Życie w tramwaju

Na pierw­szy rzut oka wydał się podej­rzany, choć dopiero póź­niej zwró­ci­łem uwagę na jego towa­rzyszkę podróży. Wsia­dali na tym samym przy­stanku, a po wyj­ściu roz­cho­dzili się bez słowa. Ale co się działo pod­czas jazdy, to jest ważne. Wpa­trzeni w sie­bie, razem dry­fują myślami w zupeł­nie innym miej­scu, niż tram­waju. Wtedy jesz­cze nie wydał mi się podejrzany.

Tram­waj w Buda­pesz­cie, Mate­usz Stokłosa

Po cza­sie przy­zwy­cza­iłem się do tego dziw­nego związku, nie inte­re­so­wało mnie jak, gdzie, ani dla­czego. Pew­nego lip­co­wego poranka, jego towa­rzyszka się nie zja­wiła. Co wię­cej, jej miej­sce od razu zajęła nowa i bru­tal­nie wtar­gnęła w jego tram­wa­jowe życie. Tym razem tro­che więk­sza, choć wcale nie grub­sza. I zde­cy­do­wa­nie bar­dziej atrak­cyjna od frontu. Iskrzyło mię­dzy nimi jak cewka Tesli.

Tym razem rów­nież zna­jo­mość nie trwała zbyt długo i sytu­acja zaczęła się powta­rzać. Wciąż się­gał po kolejną i kolejną, by dać się na chwilę opę­tać, a póź­niej z nią skoń­czyć. Każda inna, każda piękna, a on i tak prę­dzej czy póź­niej każdą z nich zastąpi nową, nie­po­znaną. I trwa to do dziś.

Każda też spra­wiła, że przez chwilę znaj­do­wał się w zupeł­nie innym miej­scu niż w dro­dze tram­wa­jem. I to jest piękne.

Been there, seen that

Wiem o tym dobrze, bo sam od dawna czy­tam w tram­waju. Pamię­tam, jak cho­dząc już do ogól­niaka prze­pro­wa­dzi­łem się. Odle­głość do szkoły uro­sła z 200 m do 6 km, musia­łem zacząć dojeż­dzać codzien­nie. Uzbro­jony w nowiutki i lśniący bilet okre­sowy, dziar­sko wyru­szy­łem z 20 minu­to­wym zapa­sem. Co innego znać odle­gło­ści i roz­kład, a co innego orien­to­wać się jak jeż­dzą. Pod­eks­cy­to­wany wpy­cham się łok­ciami w poczci­wego ika­rusa i mknę w stronę szkoły myśląc sobie — to co, od dziś tak już będzie codziennie?

W ogól­niaku mia­łem kolegę, któ­rego nazy­wa­li­śmy tram­wa­jarz. Na uro­czy­sto­ści szkolne przy­cho­dził w mun­du­rze tram­wa­ja­rza, do tego znał wszyst­kich motor­ni­czych w mie­ście i kolej­cjo­no­wał bilety. Pod koniec mie­siąca zawsze dosta­wał prze­ter­mi­no­wany mie­sięczny. Pomimo że nie mamy kon­taktu od lat, odkła­dam bilety dla niego do szu­flady. Jest ich tam tyle, że mógł­bym wypi­sać na nich kolory, figury i uło­żyć pasjansa.

Setki godzin, tysiące kilometrów

Kilka kilo­me­trów to nie jest duża odle­głość, wsia­dasz w tram­waj i nie­długo jesteś. Tylko, że czasu spę­dzo­nego w podróży też się nazbiera przez lata. Zakła­da­jąc 15 minut dojazdu, 2 strony w które trzeba się prze­miesz­czać, 5 dni w tygo­dniu, przez 40 tygo­dni. Po prze­mno­że­niu otrzy­mamy dokład­nie 100 godzin rocz­nie, czyli ponad 4 dni w roku spę­dzamy trzy­ma­jąc się barierki. A sam wynik jest zani­żony, bo jed­nak tro­chę wię­cej niż 40 tygo­dni jest pra­cu­ją­cych, a do tego docho­dzą jesz­cze opóź­nie­nia, czy inne pro­blemy techniczne.

Podobno aby osią­gnąć poziom świa­towy w dowol­nej dzie­dzi­nie „wystar­czy” 10 tys. godzin ćwi­czeń. Aż tyle czasu tam nie spę­dzimy, także na tytuł mistrza jazdy tram­wa­jem trzeba będzie dodat­kowo jeź­dzić. Jed­nak w dal­szym ciągu jest to kilka tysięcy godzin w skali życia.

