Życie po gap year

Krótki opis tego, jak odnaj­duję się w sza­rej codzien­no­ści po roku fan­ta­stycz­nych przy­gód na dru­gim końcu świata.

Mniej wię­cej.
Mniej wię­cej na dru­gim końcu świata.
Mniej wię­cej fan­ta­stycz­nych przy­gód.
Mniej wię­cej się odnaj­duję w sza­rej codzien­no­ści.
A przede wszyst­kim mniej wię­cej krótki opis tego wszystkiego.

Park na Vit­ko­vie, Praga

Gap year

Gap year to taki teo­re­tyczny rok w któ­rym daru­jesz sobie podą­ża­nie za kla­syczną ścieżką życia, wyry­wasz się z oko­wów ocze­ki­wań spo­łe­czeń­stwa i na pohy­bel rodzi­nie, tra­dy­cji, światu, a także samemu sobie wyjeż­dżasz aby zasma­ko­wać życia. Odna­leźć się. Albo drogę na przy­szłość. Doświad­czyć cię­żaru samo­dziel­nej egzy­sten­cji. Prze­żyć oświe­ce­nie. Posze­rzyć hory­zonty. Poznać nowe kultury.

A przede wszyst­kim dojść do sie­bie po podróży i pro­wa­dzić bar­dziej war­to­ściową egzy­sten­cję niż wcześniej.

Klify Moheru, Irlandia.

Tekst o tym tytule zaczą­łem już parę mie­sięcy temu. No wła­śnie, zaczą­łem, bo skoń­czyć to mi się nie udało, a wszystko to przez syn­drom powy­jaz­dowy, choć zupeł­nie ina­czej go sobie wyobra­ża­łem. Wyda­wało mi się, że mnie pro­blem nie doty­czy, że go nie mam, a po pro­stu nie zauwa­ży­łem gdy pod­szedł mnie od dru­giej strony. Bo ja wcale nie tęsk­nie za mar­twie­niem się o to gdzie zatrzy­mam się na kolejną noc, spę­dza­niem dzie­sią­tek godzin w auto­bu­sach, albo nosze­niem całego dobytku na ple­cach, czy też z opty­mi­stycz­nego punktu widze­nia za odkry­wa­niem świata, pozna­wa­niem nowych ludzi i napa­wa­niem się swobodą.

Już po pierw­szych kilku mie­sią­cach wyjazdu wycze­ki­wa­łem powrotu i usta­bi­li­zo­wa­nia swo­jego życia. Bo choć podró­żo­wa­nie to wspa­niałe doświad­cze­nie, to trzeba je oku­pić wysił­kiem, nie­wy­go­dami i nie­po­ko­jami, a samo w sobie jest ciężką pracą. Tak jak po cięż­kim week­en­dzie odpo­czywa się w pracy, tak po takiej podróży odpo­czywa się będąc zatrud­nio­nym. A ja cał­kiem wysoko cenię sobie wygodę i spokój.

Może za parę lat się zre­ge­ne­ruję, znów znajdę oka­zję, czas i pie­nią­dze, to parę mie­sięcy w Azji by mi dobrze zro­biło. Albo wró­cił­bym do Ame­ryki zoba­czyć na co nie mia­łem czasu, ale to się jesz­cze zobaczy.

Warto wyje­chać

Moż­liwe, że ten tekst będzie czy­tać osoba zasta­na­wia­jąca się nad taką przy­godą i chce utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że jest to dobra decy­zja. Takim oso­bom wycho­dzę naprze­ciw w tym aka­pi­cie i potwier­dzam, zor­ga­ni­zo­wa­nie sobie gap year jest jed­nym z lep­szych pomy­słów, jakie można zre­ali­zo­wać w życiu. Ser­decz­nie pole­cam każ­demu. Każdemu.

Oczy­wi­ście nie mówię tu o ludziach z dziećmi, kre­dy­tami, czy w inny spo­sób nie­zdol­nych, bo można po pro­stu nie móc. Choć to też nie jest tak, że podej­mu­jąc decy­zję z dnia na dzień spa­ku­jemy się i jutro możemy wycho­dzić. Trzeba przy­go­to­wać się, mieć gdzie wró­cić, nie wypaść z rynku pracy, itp.

