i wra­camy do podró­żo­wa­nia. Besos.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • ToJa

    <3!