Czy ist­nieje jakieś zaję­cie, któ­remu poświę­ci­li­śmy tyle czasu?

Każdy czę­ściej lub rza­dziej chwy­tał się róż­nych zajęć, szcze­gól­nie w dzie­ciń­stwie. Gra na gita­rze, koszy­kówka, karate, sza­chy, jazda na desko­rolce, szkice węglem, wspi­naczka, jazda konna, taniec czy teatr. Nie­czę­sto jed­nak wystar­cza chęci na kil­ka­dzie­siąt godzin, a co dopiero na tysiące!

Do te pory czas spę­dzany w tram­waju wyko­rzy­sty­wa­łem je czy­ta­nie dla roz­rywki, jed­nak posta­no­wi­łem wejść poziom uży­tecz­no­ści wyżej. Mam zamiar nauczyć się języka hisz­pań­skiego, robiąc to głów­nie tramwajach.

Dla­czego aku­rat język obcy?

Po pierw­sze primo, robie­nie krót­kich lek­cji w dużych czę­sto­tli­wo­ściach jest bar­dzo dobrą metodą nauki języka obcego, a tak się podró­żuje tramwajami.

Po dru­gie primo, o ile nie­zna­jo­mość angiel­skiego jest wręcz kalec­twem, to nie­zna­jo­mość co naj­mniej dwóch języ­ków obcych jest nie­do­god­no­ścią. Źle się z tym czuję.

Po trze­cie primo, ultimo pozna­łem kie­dyś czło­wieka, który nauczył się angiel­skiego oglą­da­jąc Car­ton Network. Ja nie dam rady w tramwaju?

Dla­czego aku­rat hiszpański?

Po pierw­sze primo jest to bar­dzo popu­larny język. Hisz­pa­nie mieli sporo kolo­nii na świe­cie swego czasu.

Po dru­gie primo jest to pro­sty język, przy­naj­mniej tak sły­sza­łem. No i mają łatwą wymowę.

Po trze­cie primo, ultimo. Miesz­ka­jąc w Buda­pesz­cie mam moż­li­wość zapro­sze­nia Hisz­pa­nów z couch­sur­fingu, żeby poćwi­czyć roz­mowę na żywo.

Zna­la­złem też cał­kiem fajną ksią­żeczkę do nauki. Twarda okładka i porządny papier nie są tak istotne jak treść. Ładne, przej­rzy­ste, prze­my­ślane. No i melo­dyjka przed dia­lo­gami na pły­cie wymiata. A takie rze­czy się ceni w mate­ria­łach do nauki języka.

PS. Sudoku też jest fajne. Kie­dyś mia­łem takie, co zli­czało spę­dzony czas i setka pękła. Macie jakieś inne, cie­kawe pomy­sły wyko­rzy­sta­nia tego czasu?


Pisa­łem tylko tram­wa­jach, ale oczy­wi­ście cho­dzi mi o każdy śro­dek trans­portu publicz­nego. Po pro­stu tram­waje są naj­bar­dziej kli­ma­tyczne z nich, a w moim rodzin­nym Byto­miu kur­suje naj­star­sza linia w Pol­sce.

Bądź na bieżąco z wpisami na moim blogu! Polub na Facebooku, napisz na Twitterze, zobacz na Instagramie i przeglądaj na RSS.

  • reasonably_in b&w

    Jeśli nie masz nic prze­ciwko nauce hisz­pań­skiego po angiel­sku to wypró­buj duolingo.com (dla anglo­ję­zycz­nych ma znacz­nie bogat­szą bazę kur­sów) — dzięki punk­ta­cji faj­nie moty­wuje by codzien­nie zer­k­nąć choć na kilka-kilkanaście minut i przy­naj­mniej zro­bić powtórkę. Z apli­ka­cją na tele­fo­nie i słu­chaw­kami daje radę w tram­wa­jach (choć wymaga inter­ne­tów do tego). Gene­ral­nie regu­larne dojazdy tram­wa­jem są fan­ta­styczne — dzięki prze­pro­wadzce dalej od uczelni poziom mojego czy­tel­nic­twa wzrósł z god­nego poża­ło­wa­nia 1–2 rocz­nie do 1–2 miesięcznie.

    • http://www.zdzislaw.in/ Zdzi­slaw

      Musia­łem podejść tra­dy­cyj­nie, książ­kowo, gdyż nie mam mobil­nego inter­netu. Acz­kol­wiek sama idea gry­wa­li­za­cji pod­czas nauki języka jak naj­bar­dziej dobra, chyba trzeba będzie się wspo­móc w taki sposób.