Główną kwe­stią jest jed­nak czas, aby to wszystko zor­ga­ni­zo­wać. No i przede wszyst­kim nazbie­rać pie­nię­dzy. Nie wymaga to aż tak wiele wysiłku, o wiele waż­niej­sza będzie wytrwa­łość w posta­no­wie­niach, bo czas prze­cież prę­dzej czy póź­niej i tak upły­nie. Zresztą rok, czy nawet parę lat w per­spek­ty­wie całego życia to nie­wielki uła­mek. Zakła­da­jąc, że poży­jemy z 80 lat, to prze­zna­cze­nie jed­nego roku, żeby się przy­go­to­wać na przy­godę życia nie jest zbyt wielka cena. Jakby porów­nać czas naszego życia do doby, to przy­go­to­wa­nie się do podróży zaj­mie dwa­dzie­ścia kilka minut.

Jed­nak wiele osób nawet nie docho­dzi do tego punktu roz­wa­żań, odpusz­czają sobie już na samym początku.

Dru­gie uję­cie na klify Moheru.

Ludzie naj­czę­ściej nie widzą sie­bie w sytu­acji tak dale­kiej od tej ich słyn­nej strefy kom­fortu. A im bar­dziej komuś ta wizja jawi się za nie­osią­galne sza­leń­stwo, to tym bar­dziej powi­nien się prze­ko­nać do wyjazdu. Powo­dem jest strach, a dokład­niej korzy­ści jakie przy­nosi jego prze­ła­ma­nie. Ludzie nie lubią nie­zna­nych sytu­acji, boją się i to jest nor­malne. Też wiele razy się bałem, jed­nak dzia­ła­łem z prze­ko­na­niem, że mi się uda wszystko dobrze. Korzy­ści z wysta­wie­nia się na takie sytu­acje są pro­por­cjo­nal­nie duże. Uczysz się. I to uczysz się szybko.

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś nad tym że mnó­stwo osób ma pro­blemy z naucze­niem się obcego języka, któ­rym prak­tycz­nie są oto­czeni na co dzień, a jed­nak ojczy­sty język każdy przy­swoił bez pro­ble­mów? Jasne, są ludzie któ­rzy swoją egzy­sten­cją pod­dają tą tezę w wąt­pli­wość, ale nawet oni znają język pol­ski w stop­niu lep­szym, niż więk­szość obco­kra­jow­ców byłaby się w sta­nie nauczyć. Nauczyli się go, gdyż nie mieli wyboru, żeby móc wcho­dzić w inte­rak­cję ze świa­tem zewnętrz­nym. Tak samo każda podró­żu­jąca osoba musi się dość szybko nauczyć jak odna­leźć się w nowej rze­czy­wi­sto­ści. A sytu­acja jest o wiele bar­dziej kom­for­tową, gdyż elek­tro­nika, inter­net i dorosłość.

Podróże kształcą

Podróże kształcą, choć teraz już nie zawsze, a nawet rza­dziej niż czę­ściej. Przy­sło­wie zdez­ak­tu­ali­zo­wało się wraz z powsta­niem all inc­lu­sive, czy innych last minute, gdzie ludzie płacą aby spę­dzić czas w egzo­tycz­nego kraju odse­pa­ro­wani od lokal­nych miesz­kań­ców. Od pod­je­cha­nia na chwilę auto­ka­rem pod pira­midy, w prze­rwie od picia drin­ków w hote­lo­wym base­nie, jesz­cze nikt nie zmą­drzał. Dopiero porwa­nie się na koniecz­ność codzien­nego orga­ni­zo­wa­nia pod­staw egzy­sten­cji i obco­wa­nia z obcymi kul­tu­rami da nam nową wie­dzę i posze­rzy horyzonty.

No i taka podróż pozwoli nam roz­wi­nąć nas w jesz­cze jeden spo­sób — zwe­ry­fi­kuje nasz sys­tem war­to­ści. Mini­mum egzy­sten­cji to bez­pieczny sen, dach nad głową i takie tam, a cała reszta jest miłym dodat­kiem. Takie spoj­rze­nie na rze­czy­wi­stość pozwoli nam mniej przej­mo­wać się nie­war­tymi tego rze­czami, doce­nić codzien­ność i żyć spo­koj­niej. Brzmi jak sie­lanka, prawda?

W Paryżu, na wieży u Eif­fela też byłem w międzyczasie.

Wróćmy jed­nak do tego nie­szczę­snego syn­dromu. Nie tęsk­nię za prze­kra­cza­niem kolej­nych gra­nic i fasze­ro­wa­niem się kolej­nymi bodź­cami, bo doce­ni­łem sie­lankę i to nawet za bar­dzo. Nie chce mi się robić zbyt wiele poza sze­roko rozu­mia­nym przeze mnie mini­mum przy­zwo­ito­ści — ogar­nąć życie, pracę, tro­chę sportu i czy­ta­nia, jed­nak jest tego mniej niż zazwy­czaj. Blog też się nie zmie­ścił, taki jestem nieprzyzwoity.

Co do bloga, to od kiedy wró­ci­łem nie mam tak egzo­tycz­nych zdjęć, tema­tów i przy­gód i tro­chę głu­pio mi teraz roz­pi­sy­wać się o tru­dach sza­rej egzy­sten­cji. Pod­czas gdy wcze­śniej nur­ko­wa­łem, byłem na wul­ka­nie, odwie­dzi­łem ruiny majów, uczy­łem się hisz­pań­skiego, czy spró­bo­wa­łem ayahu­asci. Żebym samemu sobie zaim­po­no­wał tema­tem trzeba by teraz cze­goś jesz­cze lep­szego, bo prze­cież ape­tyt rośnie w miarę jedze­nia, a co zdo­byte, nigdy już nie będzie szczytem.

A tak już nie będzie, przy­goda się skoń­czyła, trzeba się cie­szyć że była, tak jak się zwy­kło mówić o swo­ich byłych, jeśli aku­rat mieli  w miarę w porządku z głową. I teraz codzien­ność nie wydaje mi się być inte­re­su­ją­cym tema­tem na tle poprzed­nim, że niby teraz mam pisać o tym, że współ­pra­cow­nicy otwie­ra­jąc mleko do kawy robią otwór mikro­sko­pij­nej wiel­ko­ści, któ­rym stru­mień mleka jest taki, że można metale ciąć, a napeł­nie­nie połowy kubka trwa zde­cy­do­wa­nie za dużo, więc w ramach odwetu zawsze wyci­nam noży­cami, w wiel­kim unie­sie­niu pół gór­nej czę­ści kar­tonu, na pohy­bel wszystkim?

No wła­śnie mógł­bym, taki zresztą jest plan. Będę w każ­dym razie sta­rał się wal­czyć z takim podej­ściem, w końcu płacę 200 złoty rocz­nie za ser­wer i domenę. Nie może się zmar­no­wać, że nie będę pisał. Zresztą blogi się czyta głów­nie dla auto­rów, a nie kon­kret­nej tre­ści, więc może ktoś się uśmiech­nie czy­ta­jąc, że za każ­dym razem jadąc rucho­mymi scho­dami na sta­cję metra auto­ma­tycz­nie w mojej gło­wie roz­le­gają się dźwięki nuty „He’s a pirate”, a dojeż­dża­jąc do ich końca wysta­wiam jedną nogę do przodu i cze­kam żeby pierw­szy krok czu­jąc się przy tym jak Jack Spar­row w pierw­szej sce­nie Pira­tów z Karaibów.

No, ale na co dzień Praga i raczej nie­prędko się to zmieni.

–Nie chcę żad­nych rad.
–Nikt ich nie chce. To jest poda­ru­nek od tego, kto ich udziela. Graj swoją rolę.
– Jaką rolę?
–Żywego czło­wieka, tak jak w teatrze. A po jakimś cza­sie, po dłu­gim cza­sie, sta­nie się to prawdą.

Na wschód od Edenu, John Steinbeck.

Aktu­al­nie roz­ko­szuje się odpo­czyn­kiem, ale zbyt tego uży­wa­łem tego uspra­wie­dli­wie­nia. Jestem już w sytu­acji, w któ­rej mogę żyć kom­for­towo na wystar­cza­ją­cym mi pozio­mie, więc nie muszę się sta­rać. Skoń­czy­łem podróż, którą żyłem od kilku lat i bra­kuje mi kon­kret­nego celu, co mnie roz­le­ni­wia. Jed­nak wiem że w dłuż­szej per­spek­ty­wie lepiej jest zająć się czymś kon­kret­nym w wol­nym cza­sie, zamiast go bez­wstyd­nie tracić.

Także zaczy­najmy tą słynną doro­słość. To tro­chę tak jak ze spor­tem. Cza­sem trzeba się do niego zmu­szać i bywa że cier­pimy pod­czas, ale jest dla nas dobry, szcze­gól­nie w per­spek­ty­wie czasu.

W ramach tego, że miesz­kam teraz w Pra­dze i bar­dzo spodo­bało mi się to mia­sto, wypa­da­łoby zacząć  od napi­sa­nia cze­goś o nim, co nie?

Naresz­cie mogę wró­cić na desko­rolkę. Nie to co przez 11 mie­sięcy podróży, mimo że mia­łem ją cią­gle w bagażu.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.